Bunt z rewolucji

 Tego bloga założyłem, tak naprawde, z nudów. Człowiek, zawsze, wykazuje jakiś dualizm. W onym czasie z jednej strony nudziłem się niemiłożebnie, z drugiej zaś, nie mogłem się zmotywować, by znaleźć sobie jakieś sobie jakieś zajęcie. Teraz jest już lepiej… acz może nie do końca. Namnożyłem sobie tak zajęć, że nie mam już czasu ponicnierobić 😛 Od czasu, do czasu wrzucam tutaj jakiś tekst, sporo czytam (aktualnie „Ogniem i Mieczem”. Wiem, że może się to wydać dziwne, ale robię to dla przyjemności.), a ostatnio zacząłem pisać opowiadnie. W końcu. Miałem w wakacje napisać ze trzy, rozplanowałem sobie dwa, a jak dobrze pójdzie, to u schyłku września skończę pisać jedno. Do tej pory pisałem do szuflady, a teraz rzuciłem się od razu na głęboką wodę. Tak przynajmniej mniemam, gdyż zamiast opublikować się na blogu, lub jakimś serwisie w stylu: www.fantastyka.pl postanowiłem napisać opowiadanie na konkurs, prowadzony przez 13 Schron, a więc portal poświęcony postapokalipsie. Będzie troche smutno-refleksyjnie, a troche mrocznie i horrorzasto. Zobaczymy co z tego wyjdzie, narazie idzie trochę jak po grudzie.

 Dziś ruszyłem się trochę z domu. Musiałem odebrać dwie paczki, a w nich dużo muzyki. Trzy płyty zespołu Candlemass, czyli doom-metalowych mistrzów (nawet jeśli ktoś uważa, że podrabiają Sabbathów, to nie można im zaprzeczyć, że grają świetną muzykę). Po za tym jedna płyta Amplifier’a, który otwierał koncert Dream Thateru w Katowicach, a do tego, z rzeczy lżejszych, najnowszy album zespołu Def Leppard. Przy okazji jest to ich pierwsza koncertówka.

 Jedną z paczek odbierałem w emipiku w blue city. Coraz bardziej lubię ten sklep. Wchodzę, grają Zeppelini, wychodzę, nadal grają Zeppelini. Łał w sklepach ktoś jeszcze puszcza ludzką muzykę!!! Obsługa też bardzo miła. Odebrałem tam upragnionego, świerzutkiego, Deus Ex’a. Do wersji podstawowej nie dodano żadny bonusów, a instrukcja nie wyróżnia się na tle innych. Sama gra do instalacji wymaga steam’a. Nasłuchałem się o nim już tyle, różnorakich opinii, że czas najwyższy nadszedł, by go wypróbować.

 Niniejszym, zabieram się za instalację. Życzcie mi szczęścia 🙂

Published in: on Sierpień 26, 2011 at 4:19 pm  Dodaj komentarz  
Tags: ,

Aż chciałoby się uwierzyć

 Marcin Wolski jest jednym z moich ulubionych autorów. Pisze lekko, zabawnie, ale i inteligentnie, z morałem. Moja przygoda z literaturą zaczęła się właśnie od jego „Laboratorium nr.8”, które przeczytałem jako pierwszą beletrystykę z własnej woli (były to czasy, kiedy system edukacji próbował zniechęcić młodego człowieka do czytania, nakazując mu lekture takich „prześwietnych dzieł”, jak „Ania z Zielonego Wzgórza”, czy „Karolcia”. Potem w sumie było gorzej, ale już człowiek był na tyle wyrobiony, że umiał się przymusić. Mimo to, do dziś nie doczytałem „W Pustyni i w Puszczy”. Jakby nie mogli dać czegoś ciekawszego. „Pan Tadeusz”, czy „Ogniem i Mieczem”, na które wszyscy sarkają, są bezporównania lepsze… dobra, /koniec offtopu/).

 Wolskiego znałem do tej pory z raczej umiarkowanie politycznych opowieści. Czasem jakieś aluzje przebijały z tekstu, ale niebyło to zbyt nachalne. Sięgając po „Cud nad Wisłą”, od początku wiedziałem, że tu będzie nieco inaczej. Jest to najbardziej polityczna książka tegoż autora, jaką miałem okazje czytać. Mamy tu doczynienia z utopijną wersją alternatywną wydarzeń jakie miały miejsce w Polsce prełomu 89/90. Za sprawą zakładu jaki został poczyniony przez przedstawicieli Piekła i Nieba, Polska zyskuje oczytanego i charyzmatycznego przywódce w miejsce nietaktownego elektryka.

