„Drzwi percepcji”

 Hmmmm… Zrobił się z tego miejsca blog muzyczny, a nie to było moim zamiarem (głównie dla tego, że nie jestem jakimś znawcą muzyki), ale co tam – dzisiejsza notka też będzie traktować o muzycę.

 Na początek, cofnijmy się do lat sześćdziesiątych. Trwała zimna wojna, która momentami przestawała być już nawet zimna. Na świecie szalały narkotyki i ich odbiorcy. U nas ludzie coraz głośniej wyrażali niezadowolenie z gównianego ustroju. W Ameryce królowali hippisi. Powstawało coraz więcej dobrej muzyki.

 Właśnie wtedy rozpowszechniony był rock psychodeliczny i właśnie wtedy powstali The Doors. A wszystko zaczęło się od spotkania dwuch, starych znajomych na plaży w Los Angeles. Jim Morrison zaczynał właśnie z The Doors swoją muzyczną przygodę, podczas gdy Ray Manzarek był już wtedy doświadczonym klawiszowcem. Z inicjatywy Raya do zespołu pozyskani zostali Robby Krieger, gitarzysta grupy (który nota bene studiował… FIZYKĘ), oraz John Densmore – bębniarz. Nazwę wymyślił Jim odwołując się do dzieła A. Huxleya, które jest swoistym traktatem o odmiennych stanach świadomości. Swoją drogą muszę to w końcu przeczytać; skoro mówi się o tym „biblia hippisów”…

 Do tytułu „The Doors of perception” nawiązuje też wygląd wydanej na czterdziestolecie zespołu kolekcji ich płyt studyjnych z Jimem w składzie. Opakowanie imituje właśnie drzwi. Wydana kilka lat później, tańsza edycja, nie prezentuje się już tak znakomicie, ale dzięki niższej cenie stoi u mnie na półce 🙂 Znajduje się w niej sześć zremasterowanych albumów, wzbogaconych o bonusowe nagrania i sześć płytek DVD, które są raczej dość skromne, ale grunt, że są.

 Godny uwagi jest film o Doorsach z Valem Kilmerme w roli Jimma. Godny uwagi, głównie ze względu na to, że wzbudza kontrowersje, ale też po prostudla tego, że jest to kawał niezłego kina. Jak to się mawia: „nawet jeśli to bajka, to ładnie opowiedziana” 😛

 Debiutancki album wydali w dwa lata po zawiązaniu się grupy. Zaskoczeniem dla nikogo nie będzie to, że nosi on tytuł „The Doors”. Ale, o dziwo, nie ma tu żadnego utworu o takim tytule 🙂 Na oryginalnym albumie, z 1967, niektóre kawałki podobno są przyspieszone, a inne zwolnione. Ponoć była to wina sprzętu. Na szczęście technika idzie do przodu i jakość reedycji jest bardzo dobra. Wszystko brzmi tak, jak się należy.

 Utwory są niesamowicie magiczne. Całość zaczyna się szalonym, przesyconym buntem z domieszką narkotyków kawałkiem „Break On Through”. Aż czuć zapach świeżo palonego haszyszu. Oczywiście w wersji pierwotnej wycięte zostało słówko „high”, więc zostało osamotnione „she gets”. Szczęśliwie czasy mamy lepsze (czy aby napewno?) i możemy już słuchać, czego chcemy.

 „Soul Kitchen” jest peanem na cześć restauracji, która mieściła się przy słynnej plaży, na której narodziła się koncepcja zespołu, i w której Jim uwielbiał przebywać. Do tego stopnia, że czasem musieli go stamtąd wykopywać, ze względu na konieczność zamknięcia lokalu o tak późnej godzinie.

