Używać tylko zgodnie z instrukcją!

„Ubik” to chyba najbardziej znana pozycja w dorobku Philipa K. Dicka. Wiadomo „Łowca Androidów” rozsławił „Blade Runnera” (a i tak niewielu jest tych, którzy kojarzą tytuł „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?”), ale już ekranizacja książki „Przez ciemne zwierciadło” z Reevsem, a co za tym idzie i ona sama, są raczej niezbyt znane, nie wspominając o filmach pokroju „Nexta”. Jednak jeśli chodzi o książki to właśnie „Ubik” jest sztandarową pozycją, z którą utożsamiany jest autor.

Akcja powieści, o której mowa rozpoczyna się w latach dziewięćdziesiątych, więc niewiele ponad dwie dekady później, niż Dick ją opisywał. Nie jest to jednak czysto futurologiczne rozwinięcie koncepcji technologicznych ze schyłku lat sześćdziesiątych, a coś na kształt świata alternatywnego, gdzie psionicy (telepaci, jasnowidzowie i reszta tego tałatajstwa) i przeciwdziałający im inercjałowie zrzeszają się w korporacje i nikt nie widzi w tym nic dziwnego. Ubiór ludzi tam żyjących też jest dość eklektyczny, a widok kogoś w bojówkach, sandałach i dwurzędowej marynarce, oraz w berecie na głowie nie wywołałby konsternacji.

W pewnym momencie cały ten osobliwy świat zaczyna się sypać. Pierwsze symptomy są raczej mało alarmujące i ani postacie, ani czytelnik nawet nie przeczuwają tego, co nadejdzie później. Żeby nie zdradzać za wiele, wystarczy jeśli powiem, że bohaterowie doświadczają dziwnych zmian w płaszczyźnie czasowej i zaczynają cofać się przez lata pięćdziesiąte aż do 1939 roku. To tak w największym skrócie i w wielkim uproszczeniu, bo cały proces jest dużo bardziej skomplikowany i frapujący. W każdym razie impresyjnie ukazuje obraz rozpadającej się rzeczywistości. Z każdym rozdziałem, mimo iż wiemy coraz więcej, mamy wrażenie jakby ta wiedza była pozorna, ergo coraz mniejsza. I zaczynamy się zastanawiać, wraz z osiową postacią pracującego dla inercjałów Joego Chipa, co jest rzeczywiste, a co już takie nie jest…

Tego rodzaju rozmyślania muszą pociągać za sobą nawiązania do Platona i Arystotelesa. Nie inaczej jest w „Ubiku”. Może nie zawsze wprost, ale jednak znajdujemy tu konflikt między teorią idei, a teorią formy. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że autor optuje za hilemorfizmem (kolejne fajne słówko do zapamiętania :P), ale tylko dopóki uznajemy istnienie materii za oczywiste. Jeśli zaczniemy je kwestionować, to faktycznie pozostaną idee i ich kopie, a cały świat zacznie jawić się jako konstrukt psychiki. Tylko dla czego, pomimo pełni władz umysłowych, nadal nie możemy zmieniać od tak tego co pojmujemy za materialne? Czy tylko z tego powodu, iż nie władamy dostatecznie dobrze naszą psyche?

Dalej jest jeszcze ciekawiej, bo oto okazuje się, że równolegle mogą egzystować dwa światy, kontaktujące się ze sobą w dość ograniczony sposób, z odmiennymi prawami rządzącymi w każdym z nich, a tylko jedne może być „tym prawdziwym”. Chyba, że żaden…
Poziom dziwności wzrasta przez całą książkę w tempie wykładniczym, czasem przyspieszając do przyrostu geometrycznego, tak że ostatni rozdział miażdży mózg czytelnika na papkę. Czyli wszystkie moje oczekiwania zostały spełnione 🙂

Tu mała dygresja: te światy równoległe (prawdziwe, czy też tylko pozorne) przywodzą mi na myśl nieodparte skojarzenie z odcinkiem kreskówki Liga Sprawiedliwych pt. „Legendy”. Skojarzenie jest o tyle przyjemne, że serial ów oglądałem w dziecięcych czasach podstawówki, których beztroska niestety chyba nigdy już nie powróci. W każdym razie, jeśli klimaty z „Ubika” są Ci bliskie i możesz sobie pozwolić na odrobinę infantylizmu, to polecam zerknąć na wspomniany odcinek, zwłaszcza końcówkę.

Wielu twierdzi, że „Ubik” jest najlepszą powieścią P. K. Dicka. Nie zgłębiłem jeszcze wystarczającej liczby jego dzieł by podtrzymać, lub zanegować takie stwierdzenie, jednak uważam, że jest to pozycja, z którą bez wątpienia należy się zapoznać.

Reklamy
Published in: on Wrzesień 25, 2013 at 7:38 pm  Dodaj komentarz  
Tags: , ,

Jonowe silniki napędzane absurdem

Dawno temu, za górami, za lasami… czytałem „Bajki Robotów” znanego nie tylko w naszej części świata, a uznawanego przez wielu za wybitnego pisarza, Stanisława Lema. Nie wywarły one na mnie jakiegoś szczególnie pozytywnego wrażenia. Ani nie wciągnęły, ani nie zafrapowały. Może to kwestia młodego wieku i okoliczności jakie mu towarzyszyły, wszak był to beztroski czas gimbazy. Teraz jednak, już jako (za jakieś 14 dni) student, odczułem potrzebę zapoznania się, przynajmniej pobieżnie, z dorobkiem tego twórcy. Pragnienie to zdaje się mieć swe korzenie w podświadomej chęci zgłębienia, niepojętego dla mego wątłego umysłu, fenomenu jego sławy i wielkiej popularności.

Na pierwszy ogień poszły „Dzienniki gwiazdowe” w wydaniu bazującym zdaje się na tym z 1971 roku. I… nadal nie za bardzo wiem z jakich powodów mam uważać Lema za Wielkiego Prozaika. Nie chodzi o to, że te tak zwane „dzienniki” z formą dziennika nie mają nic wspólnego (nie licząc „Podróży czternastej”), wpisy, choć ponumerowane, nadal nie tworzą chronologicznego ciągu, a fabularnie całość spaja jedynie postać Ijona Tichego. Takie przymioty tylko odrobine wytrącają z równowagi, a to i tak tylko do czasu, aż się przywyknie. Są jednak inne atrybuty, które sprawiają, że to dzieło do mnie nie przemawia.