 Fajnym patentem jest zmiana nazwisk postaci, które w naszym świecie odegrały znaczącą rolę. I tak mamy Lecha Szwędałe, gen. Karuzelskiego, Adama Pysznika i innych im podobnych. Większość daje się rozszyfrować od razu, ale dla kogoś, kto urodził się już w latach dziewięćdziesiątych co bardziej egzotyczne persony stanowić mogą nie lada zagwostkę. Ale od czego ludzie starsi i internet. Książka stanowi niezły bodziec do przyjrzenia się bliżej najnowszej histori naszego narodu. Tak, tej kontrowersyjnej, niejednoznacznej, stanowiącej podłoże dzisiejszych sporów. Na dobrą sprawę, nie znając jej, nie idzie zrozumieć, o co tym wszystkim staruszkom na Wiejskiej i w wielu innych miejscach chodzi. Z „Cudu nad Wisłą” nie dowiemy się zbyt wielu prawd historycznych (okej „prawda historyczna”, czy też „obiektywne spojrzenie” na tamte wydażenia, jak i na historie w ogóle jest tak samo do osiągnięcia jak dla mnie dostanie się na UJ; prawdopodobnie da się, ale trzeba stanąć na uszach… no i oczywiście chcieć, bo w obu przypadkach najprościej przyjąć pozycję „Na pewno się nie uda”, albo „właściwie, po co mi to”), ale to przecież fikcja literacka i historia alternatywna.

 Wizja autora jest na tyle optymistyczna, że aż można żałować, iż nie zdarzyło się to naprawdę. Nie twierdzę, że przy takim obrocie spraw, jaki miał miejsce w rzeczyistości, żyje mi się gorzej, lecz… mogło by być lepiej 😛

 Książka wydaje mi się godna polecenia. Nie jest to szczyt literackich możliwości autora, ale czyta się dobrze, a treść nie przelatuje przez głowę, ot tak, tylko pozostawia coś po sobie.

 Czepić się można, że autor o tak niejasnej przeszłości zabiera się za pisanie książki obsmarowywującej czerwonych. Czepić się mogą wszyscy zwolennicy „Gazety Wyborczej”, bo autor chyba za Michnikiem nie przepada. Wreszcie każdy może czepić się za końcówkę (jak dla mnie ujdzie, ale jest to świetny materiał, żeby narobić dookoła dymu). Pokazuje to, że książka nie jest byle miałkim czytadełkiem, ale niesie coś sobą.

 No, to by było na tyle mojego politykowania. Mam nadzieję, że na lincz jeszcz nie zasłużyłem 😉

 Pozdrawiam!

Published in: on Sierpień 19, 2011 at 11:35 am  Dodaj komentarz  
Tags: ,

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej!

 Nareszcie w domu. Człowiek wraca po dwóch tygodniach i może się przekonać (który to już raz?), że życie nie rozpieszcza. Katastrofa pociągów, strajki na koleji, podwyżka cen biletów ZTM, śmierć Leppera… No, ale przynajmniej nie jest nudno 😛

 19 dni poza domem. Kawał czasu. Przynajmniej dobrze sporzytkowany. Zaczęło się od koncertu Dream Theateru w Katowicach. Świetny występ. Brzmienie dobrze zrealizowane, może wokal momentami trochę przemielony i średnio czytelny. Efekty wizualne nie były szczególnie powalające, ale nie o nie tu chodziło. Mnie osobiście porwał zarówno set, jak i gra muzyków. Szczególnie w pamięć zapadł „Forsaken”, „Endles Sacrifice” i solo perkusyjne nowego bembniarza. Nie przemówił do mnie za to jedyny kawałek z zapowiadanej na wrzesień płyty. Tematycznie na czasie, ale… zobaczymy jeszcze jak będzie prezentowała się reszta „Dramatic Turn of Event”.

Zdziwiła mnie nieco średnia wieku widzów. Mój ojciec wpasował się tam lepiej niż ja. Troszke niecodzienne jak na rockowy koncert. Jednak pokazało to, że starsi ludzie wiedzą co dobre.

 Katowicki hotel Etap wypadł świetnie na tle tych zachodnioeuropejskich. Przestronny pokój i przede wszystkim normalna łazienka. Inna klasa, niż zachodnie „Kabiny toaletowo-sanitarne”, odlane z jednej bryły plastiku.

 Dalej był szybki rajd przez Niemcy i długi czas we Francji. Ciekawym doświadczeniem jest podróżowanie po kraju, którego język zna się na poziomie „tak, nie, dziękuje, nie mówię po francuzku”. Z lengłudżem u smakoszy ślimaków (swoją drogą całkiem niezłe) nie bywało najlepiej, więc „komunikacja migowa” jak najbardziej była w użyciu.