 „The Crystal Ship” jest jak dla mnie najsłabszym utworem z tej płyty, ale w końcu bycie najgorszym z bardzo dobrych nie jest takie złe, prawda 😛

 „Twentieth Century Fox” jest miłym utworkiem o kobietach niemal idealnych. Ech, ale czemu mam tu mówić o mitach…

 Proletariackie „Alabama Song” wpada w ucho. Piosenka opowiada o prostych rozrywkach, dla prostych ludzi, którzy są szczęśliwi, bo są prości i mają proste rozrywki. Mamuniu! Czemu ja taki nie jestem ?!?! Aż chyba sobie zerknę kiedyś do dzieł Kurta Weila.

 Singlowe „Light My Fire” do dziś jest znanym i lubianym kawałkiem. Intro do tego utworu jest chba najbardziej rozpoznawalnym, muzycznym urywkiem The Doors. Ale i tu mamy niegrzeczne „we couldn’t get much higher”. Zapewne dzięki temu utwór doczekał się niezliczonej ilości coverów.

 „Back Door Man” i „End Of The Night” to typowa, psychodeliczna jazda, w głąb i w głąb umysłu. Czas staje w miejscu, przestrzeń przestaje mieć znaczenie, wszystko jest coraz dalej…

 A „I Looked At You” to jakieś takie miłosne rozmemłanie. Na co to komu potrzebne? Prawda 😉 Tak na poważnie, jest to jeden z moich ulubionych utworków na tej płycie.

 „Take it as it Come” ma ponoć jakiś głębszy sens. Cóż, transcendencja, to nie moja bajka, ale utwór ma pozytywne wibracje, więc może coś w tym jest. Może to energia nie z tego świata, a skoro nie z tego świata, to pewnie od… SZATANA! Wiedziałem, że coś jest nie tak. Drogie dzieci, nie słuchajcie tej piosenki. Kurcze, że też żaden ksiądz się tym jeszcze nie zajął 😛

 „The End”, jedenasto minutowy kawał psychodelii, jest tak doskonały, że słuchając go, mam niejakie trudności z dokończeniem tego tekstu. Jeśli macie spędzić następne jedenaście minut w jakikolwiek inny sposób, to nie róbcie tego, tylko odpłyńcie z tym utworem w uszach.

 Uch, dobra, skończyło się. Wydanie, które posiadam kończą przyjemne dwuminutowe bonuski, w tym „Moonlight Drive” w dwuch wersjach. Utwór ten znalazł się na ich następnej płycie – „Strange Days”.

 Także to już chyba the end na dzisiaj.

 Wszystkim, którzy przebrnęli przez całość tego bełkotu, życzę psychodelicznych snów!

Published in: on Czerwiec 11, 2011 at 9:15 pm  Dodaj komentarz  
Tags: , ,

Dziewica z Żelaza

Już jutro Sonisphere Festiwal. Ja, z wielu różnych powodów, się nie wybieram. Żałuję, ale cóż; od życia nie zawsze dostajemy, to czego byśmy chcieli 😦 Ale, jako że headlinerem jest Iron Maiden, postanowiłem sobie coś o nich napisać.

Grali już pod koniec 1975. Z tamtego składu pozostał tylko założyciel – Steve Harris, basista grupy. W początkowych latach działalności pod szyldem Żelaznej Dziewicy skład zmieniał się kilkukrotnie, ale od ’99 roku jest już stały, niezmienny i, według mnie, najlepszy z możliwych 🙂 Kapela zaliczana jest do nurtu New Wave Of British Heavy Metal, czyli tam, gdzie Saxon, Motorhead, ale także Def Leppard i kilka innych grup, które nadwyraz sobie cenię. Wiele z nich gra do dziś i zazwyczaj robią to świetnie. Wiadomo, każdy może mieć gorszy okres w twórczości, jednak NWOBHM po prostu rządzi!