Jednym z nich jest rodzaj humoru jakim operuje autor, w tej sadze o kosmicznym podróżniku, zdobywającym sławę i rozgłos też nie za bardzo wiadomo z jakich przyczyn. Osobliwa groteska i absurdalność mogą przypaść do gustu, jednak jest to taki ich rodzaj, który popycha skojarzenia odbiorcy nie w stronę Brytyjczyków z grupy Monty Pythona, nawet nie Mrożka, ale Gombrowicza, którego nigdy nie zdołałem polubić, mimo, iż jego wkład w moje 90% z ustnego polskiego jest niezaprzeczalny.

Momentami Lem wikła się w nieścisłości i sprzeczności. W jednym opowiadaniu kosmiczna podróż trwająca niespełna rok jest uznana za niebotycznie długą, kiedy w innym trzydzieści lat lotu mija bez większego rozwodzenia się nad tym. Albo dla czego na Wspanialię ziemska społeczność wysyłała po jednym agencie, a nie jakieś większe komando do zadań specjalnych? Mosad może, a cała Ziemia nie? Z prof. Zazulem też jest problem.

Już abstrahując od zarzutów merytorycznych (przynajmniej w zamierzeniu) muszę dodać, że najzwyczajniej w świecie zabrakło mi w tym zbiorku „tego czegoś”. Nie odczułem działania tej porywającej siły przyciągania, jaka płynie z tych wszystkich książek, które wywołują syndrom „jeszcze jednej strony” i nie pozwalają się oderwać czytelnikowi do innych zajęć. Tu mamy głównie do czynienia z solidnym rzemiosłem pozbawionym jednak „magii” (i nie chodzi tu o ciskanie fajerbolami).

Nie mogę jednak powiedzieć, iż nic mi się w „Dziennikach Gwiazdowych” nie podobało, a przez to, że jest to zbiorek opowiadań właściwie ze sobą nie powiązanych, nie ma konieczności czytania ich wszystkich, a istnieje przeto szansa dokonania odpowiedniej selekcji. Ośmielę się ze swojej strony zaproponować wybór tych, które przypadły mi szczególnie do gustu, a jeśli ktoś planuje zapoznać się tylko z częścią „Dzienników Gwiazdowych”, to szczerze polecam zacząć od nich właśnie:
„Podróż jedenasta” – satyra na PeeReLowskie donosicielstwo i życie pod okupacją, w ciągłym strachu i nieufności
„Podróż trzynasta” – o trudnościach z przystosowaniem się do wytycznych totalitarnej władzy, ale też o indywidualności i wieczności
„Podróż dwudziesta czwarta” – niby paszkwil wymierzony w kapitalizm (jednak gospodarka wolnorynkowa dała sobie radę ze stawianymi problemami), ale istotniejszy jest wymiar, nazwijmy go, socjologiczny. W skrócie o tępocie ludzkiej
„Podróż dwudziesta ósma” – niezła gimnastyka dla filozoficznej części erudycji czytelnika.
Godne uwagi wydają się być również opowiadania „Ze wspomnień Ijona Tichego” II i IV, jako te mniej humorystyczne.
Ewentualnie jeszcze „Podróż dwudziesta pierwsza” jeśli ktoś lubi długie około-teologiczne rozważania. Swoją drogą w tej „Podróży”, jak i w choćby 8, 18, oraz 23 można wyczuć, że Lem ma głęboki żal do Boga. Może za całe zło i cierpienie tego świata, może za coś bardziej osobistego, albo jest to konsekwencja bycia agnostyckim Żydem wychowanym w wierze katolickiej…

W każdym razie w starciu Dick : Lem jest 1 : 0. I nadal mam wrażenie, że na przykład taki Zajdel zjada Lema na śniadanie.

Published in: on Wrzesień 16, 2013 at 6:15 pm  Dodaj komentarz  
Tags: ,

Biadolenie uderza ponownie

Tak się potoczyło moje życie, że wylądowałem w ogólniaku w klasie o profilu biologiczno-chemicznym. Do początku trzeciej klasy gimnazjum nic nie wskazywało, że tak to się skończy. Zawsze było mówione, że jestem humanistą, że powinienem pisać, albo gadać, a najlepiej jedno i drugie. Z perspektywy czasu nie mogę w pełni tego zanegować, jednak muszę temu humanizmowi przydać nieco inny sens. Po prostu trzeba wspiąć się wyżej w semiotykę. Humanizm przecież nie może być pojmowany tylko jako zdolności oratorskie, tudzież okołoliterackie. I właśnie w swym pierwotnym znaczeniu, to jest jako stawianie w centrum rozważań człowieka i jego problemów, przemawia do mnie właśnie ostatnimi czasy. Do mnie: MIZANTROPA! Tu oczywiście można się rozwodzić nad tym, czy to wynika z filozofii egzystencjalnej, z takiego a nie innego pojmowania wiary (tu Rieux by się ze mną najbardziej rozmijał), albo z czegoś co zasługiwałoby na miano „doktryny egoistycznego altruizmu”. Można, tylko po co? Wszak „po owocach ich poznacie”.

Stąd rzecz jasna pomysł z tą całą medycyną. Dochodzi do tego kwestia „powołania”. Ale o ile do kapłaństwa powołanie jest czyś nieodzownym, o tyle dla lekarza nie wydaje się ono aż tak kluczowe (abstrahuje od przeczytanej gdzieś sentencji, że „lekarz żywi się powołaniem, a do pracy przyjeżdża etyką”). Szczerze powiedziawszy (napisawszy) nie wiem, czy odczuwam je w taki sposób, by rzucić wszystko dla kierunku lekarskiego, niemniej coś mi mówi, że powinienem spróbować zawalczyć. Jeśli się nie dostane, to trudno, raczej nie będę próbował drugi raz. Jeśli jednak się dostanę, potraktuję to jako znak od losu (i nie oszukujmy się, od Tego, który nim zawiaduje) i wtedy dopiero nabiorę przekonania, iż jest to właściwy wybór.

A co mnie skłoniło do napisania kolejnej notki o wątpliwych walorach (jakichkolwiek)? Gdy we wrześniu dowiedziałem się, że na WUM-owski lekarski, przy rekrutacji, wystarczy matma zamiast fizyki, nadal nie sądziłem, że mam jakiekolwiek szanse się dostać. Od tego czasu jest lepiej, ale nie wiele. Jednak już wtedy powiedziałem sobie, że jeżeli uda mi się wywalczyć stypendium (spokojnie, szkolne, a nie ministerialne) będę mógł to potraktować jako dobry prognostyk w kwestii wyników maturalnych. Stypendium miało być za pierwszy semestr trzeciej klasy. Semestr skończył się wiele tygodni temu, a tej „nagrodzie” ani widu, ani słychu. Troszkę podłamało mnie też to, że zabrakło mi do pierwszych widełek jednej dziesiątej w średniej (czyli: „ech… pewnie na studia też mi zabraknie jednego procenta z jakiejś matury…”). Dziś jednak dowiedziałem się, iż się udało (musieli doliczyć ocenę z łaciny). Nie są to miliony złotych (nawet starych), ale liczy się sam fakt. Oczywiście nie przesądza to o niczym. Pokazuje jednak, że „uczciwością i pracą, ludzie się bogacą”. Także na razie nie ma mowy o przepijaniu tych pieniędzy. Zostaje tylko arbeit, ten arbeit, który ma nas doprowadzić do wolności (Diefenbacha wolno cytować i parafrazować nie tylko zbrodniarzom).