 Dziwnym zwyczajem jest również tamtejsza „pora karmienia”. Większość knajpek czynna jest od 11 do 14 i potem dopiero 19-22. W międzyczasie ciężko jest upolować coś ciepłego do jedzenia.

 Z atrakcji turystycznych, najbardziej godnymi polecenia wydaje się Avignon, z siedzibą papieży, oraz Albi z monstrualnym kościołem.

 Wróciliśmy przez górzystą część Niemiec, potem spędziłem jeszcze dwa dni u seniora rodu i zajechałem do stolicy.

 Wyjazd zaliczyć można do udanych. Kraj piękny, a i kuchnia wyśmienita. Francuzi zapewne jeszcze nie raz będą mieli problemy z dogadaniem się ze mną 😉

 Do końca wakacji jeszcze tylko dwa tygodnie. Niestety, nie jest to pocieszająca perspektywa :\ Trzask-prask i do szkoły; ech…

 Niemniej trzeba jak najlepiej spożytkować każdą wolną chwilę, czego i sobie i Wam życzę.

 

Published in: on Sierpień 17, 2011 at 8:35 pm  Dodaj komentarz  
Tags:

Wakacje w pełni

 Wreszcie przestało lać. Zgrało się to idealnie z moimi planami. Już za godzine, może dwie jadę do Katowic, a stamtąd, przez Niemcy, do Francji. Także najbliższa aktualka po 15 sierpnia.

 Ale po co jadę przez Katowice? Ano dla tego, że dziś w Spodku zagra amerykańska formacja Dream Theater. Na blogu nic o nich nie pisałem (jeszcze), ale chyba wystarczy jak powiem, że jest to prog-metalowy zespół, którego słucham z coraz większym zainteresowaniem, odkąd dostałem na Gwiazdkę ich dwupłytowy album. Mają bardzo bogatą i różnorodną dyskografie, więc każdy powinien znaleźć coś dla siebie (okej, każdy, kto słucha rocka).

Cóż, pozostaje mi tylko sprawdzić, czy wszystko spakowane.

Wszystkim życzę udanej kontynuacji wakacji 😉

Published in: on Lipiec 28, 2011 at 11:29 am  Dodaj komentarz  
Tags:

Nowy, a jakże, ale czy taki wspaniały?

 

 Aldous Huxley to ten gość od „Drzwi Percepcji”. Ale jako pisarz ma w swoim dorobku znacznie więcej dzieł wartych uwagi. Ja na razie sięgnąłem jeno po „Nowy wspaniały świat”, ale dzieła tego autora zapewne już wkrótce zagoszczą w większej ilości na mojej półce.

 „Brave new world” nie jest prostym czytadłem sf (jeśli coś już ma być fantastycznonaukowe, to chyba nie powinno być zbyt proste, nie?). Nie język jest tu przeszkodą, ale treść niesiona przez tę antyutopie. Zetknąłem się z opinią, iż kiedyś żyliśmy w „Roku 1984”, dziś żyjemy w „Nowym wspaniałym świecie”. Coś w tym jest. Orwelowska wizja totalitarnego uciemiężenia pasuje do PRL-owskiej rzeczywistości. Dziś nacisk nie jest tak oczywisty, wszystko odbywa się na drodze subtelniejszego „warunkowania”. W powieści Huxley’a działo się to na drodze hipnopedii, gdyż dzieciotwórstwo odbywało się na nieco innej drodze, niż dziś 🙂 (niezły zonk serwowany jest już na początku książki). W naszym obecnym świecie dzieci sadzane są przed telewizorem, później przed komputerem, i chłoną „mądrości” przedstawiane w reklamach.

 Na dobrą sprawę, u nas też niespecjalnie opłaca się być wyjątkowym. To znaczy, jak najbardziej, byleby w ogólnie przyjętych ramach. Szczęśliwie wiele zależy w tym względzie od środowiska w jakim się znajdziemy. W „Nowym wspaniałym świecie” wszystko było narzucone odgórnie. Tam przynajmniej mieli some i nie musieli martwić się późniejszym, ponarkotycznym kacem.