Ironsi debiutancką płytę wydali w 1980 roku. W tym czasie wokalistą był Paul Di’Anno, dzięki któremu muzyka zespołu zyskiwała nieco punkowego odcienia, ale określenie punk-metal, jakoś nie zabardzo mi tu pasuje. To po prostu metal; czysty, niczym nieskrępowany, zadziorny metal 😛 Między innymi dla tego lekko nie mieli. To właśnie punk dominował w tamtych latach, co sprawiło, że Maideni borykali się momentami z brakiem gotówki. Mimo to dali radę. Podpisali kontrakt z EMI, a wydarzeniem, które nadało ich karierze rozpędu było zamieszczenie przez wytwórnie dwuch utworów na składance „Metal for Muthas”, na której znalazł się także jeden utwór grupy Samson; to w niej śpiewał Bruce Dickinson, który zasłynął później, właśnie jako wokalista Iron Maiden. To chyba nie był przypadek xD

Pierwszy, poważny krążek, zatytułowany po prostu „Iron Maiden” nagrywany był z gitarzystą Dennisem Strattonem, który niedługo potem opuścił szeregi kapeli. Debiut zapowiedziany został singlem „Running Free” z rewelacyjnym „Burning Ambitions” na stronie b.

Obiektywny, może i nie będę, ale uważam, że ich pierwszy album jest świetny. Otwierający całość „Prowler” jest dynamiczny i nieomal wbijający w fotel. Nieomal, gdyż całe ciało podryguje w jego rytm 🙂

„Sanctuary”, na którego okładce, jako singla, znalazł się Eddie („maskotka” zespołu) mordujący Margaret Thatcher, jest szybki i również nadaje się do szaleńczego machania głową.

„Remember Tomorrow” zaczyna się powoli, by potem rozkręcić się, a następnie… znowu zwolnić. Takie zmiany tępa ładnie współgrają z tekstem. Kopa daje za to singlowe „Running Free” z zachaczającym o punkowy bunt tekstem.

Rozbudowany „Phantom of the Opera” zalatuje trochę prog-metalem, oczywiście w pozytywnym sensie. Stanowi również kulturalne nawiązanie do klasycznego już musicalu. Po nim następuje jeden z nielicznych utworów instrumentalnych w karierze Maidenów, a mianowicie rozpędzona „Transylvania” przechodząca w ospałe, balladowe „Strange World”, budujące fantastyczny klimat. Melancholia, refleksja… a wszystko to najlepiej brzmi w nocy. Poezja.

O „Charlotte the Harlot” też już krążą legendy 🙂 Odważna, drapieżna piosenka, niesiona melodyjnym, metalowym podkładem, doczekała się nawet drugiej części („22 Acacia Avenue”), a niektórzy doszukują się kilku następnych 😛

Całość kończy hymn grupy, czyli utwór tytułowy. Tego nie można opisać. Tego trzeba posłuchać!

Materiał na płycie jest dość zróżnicowany. Zmienne tempo niektórych utworów potrafi oczarować. Jednocześnie płyta nie daje zapomnieć, że mamy doczynienia z ciężkim graniem płynącym na orzeźwiającej, brytyjskiej fali. NWOBHM to metal w chyba jego najlepszej postaci, a debiutancki krążek Iron Maiden doskonale pokazuje, że ta grupa w niedługim czasie stanie się flagowym okrętem tego nurtu.

Wszystkim, którzy jutro będą na bemowskim lotnisku, życzę miłego słuchania. Z pozostałymi łączę się w bólu 😉 Dobrej nocy! (ech… a na łacinę i tak się nie wyśpię…)

Published in: on Czerwiec 9, 2011 at 8:32 pm  Dodaj komentarz  
Tags: ,

Czarny zlot czarownic :P

 
Polka Tulk – tak brzmiała pierwotna nazwa jednego z największych heavy metalowych zespołów wszechczasów. Prawda, że przyjemnie? Panowie grali sobie blues-rocka i było miło. Niestety (a właściwie na szczęście) gitarzysta Tony Iommi stracił w wypadku opuszki dwóch palców prawej dłoni. To zdarzenie wpłynęło nadwyraz istotnie na brzmienie grupy. Struny gitary nie mogły być napięte w odpowiednim stopniu, gdyż sprawiało to zbyt wiele bólu Iommiemu. Stąd niskie brzmienie kapeli. Po części stąd też jej styl. Ból, cierpienie i inne mało fajne sprawy, to częsty temat utworów Black Sabbathu.
 