Published in: on Marzec 5, 2013 at 10:17 pm  Dodaj komentarz  
Tags:

„Daremne żale…”

Miała w tym miejscu powstać wielka, epicka notka będąca podsumowaniem moich rozważań w pewnej dręczącej mnie od dawna materii, ale jakoś się doń zebrać nie mogłem. Poza tym byłoby w niej za dużo biadolenia. Tak właściwie to w tej też go nie zabraknie.
Już na samym początku warto zaznaczyć, iż notka nie powstaje zupełnie z mej własnej, wolnej woli, ale nie czuję się też do tego jakoś szczególnie zmuszony (i tak muszę jakoś odreagować cztery godziny kucia i trzaskania zadanek z genetyki). W tym miejscu pragnąłbym pozdrowić spiritus movens tego wpisu (robię to tylko dla Ciebie :P).
Temat przewodni raczej nie będzie zbyt porywający, ale niestety stał się to swoisty leitmotiv mojej egzystencji, jeśli nawet nie w całości, to przynajmniej w znacznej jej części. I niestety zmartwię tu co poniektórych, bo całe te wypociny będą strasznie egocentryczną paplaniną na temat, nie czego innego, jak tylko dalszej ścieżki edukacyjnej, nad wyborem której się biedzę coraz bardziej.
Pytanie numer jeden: dlaczego nie napisałem wprost, że chodzi o studia? Przecież każdy inteligentny, młody człowiek pragnie zostać magistrem (ewentualnie mgr. inż.)… Założenie jest rzecz jasna kłamliwe, jak większość uogólnień, tudzież generalizacji. Niemniej jednak w odniesieniu do mojej (skromnej, a jakże ;P) osoby, jest ono, przynajmniej częściowo, słuszne. Jednak należy uwzględnić kilka czynników, które coraz silniej do mnie przemawiają. Najistotniejszym z nich jest to, że wyższe wykształcenie, w naszych czasach, bynajmniej nie zapewnia adekwatnej (słowo celowo użyte bez doprecyzowania) pracy, co samo w sobie nie tłumaczy jeszcze, dlaczego ktoś chciałby z niego rezygnować. Przecież wiedza dla samej siebie, możliwości (nawet jeśli teoretyczne) i w końcu poszerzenie horyzontów… Tak, to też jest coś, gdyby nie to, że zacząłem zdawać sobie sprawę z motywów, które mnie ku temu kierują. Cały mój wysiłek, ślęczenie nad książkami i inne tego typu bzdety zabierające czas, który mógłbym poświęcić na cokolwiek innego (choćby zalewanie się w trupa), motywowane są przez zwykły strach (albo, nazywając to ładniej: negatywną perspektywę temporalną). Doszedłem do wniosku, że spokój (utożsamiany ze szczęściem) przyniesie mi tylko stabilizacja. I boje się, że nie będę w stanie jej osiągnąć. Oczywiście mam tu na myśli stabilizacje pojmowaną archetypicznie, stereotypowo. Czyli etat (im godziwiej płatny, tym lepiej). Gdy jednak spojrzeć na to z drugiej strony, okaże się, że etat, to żadna stabilizacja, bo przecież zwolnienia, redukcje i tym podobne, mogą zniszczyć wszystko. Biorąc to pod uwagę, jestem w kompletnym arschu, bo życie chwilą i wszelkie, epikurejskie carpe diem (tak, wiem, że to Horacy, ale chodzi mi o współczesny wydźwięk tej postawy) nie są dla mnie. W związku z czym lepiej się nad tym nie zastanawiać i dążyć do utopi (nie, nie mam na myśli tu „uprawiania swojego ogródka”, gdyż ta „stabilizacja dająca szczęście” mogłaby stać się podstawą do budowania dalszych fantasmagorii [to chyba równie skomplikowane jak witkiewiczowska „jedność w wielości”]).
Powracając do pytania rozpoczynającego poprzedni akapit: chodzi o coś takiego co się studium nazywa. Jak niektórzy wiedzą, swoje najbliższe pięć lat zamierzałem związać z farmacją. Studia (pięcioletnie) dają szerokie perspektywy zatrudnienia, a w najgorszym (na pewno?) wypadku zostaje apteka. Tyle teorii. W praktyce zostaje właściwie tylko apteka. I tu pojawia się szczwany plan w postaci studium farmacji. Dwa lata zamiast pięciu, w aptekach pracodawcy chętniej zatrudniają (rzecz jasna bazuję na zebranych i zasłyszanych opiniach), bo mniej trzeba takiemu płacić. I fakt, pensja nieco niższa, niż magistra, ale tylko nieco.
Ale jednak ten brak tytułu (chociażby inżyniera!) nazbyt by mi doskwierał. Jednak i na to można znaleźć receptę. Skoro zdecydowanie zacząłem przedkładać chemię nad biologię (jeszcze dwa lata temu było zupełnie na odwrót), to pójdę na trzyletnie studia (najchętniej chyba technologia chemiczna na PW), a potem albo będę je kontynuował (w między czasie powinienem zdobyć lepsze rozeznanie w sytuacji na rynku pracy), albo pójdę do studium.
Gdyby to tylko było takie proste… Jest to wszak tylko pójście po najmniejszej linii oporu. W najśmielszych dążeniach trzeba mierzyć wyżej… kogo ja próbuję oszukać, na lekarski i tak raczej nie mam szans się dostać . Jeszcze opanowanie chemii i matematyki na te 90%, teoretycznie przynajmniej, miałoby szanse się udać. Ale biologia? Nie dość, że materiału jest od cholery (co innego gdybym mógł się zajmować tylko nim, lecz tak nie jest), to jeszcze trzeba nauczyć się odpowiadać tak, żeby wpasować się w klucz.
Na zakończenie można przejść do tak zwanej prywaty: właśnie z tych powodów muszę rekuzować jeżeli chodzi o X-box-party (właściwie nie tylko w ten piątek, ale w każdy dzień, aż do 23 maja).