 Człowiek zawsze dążył do szczęścia. I chyba nigdy nie było tak, by dla wszystkich szczęście oznaczało to samo. W świecie Huxley’a wyjątki zdarzały się żadko, ze względu na zaawansowaną inżynierię, jakiej poddawany jest człowiek już od zarodka. Dzięki temu, model kastowy nie był powodem dla rewolucji. Każdy przychodził na świat już uwarunkowany do życia w odpowiedniej grupie społecznej, bez możliwości (ale też i chęci) do zmiany jej na inną. Manipulacja sprawiała, że wszyscy byli zadowoleni ze swojego miejsca w strukturze socjalnej. Nie można powiedzieć, aby w naszym społeczeństwie nie było podziału na klasy. W końcu mamy bogatych burżujów, „klase średnią” i pospólstwo. Przyjęty został jednak inny model. Tu każdy ma szanse (często li tylko iluzoryczną) stać się kimś więcej, piąć się po szczeblach kariery i trzepać kapuchę.

 Pora na dygresję. Dziś każdy może być kimś i generalny trynd idzie w kierunku wyścigu szczórów. Pewnie dla tego, kampania reklamowa pewnej marki jeansów (diesel?) nakłania do bycia głupim. Że niby wtedy będzie się wyjątkowym i takim fajnym. Niestety z tego co obserwuję, coraz ekskluzywniejszym towarem luksusowym staje się inteligencja. Więc wszystkich, którzy chcą być wyjątkowi, zachęcam do bycia mądrymi. Nie w sposób taki, jaki narzuca społeczeństwo, bo to żadna inteligencja, ale po prostu mieć ogarnięcie w niektórych, istotnych tematach. Czasem przeczytać coś mądrego… Fantastycznie, gadam jak mój stary 😛

 Co do „Nowego wspaniałego świata”, to zachęcam do poczytania. Długie to to nie jest, niektórych może odepchnąć nieco anachroniczność wizji. Kto w latach 30 myślał, że komputery osiągną ten półap zaawansowania, co dziś. Nie wpływa to jednak negatywnie na klarowność przekazu. Nie jest to książka łatwa i przyjemna, ale warto ją przeczytać.

 

Published in: on Lipiec 27, 2011 at 10:48 pm  Dodaj komentarz  
Tags: , ,

Avangarda Szpiegów

 Konwent. Spotkanie freaków wszelkiej maści. Prelekcje, warsztaty, sesje RPG, LARPy, planszówki, co kto lubi. No po prostu nie mogło mnie zabraknąć na największym (i przy tym jednym z nielicznych) z warszawskich konwentów. Tegoroczna edycja była siódmą z kolei, więc aż prosiła się by jej tematem przewodnim był agent 007 i wiele spraw związanych z jego branżą.

 Tegoroczny konwent odbywał się w jednym z budynków kampusu SGGW, w przeciwieństwie do poprzednich edycji, które miały miejsce w zespole szkół, bliżej centrum. W konwentowych kuluarach mówiło się, iż ta decyzja była chybiona i może coś w tym jest. Dojazd na SGGW, nawet dla mnie, jako człowieka mieszkającego w stolicy od urodzenia, do prostych nie należał. Ale tragedii nie było. Jazda dwoma autobusami, to żadne wyzwanie, gorzej z korkami…

 Po przyjeździe okazało się, że nawet z mapą trafienie do właściwego budynku nie jest takie oczywiste. Z grupką, do której się podpiąłem (niestety z moją pamięcią do imion najlepiej nie jest, niemniej pozdrawiam ludzi, którzy drogi postanowili szukać razem z pryszczatym, długowłosym nastolatkiem) dotarcie na akredytacje zajęło nam sporo czasu. Nosz kto wpadł na pomysł, by przed wejściem stawiać dużych rozmiarów pomnik, który skutecznie odciąga uwagę 😛 Akredytacja przebiegała sprawnie, ale chyba ludności przybyło mniej, niż zakładano. Noclegi były odpłatnie w domach studenckich, co nie wszystkim odpowiadało. Opcja darmowego spanka była, ale w LO im.Kołłątaja, które jest dobrą godzine drogi od SGGW i to jak ma się jako takie ogarnięcie w warszawskiej komunikacji. Doświadczyłem na własnej skórze, gdyż mieszkam niedaleko rzeczonego liceum (nota bene tam odbywa się zimowa zjAva, a tak już zupełnie bajdałej to się w nim uczę :P).

 Budynek, w którym odbyła się Avangarda był naprawde duży. W związku z tym przebywanie drogi z przelekcji na przelekcję wiązało się z niekiedy szybkim sprintem po piętrach i frustrującym błądzeniem w poszukiwaniu sali, ale to już kwestja mojego obycia z mapą (a raczej jego braku).