Nazwę panowie pożyczyli sobie z filmu Mario Bavy, którego oryginalny tytuł to „I Tre Volti Della Paura”, ale jeżeli w Polsce „Die Hard” to „Szklana pułapka”, a „Human Revolution” to „Bunt Ludzkości”, to w sumie nie ma się co dziwić. Co do samego filmu, powinien spodobać się wszystkim miłośnikom horrorów w retro-klimacie, pozostali raczej się zanudzą.
 
Wracając do zespołu. Spory wpływ na image kapeli miał „Geezer”, basista. Jego zainteresowania szybko zostały podchwycone przez wytwórnie Vertigo i wykorzystane do budowania wizerunku grupy, a jako że dobrze korespondowały z tekstami utworów, to nikt nie protestował. Oczywiście nie muszę chyba tłumaczyć, że w kręgu zainteresowań pana Butlera vel „Geezera” znajdował się szatan, okultyzm i inne rzeczy, których jedynym sprawcą byłby internet, gdyby nie to, że istniały one już wcześniej, zanim rzeczony się pojawił 😛
 
W 1969 wszystko toczyło się tak jak powinno. Zespół zyskiwał szybko na popularności. W 1970 wypuścili trzy single. Na pierwszym znalazł się cover z utworu „Evil Woman”, zespołu Crow, a na stronie B Wicked World, który nie trafił na debiutancką płytę. Album nazwany po prostu „Black Sabbath” swoją premierę miał w piątek, 13 lutego. W posiadanej przeze mnie reedycjach liczy sobie 8 utworów, gdyż dorzucony jest Wicked World.
 
Już okładka ma niesamowity ładunek klimatu. Zagadkowa postać w jakichś chaszczach, na tle dziwnej chałupy. Intrygujące, ale i niepokojące. Treść muzyczna jest nie mniej ciekawa. Budujące napięcie odgłosy burzy, jakieś dzwony i nagle wchodzi główny riff. Następnie lekkie uspokojenie i wokal. Tekst nie jest szczególnie ambitny, ale do nastroju pasuje idealnie. I te krzyki! Wspaniała otwieraczka.
 
Ołowiany klimat odpuszcza w następnym utworze. Harmonijka robi bluesowy klimacik. Drugi utwór stał się znany jednak nie tylko ze względu na warstwę muzyczną. Istnieje wiele teorii, kim tak na prawdę jest tytułowy czarodziej. To może być Jezus, albo Gandalf, czy może po prostu… zwykły dealer. Jak już ludzie się czepią danego tematu, to prędko sobie nie odpuszczą.
 
Głównym atutem następnego kawałka: „Behind The Wall Of Sleep” jest moim zdaniem fantastycznie rozplanowany wokal. Utworek przyjemny i tyle.
 
Potem jest „N.I.B.” zaczynający się od basu i stanowiący klasę samą w sobie, zresztą jak i nastrojowe „Sleeping Village”, oraz bonusowe „Wicked World”.
 
„Evil Woman”, to zgrabny coverek, który, jak dla mnie, ciekawie łączy się z „The Warning”. Radzę przemedytować teksty tych dwóch utworów, prowadzić to może do różnorakich, wielopłaszczyznowych wniosków 🙂
 
Wielu ludzi uważa „Ozzy’ego” za jedynego, słusznego wokalistę BS. Według mnie inni też mają swój czar (niedawno zmarły Dio był naprawdę świetny, a Gillan występujący na jednym albumie dał ciekawy efekt), ale spora część dorobku grupy, najlepiej wypada w wykonaniu Osbourne (co się dziwić, pod niego była pisane).
 
Debiut Black Sabbathu nakreślił styl grupy. Jest też kamieniem milowym w rozwoju muzyki. Bezsprzecznie!