P.S.: Wybaczcie ten niekoherentny bełkot szaleńca. Na nic więcej mnie już nie stać…

Published in: on Luty 19, 2013 at 10:33 pm  Dodaj komentarz  
Tags:

Debiut

Hura, wreszcie zdobyłem się na opublikowanie (a wcześniej na skończenie) jednego ze swoich literackich dziełek (do porządnego Dzieła przez duże „D” jeszcze brakuje, ale nie ustaję w wysiłkach)!

Opowiadanko wylądowało na stronie czasopisma „Nowa Fantastyka”, które nawet swego czasu kupowałem (a nie tak jak niektórzy, czytają w empikach), a konkretnie to pod tym adresem: http://www.fantastyka.pl/4,8410.html Zebrało różne komentarze, raczej pozytywne, ale niezbyt przesadnie.

„Farsa A.D.2012” jest satyrą na wiarę części społeczeństwa w koniec świata, który ma nadejść już za niewiele ponad dwa tygodnie. Akcja może sprawiać wrażenie zbyt wolno rozkręcającej się, ale jest to zabieg mający stopniować napięcie, aż do zakończenia, stanowiącego puentę całości.

Oczywiście nie ustrzegłem się przed wieloma błędami. Muszę przyznać, że forma nigdy nie była moją mocną stroną, a wszelkie dysy też mi nie pomagają. Pomijając te drobne uchybienia językowe, wydaję mi się, że tekst czyta się lekko, a że długi nie jest, zachęcam wszystkich do przeczytania.

Pozdrawiam i, cytując hasło reklamowę filmu „Ewolucja”, życzę „miłego końca świata” 🙂

Published in: on Grudzień 6, 2012 at 1:14 pm  Dodaj komentarz  
Tags:

Co jest w górze zapisane?

 Wiek XVIII uznawany jest za wiek rozumu, wiek filozofii, wiek, w którym odrzucano wszystko, czego umysł nie mógł pojąć. Jednocześnie myśliciele tego okresu musieli dostawać niewypowiedzianej ekstazy na wspomnienie o potędze ludzkiej myśli. Uznawali ją przecież za najdoskonalsze (w sumie to i jedyne) narzędzie poznania otaczającego świata, którego moc jest nieograniczona. Można by rzec, że dla nich wszystko dało się pojąć rozumem, a to co wymykało się takiemu pojmowaniu, po prostu nie istniało, stanowiąc w najlepszym wypadku chorą fantasmagorię.

Takie założenie wydaje się zbyt optymistyczne (?) nawet jak na dzisiejsze standardy, kiedy nauka rozszerzyła znacząco zakres swojej dominacji. Okazało się, że im więcej wiemy, tym tak naprawdę wiemy mniej, gdyż każdy ogólnik, którego znaczenie odkrywamy obfituje w szczegóły, których pojęcie zajmuje więcej czasu, a gdy dociekamy intensywnie w materii konkretnego szczegółu dochodzimy do wniosków, że ten szczegół kryje w sobie następne niuanse, a one kolejne.

Niemniej jednak, w owym czasie, filozofia potęgi rozumu stanowiła podwaliny pod liberalizację obyczajów i parę innych czynników, które miały przyczynić się do gruntownej przebudowy świata biorącej swe początki u końca wieku XVIII i nabierającej prędkości rozruchowej we Francji między 1789, a 1799. Generalnie wyszło to raczej na plus, niż na minus, jednak obecny kształt świata jest, mimo wszystko, nie do końca satysfakcjonujący, przynajmniej jak dla mnie (nie, nie żeby miał być bardziej liberalny, ale po prostu inny).

Ta rewolucja, której hasła były tak szczytne jak wolność i egalitaryzm skończyła się w sposób jaki pisany jest większość (wszystkim?) rewolucjom: zjadła swoje dzieci, a kastę panów, z którą walczyła zastąpiła swoją własną, chyba niewiele lepszą.

Jednak, jak mawiał pewien pan, „nie uprzedzajmy faktów” i powróćmy na chwilę do propagandy, bo tak to trzeba nazwać, która poprzedziła to powstanie mas. Dzieła jakie można do niej zaliczyć znajdują się dziś w kanonie lektur, których znajomość przystoi współczesnemu inteligentowi (lub pseudointeligentowi, zależy jak do tego podejść).

Jako że w wakacje postanowiłem zapoznać się bliżej z pismami wieków zeszłych (matura za rok, a okres od starożytności do oświecenia został w mojej szkole tak przerobiony, że właściwie nic o nim nie wiem) na mojej liście znalazł się zarówno „Kandyd” Arouet’a (tak się naprawdę zwał autor), jak i „Kubuś Fatalista i jego pan” Diderot’a.

Obie te powiastki są niemiłosiernie chaotyczne. Fabuła jest fragmentaryczna i nie widać w niej ciągłości. O ile „Kandyd” opowiada jedną historie, to losy Kubusia i jego pana stanowią zbiór luźno (często wcale nie) powiązanych ze sobą opowieści wygłaszanych przez różne postacie. Fabuła jest miałka, więc nie za jej sprawą te książki zyskały taką sławę.

Można by myśleć, że autorzy piszą w jakiś pociągający czytelnika sposób. I tym razem omyłka. Wolter jeszcze jako tako daje sobie radę z pisarskim rzemiosłem, natomiast Diderot sili się na humorystyczne nawiązanie kontaktu z czytelnikiem, co niezupełnie mu wychodzi. Facet jest po prostu irytujący! Chce być zabawny, a jest śmieszny. I nie jest to wina tłumacza, gdyż obie książki czytałem w przekładzie Boy’a.

Usprawiedliwiać autorów może fakt, że czasy się nieco zmieniły. To co szokowało im współczesnych, dziś jest blade i niezbyt wyraziste.

Zostaje więc tylko ta rzecz, która w powiastkach filozoficznych stanowi rzecz kluczową, a więc koncept filozoficzny. „Kandyd” jest bezpośrednią odpowiedzią na filozofię optymistyczną i pokazuje, że nie wszystko jest „najlepsze na tym najlepszym ze światów”. „Kubuś Fatalista…” skupia się na konflikcie przeznaczenia z wolną wolą (widać to zresztą w obu utworach).