 Tak się złożyło, że byłem obecny tylko przez dwa dni, ale za to te najlepsze. Piątek zacząłem prelekcją o promieniowaniu i jego zastosowaniu w wywiadzie. Wiadomo: łączność, radary i inne tego typu, ale aktywowanie związków chemicznych rozpylonych w powietrzu, za pomocą promieniowania? Niby faktycznie, ale jakoś na to do tej pory nie wpadłem. Prelekcja była zasadniczo prowadzona pod kątem wykorzystania tego wszystkiego na sesjach RPG, ale nawet z perspektywy kogoś, kto w rolpleje grał ostatnio tylko na komputerze (chyba muszę znaleźć sobie drużyne) pogadanka wypełniona była masą ciekawostek, których miło było posłuchać. Momentami czułem się niemal jak w szkole, ale prelekcja przypadła mi bardzo do gustu. Grunt to dobre prowadzenie, a ludzie z Lans Macabre znają się na robocie.

 Teraz miałem dowiedzieć się tego i owego o masonach, ale chyba dopadli prelegenta, gdyż wykład się nie odbył. Miałem więc godzinke na rozglądniecie się. Oczywiście nie obyło się bez zakupów. Odebrałem zamówioną wcześniej książke, a przy okazji wziąłem sobie film „Świąteczne Zło”. O nim w grudniu 🙂 Nie mogłem sobie odmówić również avangardowej koszulki. Ogólnie prezentuje się lepiej, niż ta zeszłoroczna.

 Po zakupach i przejżeniu planszówkowych nowości udałem się na literacką pogadanke o tajemnicy dobrego przekazu w sztuce pisanej. Prowadził ją Marcin Przybyłek, który zrobił na mnie tak pozytywne wrażeni, że jego „Gamedecka” postanowiłem kupić jeszcze na Avangardzie. Tajemnicy nie będę tu zdradzał. Ogólna konkluzja jest prosta: nie nudzić.

 Zanim przyszedłem posłuchać o klubie Bilderberg, wiedziałem o nim bardzo niewiele, a jak się okazało już sama osoba polskiego założyciela jest nader intrygująca. Zachęcam wszystkich do poczytania o Józefie Retingerze, bo chyba jest bardziej fascynujący od grupy dyskusyjnej, która po raz pierwszy zebrała się lata temu w hotelu de Bilderberg.

 Potem posłuchałem o satelitach, ale jako że mój ojciec ma małego hyzia na punkcie kosmosu i latania, większość stwierdzeń, które tam padły, była mi już znajoma.

 Kiedyś grałem niemal tylko i wyłącznie w Neuroshime. Dziś, z różnych przyczyn, nie grywam w RPG (ale może jakoś się zawezmę i wrócę do tej, swoją drogą naprawde fajnej, formy spędzania czasu), ale z sentymentu postanowiłem odwiedzić sale Portalu. O dodatku pt. „Prawo i Sprawiedliwość” słyszałem już co nieco na zjAvie, ale tu już był gotowy produkt, więc polazłem zobaczyć jak to wyszło. Powrócono do formy krótszych dodatków. Mamy 50 stron, z czego dwie ostatnie zajmuje reklama innych dodatków do NS (fajnie poopisywanych, ale wolałbym jednak te dwie strony więcej tekstu). Jednak za 16 złotych to całkiem nieźle. Dodatek jest fajny, sporo informacji dla MG. Rzadko kiedy spotykałem na sesjach BG sędziów, ale po materiałach z dodatku wygląda, że to się zmieni. Pokaz zakończony był konkursem, w którym do wygrania był egzemplarz „Prawa i Sprawiedliwości” z autografem. Był to pierwszy konkurs na konwencie, w którym coś wygrałem. Z jednej strony jestem wniebowzięty. „Dodatek do NS z autografem wooow!!!”. Ale mam wątpliwości, czy ze mną wszystko w pożądku. Konkurs był qupizem z czterema zamkniętymi pytaniami. Problem w tym, że pytania były z gatunku: „Czym zajmuje się 3 departament policji Nowego Jorku?”, albo „ile gambli na znajomych daje cecha sędziego „jeden z nas”?”, a ja znałem odpowiedzi. Nie, to nie były strzały. Mój mózg (i nie chodzi mi tu o prelegenta o ksywce „Muzg”:P) po przeczytaniu możliwych odpowiedzi, po prostu wskazywał poprawną. Tak sobie myślę, że niezły nerdzioch ze mnie.