Dobrej nocy i szatańskich snów 😛

 

Published in: on Czerwiec 3, 2011 at 10:36 pm  Dodaj komentarz  
Tags: , ,

Zakurzony Jeronimo

Na dobry początek, wszystkim tym, którzy czują się młodzi duchem, chciałbym życzyć wszystkiego najlepszego z okazji dnia dziecka. Obyście za szybko nie dorośli xD

A teraz już lecimy jak w temacie:

Jak już pisałem, lubie klimacik drugiej połowy zeszłego wieku. A muzyka tamtego czasu, to dopiero coś! Wiele znanych dziś zespołów zaczęło swoją karierę właśnie wtedy. Ale po co wspominać o tych powszechnie znanych (jak Iron Maiden), jak i tych znanych dobrze mi i wielu takim jak ja (Saxon chociażby), kiedy są zespoły, o których niewielu już dziś pamięta, a ja (bądź co bądź młokos, ale jednak…) odkryłem je dopiero niedawno.

Takie Jeronimo. Niemiecka grupa założona w ’69. Zaczęli fajnymi coverami „Heya” i „Na Na Hey Hey Kiss Him Goodbye”. Nagrali w sumie cztery albumy, z czego ostatni w 1972. Grali bardzo fajną, lekką, rockową muzykę, której słucha się dziś nadwyraz przyjemnie. Szczypta psychodelii charakterystyczna dla lat sześćdziesiątych daje ich brzmieniu przyjemny klimacik. Chyba ich ostatnia płyta („Time Ride”) jest najbardziej godna uwagi, ale pozostałe wiele jej nie ustępują.

Kolejną gupą, którą niedawno znalazłem jest Dust. Nagrali ledwo dwie płyty: „Dust” w 1971 i „Hard Attack” rok później. Właściwie byli jednym z pierwszych zespołów progresywno-hard-rockowych na amerykańskiej scenie muzycznej. Po rozpadzie, muzycy z tego zespołu zasilili takie kapele jak Ramones lub Kiss (znając życie pewnie nie wszyscy oriętują się nawet mniej więcej co to za zespoły, ale to materiał na inną okazję). W brzmieniu Dust mnie osobiście uwiodły akustyczne wstawki, smyczki i inne tego typu smaczki. Wokalista spisuje się świetnie, zwłaszcza w takich kawałkach jak „Pull Away/So Many Times”. Jak dla mnie są świetną propozycją właściwie na każdą okazję.

Ciekawym zespołem jest również anglielski Spooky Tooth. Często zmieniali skład, parę razy się rozpadli, ale chyba nawet grają do dziś (od lat 60, czyli całkiem nieźle) . Mają fajną blues-rockową stylistykę, patentami zachaczają o ja wiem? gospel? coś takiego. Zaintrygowało mnie to, że w swojej dyskografii mają utwór „Evil Woman”, ale jak się okazało nie ma on wiele wspólnego z blacksabbathowskim imiennikiem. Wokalnie często przywodzą mi na myśl uniesienia Iana Gillana z Deep Purple . Oba zespoły łączy też duża rola instrumentów klawiszowych, które decydowały o klimacie ich muzyki. W kompozycjach Spooky Tooth słychać sporo organów, co daje ich utworom specyficzny, okołokościelny smaczek. Oczywiście najbardziej podoba mi się pierwszy okres działalności grupy, acz takie rzeczy jak „Ceremony” są dość… oryginalne. Bardziej mogę polecić ich jako ciekawostkę, niemniej jako coś lżejszego sprawują się nieźle.

I tak się zastanawiam, czemu w radiu leci taka szmira, kiedy mogliby poprzypominać starocie takie jak te powyżej?

Pozdrawiam wszystkich, którzy przeczytali powyższe wypociny od początku, do końca!

Published in: on Czerwiec 1, 2011 at 2:39 pm  Dodaj komentarz  
Tags: ,