To główne wątki opowieści. Celem pobocznych jest krytyka kościoła, piętnowanie hipokryzji i promowanie równości. Zasadniczo słuszne. Kościół tworzą ludzie, którzy są skłonni do grzechu (zła), a zatem jako instytucja jest niedoskonały. W tamtych czasach kapłani i zakonnicy mieli większą władze niż dzisiaj, więc jeśli byli zepsuci, bardziej rzucało się to w oczy. Ale takie generalizowanie jest niezbyt precyzyjne i krzywdzące. W swoim życiu spotkałem księży dobrych i złych, takich, którzy myśleli i takich, którzy starali się tępić wszystko co nie mieściło się w ich światopoglądzie. Także panowie filozofowie nieco przesadzili. Ale czy można powiedzieć, że przesadzili, skoro przekazywana przez nich wizja miała służyć określonym celom? Oni po prostu zrealizowali swoje założenia. Co nie znaczy, że trzeba się z tym zgodzić.

Co do hipokryzji, nietolerancji i nierówności. Ich piętnowanie zdaje się dziś być oczywiste i mniej lub bardziej powszechne. Wtedy sprawy miały się nieco inaczej i dlatego taka krytyka takich postaw, a nawet li tylko ich uwidacznianie zakrawało na obyczajowy skandal. Poniekąd odwagę (dyskusyjną wziąwszy pod uwagę to, że kryli się w obcych krajach) można uznać za pozytyw buntowniczego (jakkolwiek głupio to brzmi w odniesieniu do klasycyzmu) charakteru ich twórczości.

Jednak jeśli pójść w drugą stronę niż autorzy i nie odrzucać tego, co niepojęte, czyli przyjąć istnienie Boga za pewnik (to się nazywa wiarą)? Życie na ziemi jest karą. Zostaliśmy wygnani z Raju i teraz po prostu musimy swoje odcierpieć, przy czym naszego świata nie pojmowałbym jako więzienia, a raczej jako boską szalkę petriego. Oczywiście wszechwiedzący i wszechmogący Bóg nie musi dokonywać zwyczajnych obserwacji laboratoryjnych. Jest ponad to.

W ten sposób dochodzimy do clue obu książek („Kubusia Fatalisty…” bardziej), a więc do fatalizmu, wiary w przeznaczenie.

Diderot i Wolter skłaniają się do tego, że człowiek nie ma własnej woli, a postępuje podług tego, co zostało (w taki, lub inny sposób) „zapisane w górze”. Osobiście jestem wewnętrznie rozdarty między tymi dwiema koncepcjami. Z jednej strony wolna wola. Gdy nie chce (mi się) czegoś zrobić, to mogę się albo przymusić do tego, albo nie. Skutki zazwyczaj są łatwe do przewidzenia. Nie wykonałem zleconej pracy, nie otrzymam wynagrodzenia. Chciałem i zrobiłem to co miałem, otrzymałem nagrodę. Czyli wolna wola jest w człowieku.

Z drugiej jednak strony można to wszystko przypisać losowi. Było zapisane, że tego nie zrobię, to nie zrobiłem, było że zrobię i takoż się stało. Wszelkie rozterki i rozmyślania, czy wykonać daną czynność, czy nie również są zrządzeniami losu.

Obie te drogi są równie wiarygodne. I co teraz powinien człowiek począć? Niestety, nie jestem filozofem, tylko ograniczonym zwierzęciem i nie umiem udzielić odpowiedzi na własne pytanie. Czuję jednak (tak jest, czuję, a nie rozumuję), że jest to bardziej skomplikowane i stanowi pewną osobliwą synergie wspomnianych konceptów. W końcu człowiek nie jest w stanie zrozumieć siebie (ściślej: własnego mózgu) i wątpliwe jest czy kiedykolwiek do tego dojdzie (a jeśli nawet to zapewne z niewielką pomocą elektronicznych przyjaciół), więc jakim cudem miałby pojąć Boga/mechanizmy rządzące światem na poziomie wyższym, niż fizyka?

Idąc dalej tym tropem i ekstrapolując go, dojdziemy do tego czym swe utwory zakończyli zacni filozofowie Voltaire i Diderot. Mianowicie: po co myśleć, skoro albo („Kandyd”) i tak nie jesteśmy w stanie pojąć niektórych rzeczy, albo („Kubuś…”) Wszystko jest już zdeterminowane prawami przyrody i i tak nie mamy na to wpływu?

Obaj ci wielcy i oświeceni, nakłaniają czytelnika by nie myślał? Ci, którzy wierzą i propagują potęgę rozumu nakłaniają do zaprzestania myślenia? Coś tu chyba jest nie tak, a jedynym wytłumaczeniem jakie mogę znaleźć, jest to, że swe dzieła tworzyli na rzecz jakiejś grupy wpływów. Łatwiej sterować ludźmi, którzy nie myślą. Taka konkluzja popycha do dociekań nad ową grupą i naprawdę ciężko jest tu nie wspomnieć osób pieczętujących się cyrklem i węgielnicą.

Jednak chwilowo dajmy spokój tym dywagacją i powróćmy jeszcze na koniec do samej materii fatalizmu. Bo skoro wszystko co się zdarza zdarzyć się miało, to jak można mówić o moralności, o tym co dobre, a co złe? Jeżeli przyjąć krańcowy fatalizm za filozofię (religie?) panującą, to każdy występek można wytłumaczyć w bardzo prosty sposób: „Tak było zapisane w górze.”.

Jakżeż życie byłoby prostsze i szczęśliwsze, gdybym nie musiał się zastanawiać nad takimi kwestiami. Właściwie „Kandyd”, oraz „Kubuś Fatalista i jego pan” można nazwać poradnikami człowieka szczęśliwego. Skłaniają czytelnika do zostania głupcem, a czyż tacy ludzie nie są najszczęśliwsi?

Pora kończyć. Pozdrawiam i zmykam „uprawiać swój ogródek”.

Published in: on Lipiec 20, 2012 at 1:08 pm  Dodaj komentarz  
Tags: ,

Rocznica

Hura, hura, ten blog ma już rok. Nie sądziłem, że dożyję tej chwili. Z różną częstotliwością, ale dotrwałem w tym dziele do teraz. Mogę chyba być z siebie dumny 😛

Wielu rzeczy, które zaplanowałem sobie przed rokiem, nie zrealizowałem dotychczas. Ale sporo innych mi wyszło. Generalnie jest lepiej, niż gorzej, co nie znaczy, że nie mogłoby być jeszcze lepiej.

Po rezygnacji z części ambicji, życie poczęło płynąć leniwszym rytmem. Odwyk od twórczości literacko-beletrystycznej wszedł mi chyba na dobre, ale wakacje są świetną okazją by pocierpieć, a więc tworzyć (jak wiadomo, artysta by tworzyć, musi cierpieć). Mam nadzieję, że tym razem się uda dociągnąć parę utworów do końca.

Jednakowoż patrząc w przyszłość, mianowicie w maj przyszłego roku, dostaję niejakiej paniki. No nic, w pewnym momencie trzeba będzie odłożyć bajdurzenia na bok i zakuwać do matury.

W każdym razie będzie dobrze. To będzie również tyle, jeśli chodzi o dziś.

Pozdrawiam każdego kto tu kiedyś zawitał.

Published in: on Maj 28, 2012 at 7:36 pm  Comments (1)  
Tags:

W czym zawinił Ikar?

„Zbrodnia i Kara” była zapowiadana jako najlepsza lektura z pozytywizmu. Twierdzili tak wszyscy: koledzy, nauczyciele i wiele innych osób. Stety, niestety, okazało się inaczej.

Pozytywizm jako epoka nie przypadł mi do gustu. Literacko nie dostajemy nic ciekawego. Nowele maja tę zaletę, że są krótkie, ale cóż z tego, jeżeli nie potrafią wciągnąć, a treści przez nie przekazywane może i są dobre, ale… dla czterdziestolatków pokroju Wokulskiego. Większość powieści tamtego czasu znam raczej w zarysie, niemniej dalekie są one od zainteresowania mnie. Przez „Lalkę” nie przebrnąłem (akurat w tym przypadku broni jeszcze nie składam), „Nad Niemnem” zrobiło na mnie negatywne wrażenie pomimo całkiem niezłej fabuły (to co udało mi się wynieść ze streszczenia świadczy dość dobrze o tym aspekcie). Wina leży tu w narracji. Maniera literacka Orzeszkowej nie trafia w mój gust. Przychylam się również do ogólnego hejta na długie opisy przyrody.

Najlepsze co odnalazłem w powieściopisarstwie końca dziewiętnastego stulecia to „Potop”. Zapewne spora w tym zasługa stylizacji na realia historyczne. Oczywiście całość można było napisać zwięźlej, lecz w porównaniu z innymi, swoimi rówieśnikami wypada to dość przyzwoicie.

Czym innym jest liryka tamtego okresu, znana mi niestety tylko z dokonań Asnyka, jednak tym zajmę się kiedy indziej.

Kończąc ten przydługi wstęp i przechodząc do sedna odnieść się mogę do oczekiwań jakie zostały we mnie zbudowane. Po powieści Dostojewskiego spodziewałem się przeszywających na wskroś opisów psychologicznych i obfitującego w niuanse gabinetu osobowości.

A co dostałem?

Cóż… pozycję przeciętną pod względem głębi, a przy tym nie porywającą warsztatowo. Może to wina autora, a może tłumacza (Podgórzec), ale czyta się to tragicznie. Nie zamierzam tu pisać o „Panu Tadeuszu”, którego samo czytanie sprawiło mi całkiem sporą frajdę (to przecież inny rodzaj literacki), lecz nawet takie gnioty jak „W pustyni i w puszczy”, czy „Ania z Zielonego Wzgórza” były przyjemniejsze w odbiorze. Takim zabiegiem można było chcieć skłonić czytelnika do wnikliwszego zapoznania się z treścią tego „dzieła”. Tylko z czym się tu zapoznawać? (spojlery w dalszej części są nagminne)

Jakiś idiota (obstawiam, że tytuł „Idiota” powieści tegoż samego autora, ma głębszy sens autobiograficzny) to jest Raskolnikow, będący głównym protagonistą, postanawia zabić starszą panią parającą się lichwą. Motywy tego czynu nie są w pełni jasne. Podobno Dostojewski, poprzez usunięcie wszechwiedzącego narratora, chciał wymusić na czytelniku jak najintensywniejszą refleksję nad czynem bohatera. Odbiorca sam powinien zanalizować wszelkie, uprawdopodobnione rozważaniami postaci i dialogami między nimi, motywy zbrodni  i zastanowić się nad ich sensownością dla głównego bohatera. Jednak w efekcie nie mamy o co się oprzeć. Mój Raskolnikow może być zupełnie kim innym, niż Raskolnikow powstały w wyobraźni innego czytającego. I w tym ma tkwić siła tej powieści? To ma być doskonałość powieści polifonicznej?

Koniec końców sprowadzić to można do stwierdzenia, że „wszystko jest względne”. Taki też relatywizm jest przez tę książkę promowany. Cała ta teoria głównego bohatera, zaczerpnięta po części z Nietzschego (fragmentarycznie rzecz jasna; tak samo czynił np.: A. Hitler, a jego jakoś nam w szkołach nie każą czytać) jest, mówiąc metaforycznie, tak samo do „nietzschego”. Ludzie będący w większości nic nie znaczącą masą? Dobra, na to, to i ja wpadłem, jednak co daje komukolwiek prawo do decydowania o tym, że to on jest jednostką wybitną, motorem napędowym świata? On sam? Obiektywne jak cholera… ale od czego mamy tu relatywizm? Każdy sam decyduje o swoim nadczłowieczeństwie i o normach jakie go ograniczają. W pewnych ramach jest to słuszne. Jeśli jednak i te ramy wyznaczy sobie sam…? Paranoja!

A co jeśli przyjąć, że Rodion dokonał napadu, na tle rabunkowym, a poprzez niedoskonałości w jego przebiegu, autor chciał pokazać, że niema zbrodni doskonałej i jednocześnie, że istnieje sumienie? W tym wypadku główny bohater wychodzi znowu na ćwierć inteligenta. Ze słuchu rozpoznał gdzie lichwiarka chowa pieniądze? Jasne… Do tego plan od początku mu się sypał. Spóźnił się i w związku z tym znacząco wzrosły szanse na obecność Lizawiety w mieszkaniu. I w ten sposób uzyskał dwa trupy, nie jednego. Oj, naszemu bohaterowi daleko do tuzów świata przestępczego.

Reszta postaci to w większości miałkie tło. Co z tego, że sporo o nich się dowiadujemy, jeżeli są one nijakie i nie wzbudzają jakichkolwiek uczuć. Czasem można się skrzywić nad postępowaniem co poniektórych i to w zasadzie tyle. Otrzymujemy mniej więcej to, czym raczą nas komercyjne stacje telewizyjne. Wybijają się Razumichin i Porfiry, przy czym ten drugi jest zarysowana raczej w złym świetle (zły pan policjant, który śmie dedukować o winie naszego wybitnego nadczłowieka. Jak on tak może?).

Przychylić się mogę do podejrzeń, jakoby książka ta propagowała treści socjalistyczne w jak najgorszym tego słowa znaczeniu (Piłsudski też był socjalistą, a on mnie bynajmniej nie mierzi). „Zbrodnia i Kara” jest lewacka (nie lewicowa w ówczesnym znaczeniu liberalno-postępowym, lecz właśnie lewacka) nawet jak na dzisiejsze standardy. Prawdopodobnie dla tego cieszy się tak przychylnymi opiniami i szeroką reklamą.

Sama kara realizowana jest wielowymiarowo i można się jej dopatrywać w wielu rzeczach, które spotykają zabójcę po, a nawet przed popełnieniem zbrodni. Jednakowoż jej wymiar wydaje się być cokolwiek niski i pozostawiający niedosyt. Z pewnością wiele zależy tu od rozumienia pokuty, które u prawosławnych jest inne, niż u wiernych wyznania rzymskokatolickiego. Słabo do mnie jednak przemawia koncepcja jakoby pokuta mogła stworzyć nowego człowieka. Skłaniam się raczej ku: „wybaczamy, ale nie zapominamy”.

Podsumowując: „dzieło” to mi się nie spodobało. Po przeczytaniu w gimnazjum „Potulnej/ Łagodnej” miałem mieszane uczucia co do pisarstwa Dostojewskiego, teraz wiem, że nie jest ono specjalnie zachwycające.

Jest tyle świetnych książek na tym świecie; dlaczego w szkołach faszerują nas taką tandetą?

P.S.: (adnotacja do tytułu) Do niedawna myślałem, że ludzie myślący, iż tytułową zbrodnie popełnił Ikar występują tylko w żartach. Okazało się jednak, że byłem w błędzie. Kilka dni temu jeden z ludzi chodzących ze mną do klasy przyznał, iż był święcie o tym przekonany… Czy ja naprawdę chodzę do tak kiepskiego liceum?!?

Published in: on Maj 22, 2012 at 9:08 pm  Dodaj komentarz  
Tags: ,

Przemyślenia pokxavrasowe

 Właśnie skończyłem czytać dukajowe opowiadanko „Xavras Wyżryn” w tomiku wraz z „i innymi fikcjami narodowymi”. Ostatnio błądziłem gdzieś w rejonach rozmyślań o patriotyźmie i Ojczyźnie, a że Dukaja poznałem już z „Króla Bólu” (stosowanego w za dużych dawkach, co wykrzywiło efekt, ale dało mi nauczkę, by dzieła tego pisarza pochłaniać w subtelniejszych porcjach), postanowiłem sięgnąć po jego przemyślenia w tej materii.

 Intrygujące były już cytaty, z recenzji, na okładce. Jeden ukazujący ten utwór jako bodziec do odrzucenia patriotyzmu będącego siłą destruktywną, a samego autora jako „epigona polskiego romantyzmu” (przytaczam cytat, gdyż słowo „epigon” jest po prostu… niesamowite), podczas gdy drugi uznaje opowiadanie o Wyżrynie za niezwykły „boost” patriotyczny. Nasuwa się pytanie: jak jest na prawdę?

 Tak na prawdę, nikt nie może udzielić prawidłowej odpowiedzi na postawione pytanie. Prawda, zwłaszcza w kontekście „Xavrasa”, jawi się nad wyraz relatywnie… Każdy ma swoją. Jedni są gotowi za nią zginąć, inni z łatwością zmieniają swoją dotychczasową, na tę, która zostanie im wciśnięta. Ten utwór literacki nie daje odpowiedzi na żadne pytanie, nieważne, czy postawione przed, w trakcie, czy po lekturze. Sam postawi dodatkowe, zmusi do wymyślenia na nie odpowiedzi i zostawi nas li-tylko z marnym cieniem tejże, alibo nawet bez niego. Chyba, że to ja niczego nie rozumiem… Póki co uznajmy, że coś tam jednak zatrybiłem i pojmuję co nieco.

 Gdy przebrnąłem przez kilkanaście pierwszych stron zacząłem myśleć, że okaże się, iż Xavrasa wcale nie ma, że będzie tylko legenda, którą Smith (główny bohater – reporter) pod koniec zdemaskuje. Mit rozsypie się, udowadniając, że każda śmierć w jego imie była nic nie warta… To byłoby jednak zbyt proste. W zamian za to, czytelnik otrzymuje niezłe pranie mózgu. Walka o wolną Polskę, po przegranej z bolszewikami w 1920 (wszak mamy tu doczynienia z dość smutną historią alternatywną), wreszcie nabiera tempa. Amerykańscy dziennikarze, wpuszczani pojedyńczo w środkowo-wschodznio-europejską strefę walk, przynoszą swojej stacji krociowe zyski z reportarzy wojennych. Kolejny z nich przybywa właśnie na miejsce, a my wraz z nim poznajemy psychikę aresowego zwierzęcia. W końcu spotykamy i samego przywódce, nieuchwytnego Xavrasa.

 Akcja toczy się dosyć wartkim strumieniem. Tu bombardowanie, tam mała bitwa. Pod względem fabuły jest nieźle. Całość ma lekki, postapokaliptyczny posmak, a przy całej swojej naukowej fantastyczności nie jest przesycone hi-techowymi gadżetami (nie żeby wcale, ale jest tego mało, a w konfrontacji z dzisiejszą techniką nie razi). Rzecz nie rozchodzi się jednak o akcje, fabułę, czy setting. To nie jest fajne czytadełko.

 Całość skałania do refleksji nad patriotyzmem, wlką o wolność Ojczyzny, a w końcu i nad ideą państwowości jako takiej. Ubiera we współczesne szaty koncepcję wallenrodyzmu, podsypaną szczyptą profetyzmu, może i mesjanizmu. Mickiewiczowskie rysy ma sam przywódca rebeliantów, a jego przyjaciel kreowany jest niemal na wypisz-wymaluj Towiańskiego.