 Dalej poleciałem na prelekcje o tajnych organizacjach w WoDzie. Było zabawnie. Z resztą, przy okazji teorii spiskowych często się śmieję, a jak to jest łączone z WoDem to już nie ma bata na ataki chichotu. Nie żebym nie umiał na poważnie podchodzić do Świata Mroku, ale…

 Dr. Andrzej Zimniak uraczył publiczność swojego wykładu (dość interaktywnego z resztą) ciekawymi rozważaniami na temat długowieczności. Muszę sięgnąć po jakiś zbiór jego opowiadań.

 Dalej w sali Lans Macabry odbyła się przeniesiona prelekcja o Czarnobylu. Znów masa ciekawostek. Tematem Zony i czarnobylskiego wypadku nie interesowałem się szczególnie intensywnie, więc z przyjemnością posłuchałem w końcu o różnicach w budowie standardowych elektrowni i tej w Czarnobylu, o okolicznościach wypadku i wielu innych sprawach.

 Piątkowe zmagania z Avangardą zakończyłem spotkaniem z wydawnictwem Portal. Zaczęło się bardzo kameralnie, ale z czasem nazłaziło się ludzi. Spotkanie urozmaiciło wiele anegdot, ale i narzekań. Z konkretów dowiedziałem się, iż prace nad dodatkami do NS trwają. Najszybciej ukarze się pewnie NJ, a potem coś o skażeniach i mutantach. W Portalu mają kupe roboty, więc RPO stoi, Monastyr stoi, ale za to ostro idą z karciankami i planszówkami. Essen już niedaleko. Na koniec wspomniano też o dystrybucji internetowej. Podobno sklep rebel.pl ma uruchomić kanał do wirtualnej sprzedaży RPGów itp.

 Przekimałem się u kumpla, który mieszka znacznie bliżej SGGW, niż ja (Dzięki!).

 Rano szybkie śniadanie i w drogę. Sobotni maraton prelekcyjny zacząłem znowu od Lans Macabry. Tym razem bardziej cyberpunkowo, o korporacjach i wykradaniu z nich danych. Tja, drodzy strażnicy, nie ufajcie sprzątaczkom xD

 Potem wylądowałem na prelekcji Marcina Przybyłka o komunikacji w przyszłości. Początek był bardziej o komunikacji niejako w naszym ciele (uwielbiam słuchać ludzi z wykształceniem medycznym 😉 ), następnie o łączności 3D, przesyłaniu zapachu i innych, w sumie, popularnych tendencjach w branży telekomunikacyjnej. A ja tam nadal nie zamierzam założyć fjesbusia.

 O truciznach można gadać naprawde długo. Godzinka starczyła na prezentacje ciekawych trucicieli i ich ulubionych metod.

 Japonia i Chiny mnie szczególnie nie pasjonują, ale posłuchać prelekcji o tamtejszych miastach było warto. Ciekawa i specyficzna kultura. A, że w Tokyo i tego typu miastach toczy się akcja masy cyberpunkowych gier/opowieści, warto mieć jakieś rozeznanie.

 Dalej poszedłem dowiedzieć się czegoś o kłamstwie od autora cyklu „Kłamca”. Była to najbardziej obłożona prelka ze wszystkich na których byłem. Całość okraszona anegdotami i wspomagana dobrym kontaktem publiczności z prelegentem. Niby nic odkrywczego, ale nie mogę żałować, że tam byłem. A jeśli uznać teorie, że „śmiech to zdrowie”, to lepszego sposobu na spędzenie godziny być nie mogło.

 Kolejne dwie godzinki spędziłem na oglądaniu i analizowaniu reklam. Spodziewałem się bardziej wykładu w duchu „reklamy wami sterują, bądźcie czujni!!!!”, ale odpowiadanie sobie na pytania typu: co dana reklama nam przekazuje o marce/produkcie, albo do kogo jest skierowana, też było fajną zabawą.

 Na kolejnej prelekcji posłuchałem o broni bilogicznej. Temat ciekawy i pewno jeszcze coś o nim doczytam w najbliższym czasie, bo godzina starczyła tylko na naszkicowanie problemu.

 Na tym musiałem zakończyć swój pobyt na Avangardzie. I już nie mogę doczekać się kolejnej edycji.

Wszystkich, nie tylko fantastów i RPGowców, zachęcam do pojawiania się na konach, gdyż tam po prostu można spotkać inteligentynych ludzi i usłyszeć wiele intrygujących rzeczy.

Pozdrawiam

Published in: on Lipiec 24, 2011 at 3:27 pm  Dodaj komentarz  
Tags: ,

Epoka Pottera

 

 Ostatnia część przygód Harrego Pottera weszła na ekrany naszych kin co prawda kilka dni temu, ale ja obejrzałem ją dopiero dziś.

Druga część „Insygniów śmierci” została bardzo ładnie zrealizowana. Efekty specjalne cieszą oko, miejsca, w których toczy się akcja, wyglądają nadwyraz adekwatnie. Do gry aktorskiej nie ma się co przyczepić. Postacie zostały dobrze ucharakteryzowane i odegrane. Całość świetnie wygląda na wielkim ekranie, w 3D. Wizualnie satysfakcjonuje.

 Muzyka trzyma poziom tej z poprzednich części, czyli wyższy, niż typowe brzdąkanie w filmach. Do dziś nie rozumiem czemu „The social network” dostał Oskara za muzyke, ale cóż…

 Jeśli chodzi o historię opowiedzianą w filmie, to fruniemy od włamania do banku gringotta, przez bitwę w Hogwarcie i walkę, która musiała się zdarzyć (żeby nie robić za dużego spoilera, ale każdy wie o co chodzi xD), po, w sumie, szczęśliwe zakończenie.

 Nie będę szczególnie oryginalny mówiąc, że w książce wszystko było lepiej i dokładniej opowiedziane. W końcu film nie powinien być za długi (nawet jeśli robiny w dwóch częściach), taka już uroda tej formy przekazu. „Titanica”, czy „C.K. Dezerterów” ogląda mi się lepiej w wersji podzielonej na dwie części, gdy między nimi mogę mieć chociarz chwilę przerwy.

 Wracając do Harrego. Druga część „Insygniów” ma inny klimat, niż pierwsza. Tamta była bardziej sentymentalna, tutaj mamy więcej walki; mimo to film rozkręca się dość powoli.

 Filmowy koniec sagi jest też końcem pewnej epoki. Przynajmniej dla mnie 🙂 Dwa pierwsze tomy poznałem ledwie na kilka miesięcy przed filmem, więc zżyłem się bardziej z kinową adaptacją. Niemniej patrząc z dzisiejszej perspektywy książki mnie bardziej kręcą. Zwłaszcza ostatnie tomy. Jak dla mnie mają ambicje bycia czymś więcej, niż tylko czytadłem dla egzaltowanej dzieciarni. W sumie to przeczytałbym wszystkie tomy jeszcze raz, ale stety, niestety chcę jeszcze przeczytać kupę innych lektur, a szkoła zaczyna się już za niewiele ponad miesiąc. Mam przynajmniej to szczęście, że nie sprawia mi przykrości czytanie tych wszystkich Szekspirów i Edypów, do których zmuszają w szkole. Jednakowoż wolałbym mieć więcej czasu na czytanie książek, które sam sobie wybiorę :\

 Pozostaje mi nadzieja, że kiedyś wrócę do tej serii. W końcu spędziłem z nią, w tej, czy innej formie, kawał życia. Ciekaw jestem, czy przetrwa ona próbę czasu, i czy ludzie kiedyś do niej wrócą?

Published in: on Lipiec 19, 2011 at 9:32 pm  Dodaj komentarz  
Tags: ,

Międzystanowa jazda!

 Film „Interstate 60” jest kolejną ofiarą naszych tłumaczy. Polski tytuł „Ale jazda!”, w moim odczuciu, słabo sprawdza się jako chwyt marketingowy, kojarzy się z kiepską komedią piłkarsko-erotyczną, lub skrzyżowaniem kina drogi z amatorskim pornosem. Najlepiej obejrzeć ten film w oryginale, gdyż w ten sposób można wychwycić wiele smaczków, których nie da nam polskie tłumaczenie. No i oczywiście tytuł będzie mniej siarowy 😛

 Co do samego filmu: jest on niesamowity! Rozkręca się dość długo, ale potem jest już tylko lepiej. Postać głównego bohatera jest naszkicowywana w taki sposób, że widz łatwo się z nim utożsamia. Młody chłopak (Neal, grany przez Jamesa Marsdena) stoi przed wyborem ścierzki, którą będzie prawdopodobnie kroczył przez dalsze swe życie. Z góry (czyli od rodziców) płyną naciski, by robił karierę jako prawnik. Neal wolałby jednak zostać malarzem. Zapewne wielu młodych ludzi przerabiało podobne sytuacje.

 W dniu swoich urodzin ma jedno, proste, ale jakże filozoficzne, życzenie: chce poznać odpowiedzi! W sumie kto by nie chciał? Wiedza to jedna z tych rzeczy, które mają wpływ na to kim człowiek może się stać. Ona rzutuje na nasze postępowanie i na podejmowane przez nas decyzje. Jednak niewielu ludzi ma możność poznania odpowiedzi od tak, w jednej chwili, tuż po zadaniu pytania… dowolnego pytania. Jednak życzenie naszego bohatera zostaje usłyszane i podchwycone przez pewnego tajemniczego osobnika, granego przez Garego Oldmana, O. W. Granta (nota bene jego imie jest jednym ze wspomnianych wcześniej anglojęzycznych smaczków). Postanawia on wspomóc Neala w jego fascynującej podróży na oparach absurdu.