 Idea walki o wolność wszelkimi, dostępnymi środkami w zderzeniu z rozwojem broni jądrowej staje się szaleńczym obłędem. Gdy cel przesłania potencjalne ofiary cywilne, ich liczbę i ogrom innych zniszczeń, dochodzi do wielkich rzezi i bezsensownego równania niemal wszystkiego z ziemią. Czy napewno to wszystko jest takie absurdalne? Mają swój cel i chcą go osiągnąć. By zwiększyć prawdopodobieństwo zdobycia nagrody, jaką jest wolna ojczzyzna, są w stanie zrobić wszystko. Czy cel, dla którego poświęca się życie swoje i innych jest czymś złym? No niby tak, bo zabija się ludzi, a to zawsze jest złe. Co jednak by było, gdyby tego celu nie mieć? Życie bez celu przeradza się w nonsensowną egzystencje, w pochłanianie zasobów, trawienie ich i defekowanie resztkami, które zostały. A czyż cel buntowników nie jest szczytny? Wolna ojczyzna dla milionów. Czym przy tym jest poświęcenie mieszkańców kilku nawet miast? Pozbawiając ich żywota, niosą szanse na godne życie w wolności wielu przyszłych pokoleń. Lecz czy w wolności? Bardziej w idei, którą sobie umyślili. Rysowana w pewnym momęcie wizja kraju po przewrocie i odzyskaniu niepodległości nie jest taka różowa. Przecież uzyskaną suwerenność trzeba jeszcze utrzymać. A wrogiem nie będą tylko państwa ościenne. Skuteczniej zniszczyć wszystko można, będąc w środku tego. Skąd pewność, że obywatele nie rozsadzą od wewnątrz państwowego organizmu? Z takiego rozumowania łatwo można przejść przez autorytaryzm do totalitaryzmu. Ale czy nie o to chodzi? Walka idzie przecież o wolny i silny kraj. W końcu to w ojczyźnie chcemy mówić w języku za używanie którego groziła do tej pory kula w łeb. Jeśli się komuś nie podoba, droga wolna, nikt trzymać nie powinien. Wydaje się, że cała kwestja leży w proporcjach. Umiar, nie tylko tutaj, ale i w całym życiu, jest gwarancją kompromisowego, ale jednak szczęścia. Ludu nie można ciemiężyć, jednak, gdy ktoś chce żyć w kraju swoich ojców i utożsamiać się z nimi, powinien znać tego konsekwencjie. Powinien wiedzieć, że żeby uniknąć kolejnej, przymusowej, zbrojnej walki o wolność, musi wykazać się patriotyczną szermierką słowną, już od etapu budowania suwerenności i przez okres jej utrzymywania… czyli póki państwo istnieje.

 Nikt nie powinien pochwalać morderstw, zwłaszcza tych na masową skalę. Co jednak, gdy inne drogi zawiodą, a cel nadal będzie priorytetowy?… Pytrania, pytania… z nikąd odpowiedzi. Kwestie takie jak ta, o której była tu mowa, każdy powinien rozważać indywidualnie, w swojej głowie i w swoim sercu. Prawda, a może jedna z jej wersji, wyjdzie na jaw dopiero, gdy trzeba będzie się opowiedzieć po którejś ze stron. Wtedy dopiero okaże się kim jesteśmy…

 Oczywiście to, co tu napisałem nie jest inspirowane tylko „Xavrasem Wyżrynem”. To opowiadanie pobudziło to, co we mnie już było. Dla tego jest godne polecenia. Pokazuje nam samym, przynajmniej część tego, czym jesteśmy. Przynamniej w kilku kwestiach.

 Co do innych opowiadań ze zbiorku, to jeszcze nie przeczytałem. Jak przeczytam, może coś o nich napiszę.

 A tak jeszcze przy okazji: ten post nie jest oficjalną reaktywacją bloga. Właściwie jego działalność została zawieszona. Przez najbliższy czas postów, albo nie będzie, a najpewniej pojawiać się będą żadko i nieregularnie.

Pozdrawiam!

Published in: on Grudzień 29, 2011 at 4:54 pm  Dodaj komentarz  
Tags: ,

Bunt Ludzkości: odparować, czy wydestylować?

 No, to Steama już poznałem. W związku z tym, mogę z czystym sumieniem przyłączyć się do ogólno-graczowego hejta na rzeczony system. Co prawda, bez większego entuzjazmu, bo jak już wiadomo o co chodzi, to nie taka para straszna, jak ją malują. Steam jest oczywiście nieintuicyjny i non-user-frendly, a żeby zainstalować grę z płyty (a nie ściągać ją 8 godzin z internetu) trzeba się sporo napocić, ale mimo to, spodziewałem się czegoś jeszcze gorszego.

 Inna kwestia jest taka, że szukając w googlu porad i tutoriali do Steama, natknąłem się na wiele stron, z których można było pobrać najnowszego Deus Ex’a, omijając wszelkie zabezpieczenia. Nosz, po kiego wała robić zabezpieczenia, które są łamane w dzień po światowej premierze?

 Także fanem Steama nie zostanę, niemniej nie zamierzam rezygnować z gier, które z niego korzystają, tylko dla tego, że jest niedopracowany. Polska biurokracja również pozostawia wiele do życzenia, a z kraju nie zamierzam się wyprowadzać.

 Przejdźmy jednak do pierwszych wrażeń z Deus ex: Bunt Ludzkości. Gdy doprowadziłem już do odpalenia gry, bez konieczności podpinania się do neta, przysiadłem i właściwie nie wstawałem przez kilka godzin. Wciągnęło mnie, czyli jest dobrze. Początek nie wywarł co prawda najlepszego wrażenia. Akcja, która rozgrywa się jeszcze nim Adam zostanie odrutowany, nie wzbudza zbyt wielu emocji, co jest trochę dziwne, gdyż trup bogu ducha winnych naukowców ściele się gęsto, a laboratorium atakowane jest znienacka przez nie do końca normalnych ludzi (i nie chodzi mi tu tylko o to, że trzeba być strasznym popaprańcem, by mordować innych). Jako zawiązanie fabuły działa nieźle, ale przyjemności z grania dużej nie daje.

 Prawdziwa zabawa zaczyna się 6 miesięcy później, gdy dla ratowania naszego życia powszczepiano nam to i owo. Musimy zająć się pro-ludzkimi działaczami, którzy nie są specjalnie humanitarni, gdyż zakładników, których wzieli w punkcie wysyłkowym firmy Sarif Industries, wymordowali niemal co do sztuki. Główne zadanie polega na wejściu do budynku i zabezpieczeniu wszczepu Tajfun (cudo dla wojska, pozwalające na załatwienie kilku ludzi jednocześnie). Przy okazji możemy uratować ostatnią zakładniczkę, która pozostała przy życiu. Niby nic nadzwyczajnego, jednak w trakcie wykonywania tego zadania, wychodzi na jaw kilka nader ciekawych rzeczy.

 Osobiście starałem się grać cicho. Skradanie się zrealizowano w grze dobrze. Nie jest to takie łatwe i chcąc zainkasować bonusy za nie wywołanie alarmu, musiałem kilka (-naście) razy wczytywać grę. Do tego ten styl gry daje nam więcej pedeków (tak mi się coś zdaje). Warto eksplorować wszelkie miejsca, gdyż jest to sowicie premiowane.  Miłym bonusem są punkty doświadczenia przyznawane, za czytanie wywodów naukowych na e-bookach. Po za tym, dzięki temu, lepiej wczówamy się w świat.

 Póki co, wrażenia z prequela słynnego Deus Ex’a są conajmniej bardzo dobre. Zobaczymy, jak to się potoczy dalej.

Published in: on Sierpień 27, 2011 at 11:36 am  Dodaj komentarz  
Tags: ,