 Film jest reżyserskim debiutem Boba Galea, znanego z serii „Pwrót do przyszłości”. Facet, który pomagał pisać scenariusz do tak znamienitego dzieła, nie mógł zrobić kiepskiego filmu. „Interstate 60” obfituje również w nawiązania do tych filmów.

 Obraz jest naładowany niezwykle pozytywną energią. Niektórym może wydać się nudny, może przegadany. Faktycznie niewiele w nim akcji, ma oniryczny klimat, ale właśnie dzięki temu ma taki… filozoficzny feeling. Ja oglądałem go z przyjemnością. Do tego zostawia on jakiś ślad, zmusza do refleksji, w przeciwieństwie do większości wszechogarniającej ciamciaramci 😛 W każdym razie polecam. Przynajmniej można wyrobić sobie wtedy zdanie.

 Pozdrawiam i miłego oglądania!

Published in: on Lipiec 13, 2011 at 6:00 pm  Dodaj komentarz  
Tags: ,

Powrót… królika?!?

 No, to wróciłem. Wreszcie w domu. Dwa tygodnie na wsi. Tja, pięknie było… Jak to zwykle bywa, zgnuśniałem do reszty i nie zrobiłem zbyt wielu pożytecznych rzeczy o pisaniu nie wspominając. Racje więc mieli Ci, którzy twierdzili, że plotki o częstrzych aktualizacjach są mocno przesadzone. Jedna notka na dwa dni, a i to jak dobrze pójdzie.

 Ale nie ma tego złego coby na dobre nie wyszło. Świerze powietrze i te sprawy 😛 Ale przynajmniej zobaczyłem wreszcie szaraka na żywo, więc czas nie był tak do końca stracony.

Published in: on Lipiec 9, 2011 at 6:39 pm  Dodaj komentarz  
Tags:

Freedom (no w końcu)

No, to rok szkolny za mną. Coraz bliżej matura, ale i emerytura 🙂 W liceum miałobyć ciężko. Dyrektorka straszyła, że nie da rady się wyrobić bez jakiejś dwóji na koniec. Większość się jednak obyła bez kiepskich ocen. Nie wiem, czy to ludzie w tym roku byli ambitniejsi, czy nastraszyli nas, bo tak trzeba. Z tego co mówili nauczyciele wynika, że to chyba jednak drugie 😛

Rok w sumie mogę zaliczyć do udanych. Ze szkolnego punktu widzenia, średnia powyżej 3,5 jest wynikiem w górnych rejestrach przeciętnej, więc ok. Do przedmiotów, które mi będą potrzebne, przynajmniej do matury, uczyłem się dość pilnie, pozostałe raczej olałem.

Z prywatnego punktu widzenia, poznałem kilku fajnych ludzi, czas zwykle spędzałem tak jak lubię. Osiągnąłem mniej więcej stan równowagi między nauką, a owalaniem się. Także bez rewelacji, ale nienajgorzej.

Ale teraz są już wakacjie!!! Trzeba pojeździć tu i tam, ale mam nadzieję na przesiedzenie kilku tygodni w domu i oddaniu się lekturom, na które nie miałem czasu w trakcie roku, oraz na robienie innych, mało istotnych pierdółek.

Oczywiście wszyscy nastraszyli nas już, że druga klasa, to dopiero corrida i jazda bez trzymanki, a jak ktoś chce zaliczyć łacinę, żeby na medycynie/farmacji mieć spokój (vide: ja), to będzie się musiał spiąć. Jak zwykle jest to zapewne czcze gadanie… mam nadzieję.

Najbliższa aktualka jutro, a potem dwa tygodnie przerwy. Ale po niej będę wrzucał tekst, dwa dziennie, ponieważ, wyjeżdżam na kompletne zadupie, a tam, mam nadzieję, będę mógł poświęcić się pisaniu odrobinę więcej, niż w mieście. Tam też muszę siąść do pisania opowiadanek, które będą się nadawały do wrzucenia na sieć.

Niniejszym żegnam i życzę wszystkim udanych wakacji, a pracującym chwili wytchnienia 🙂

Published in: on Czerwiec 22, 2011 at 5:40 pm  Dodaj komentarz  
Tags: