Pewien odcień Purpury

Zespół Deep Purple kojarzony jest głównie z latami siedemdziesiątymi. W zasadzie słusznie, bo przecież wtedy nagrywali swoje największe przeboje. Jednak niewielu wie co działo się z zespołem przed słynnym longplayem „In Rock”. A działo się na tyle dużo, że powstały z tego trzy płyty studyjne. A że niedawno ukazał się nowy album, stwierdziłem, iż warto by było cofnąć się odrobinę w czasie i napisać co nieco o debiucie Głębokiej Purpury.
„Shades of Deep Purple” ukazał się jeszcze za owianych mgłą legendy czasów MK I, czyli pierwszego składu. Nazwisk takich jak Blackmore, Paice, czy Lord (Panie świeć nad Jego duszą) tłumaczyć chyba nie trzeba. Za to warto zaznaczyć, że wtedy basistą był niejaki Nick Simper. Natomiast faktem od razu rzucającym się w uszy podczas słuchania jest nieobecność Iana Gillana na wokalu. Do połowy 1969 tę pozycję okupował Rod Evans.
Wydany w 1968 roku krążek zawiera sporą dawkę coverów, co było zgodne z ówczesną strategią zespołu, który drugą płytę z tego samego roku nagrał według podobnego schematu. Metoda wypaliła wprost świetnie, jeżeli chodzi o rynek amerykański, jednak Brytyjczykom raczej nie przypadła do gustu.
Całość otwiera instrumentalny utwór własnego pomysłu o nazwie „And The Address”. Porządna dawka rytmicznego rocka zapowiadająca już po trosze klimat z późniejszych płyt. Następne jest purpurowe wykonanie „Hush” zmarłego rok temu Joe Southa. Całkiem niezłe, acz mniej frywolne niż oryginał. Kolejne „One More Rainy Day”, maluje przed słuchaczem obraz szarego, deszczowego dnia, który zaczyna się zmieniać za sprawą wychodzącego zza chmur słońca. A metaforycznie? Może chodzi o to, że dobre rzeczy jawią się jako takie głównie dzięki temu, że jeszcze przed chwilą było źle, czyli (ekstrapolując) bez zła niema dobra. A może o coś innego…
„I’m So Glad” poprzedzone prawie trzyminutowym, opierającym się na klawiszach „Prelude: Happines” jest kolejnym coverem, tym razem piosenki znanej głównie dzięki triu Cream. Niby wesoły, ale zwolnienia nie pozwalają na zbyt radosne uniesienia. Nie będę się upierał czy to wykonanie jest lepsze od oryginału, jednak mi na pewno do gustu bardziej przypadł śpiew Evansa, niż Brucea.
Wreszcie, z numerem 5, pojawia się bodaj najlepszy utwór z tego wydawnictwa. „Mandrake Root” zaczynający się tak, jakby miał być kolejną przeróbką, tym razem „Foxy Lady”. Szczęśliwie tak nie jest. Pierwsze dwie minuty są tylko hardrockowym wstępem do psychodelicznej jazdy bez trzymanki, zapewne świetnie korespondującej z efektami występującymi po spożyciu tytułowego korzenia. Dalej rzecz w podobnym klimacie, ale już spokojniejsza, czyli „Help”, w którym aranżacja odeszła dość znacząco od bazowego utworu The Beatles. Na tyle, że zdarzyło mi się słyszeć jak ktoś przypisał ten kawałek nie Purplom, ani nawet nie Beatlesom, ale… zespołowi King Crimson. Zatem dość sennie, onirycznie.
Album kończą dwa utwory o miłości. Bardzie wprost sprawa wyłożona jest we własnym „Love Help Me”, dynamicznym utworze, proponującym miłość jako rozwiązanie wszystkich problemów. Natomiast „Hey Joe” chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Poza dodaniem przyciężkiego wstępu ta wersja niewiele różni się od dokonań Hendrixa.
We wznowieniu jakie wydała EMI w 2000 obecnych jest pięć utworów bonusowych. Z nich najbardziej wyróżnia się kawałek „Shadows”. Psychodelizujący, z ciekawym wielogłosem, spokojnie mógłby zastąpić któryś z coverów na właściwym albumie. Reszta to wariacje na temat standardowej zawartości krążka. Wszystkie pozbawione wstępów. Na uwagę zasługiwać może „Hej Joe” wykonane dla radia BBC z wyczuwalnym podbiciem nastrojów (gdzie miało być spokojnie jest spokojniej, a gdzie dramatycznie, tam dramatyzm podniesiony jest o stopień wyżej). Ciekawie prezentuje się też zamykający całość, zagrany w telewizji „Hush”. Słychać, że czas nie obszedł się zbyt łagodnie z nagraniem; całość jest przytłumiona i taka obscur.
Płycie brakuje trochę do najsłynniejszych dokonań grupy, a osobiście stawiam ją nawet niżej od „The Battle Rages On…”, jednak jak na debiut, nagrywany do tego w dwa dni, raptem po kilku miesiącach wspólnego grania, jest nieźle. Jeśli ktoś jest fanem purpli, albo lubi amerykański rock schyłku lat sześćdziesiątych powinien zapoznać się z tą płytą. Reszta znajdzie dla siebie w dorobku Deep Purple wiele ciekawszych pozycji, nawet jeśli chodzi o MK I (konkretnie trzecią płytę, pod tytułem „Deep Purple”).
Mi nie pozostaje nic innego, jak kupić „Now What?!” i czekać na wrocławski koncert.

Reklamy
Published in: on Czerwiec 30, 2013 at 6:34 pm  Dodaj komentarz  
Tags: ,

„Na Croma!”

Pierwsza wakacyjna lektura za mną. Jak na wakacje, które rozpoczęły się koło 22 maja, czyli po ostatnim ustnym egzaminie, nie jest to zbyt oszałamiający rezultat. Na swoje usprawiedliwienie mogę tylko dodać (pomijając to, że w między czasie zapoznawałem się z grecką filozofią), iż wolumin miał ponad 750 stron formatu niemal A4. Mam na myśli książkę „Conan Barbarzyńca” wydawnictwa Rea. Jak na tak pokaźne gabaryty opakowane do tego w twardą okładkę, waga całości jest zaskakująco nieduża. To w dużej mierze zasługa żółtawego papieru, który nie reprezentuje sobą raczej zbyt wysokiej jakości, ale nie sprawia też szczególnie złego wrażenia. Po jednym przeczytaniu nie udało mi się go w żadnym miejscu uszkodzić.

Wydanie jest więc całkiem przyzwoite, poprzetykane tu i tam ilustracjami (z grubsza po jednej na opowiadanko), które są czarnobiałe i dość oszczędne. Mi przypadły do gustu, ale nie każdemu muszą.

Inną kwestią jest tłumaczenie. W recenzjach, z którymi zapoznawałem się przed zakupem książki podnoszono głosy jakoby nie było zbyt udane. Mimo to postanowiłem zaryzykować. I… hmm… W zasadzie nie jest tragicznie, ALE: po pierwsze patrzę na to z perspektywy osoby, która z anglojęzycznym oryginałem miała kontakt niemal zerowy (niemal, bo, tu ciekawostka, wiele opowiadań i wierszy Howarda dostępne jest na wikisource, legalnie, za darmo). Po drugie, nawet taki ja, może się przyczepić do paru uchybień. Na przykład, w dość brutalny sposób zostanie nam uświadomione, że przekładu dokonała kobieta. Mianowicie w kilku miejscach Conan używa odnośnie siebie czasowników w formie żeńskiej. Za pierwszym razem wprawiło mnie to w niemałą konsternację, ale szczęśliwie szybko ustało (pojawia się to może w dwóch, trzech opowiadaniach).

Nierzadko też używane są dość niefortunne zwroty, które niezbyt pasują do miejsca, gdzie występują. Zapewne w języku angielskim brzmiałyby w takiej formie sensownie, jednak po polsku dałoby się znaleźć, przynajmniej dla niektórych, lepiej pasujące słowa.

Teksty zostały ułożone w takiej kolejności, w jakiej publikowane były w magazynie literackim, do którego pisywał autor. Warto wspomnieć, że są to tylko te teksty, które się tam ukazały, a więc zbiorek nie zawiera kilku pozycji stanowiących dla fanów część kanonu, niemniej dla kogoś, kto z Conanem w wersji papierowej ma styczność po raz pierwszy jest to materiał w zupełności wystarczający.

Osobiście podmieniłbym troszkę kolejność na bardziej chronologiczną z punktu widzenia akcji utworów (pomijam tu chronologie utworzone przez badaczy twórczości Howarda). Jak dla mnie dwa pierwsze opowiadanka, czyli „Feniks na mieczu” i „Szkarłatna Cytadela” powinny znaleźć się na samym końcu (po „Godzinie Smoka”) [tam Conan jest już królem, a wcześniej głównie najmitą], a po „Królowej Wybrzeża” powinien być „Stalowy Demon”, potem „Cienie w Księżycowej Poświacie” i „Ludzie z Czarnego Kręgu”. Reszta tak jak jest. To tylko takie moje czepialstwo.

Tja, przydługi wstęp za nami, a cały czas nie wiadomo o czym to tak mniej więcej jest. Ano, sporo tutaj tego „barbarzyństwa”, które kojarzy się laikowi z Conanem właściwie samo z siebie. W zasadzie w każdym opowiadaniu jest opis jakiejś walki. Od pojedynków jeden na jeden, które są bardzo dobrze opisywane, co nie powinno dziwić zważywszy na fakt, iż autor był pasjonatem boksu, a i sam uprawiał tę dyscyplinę (od lat młodzieńczych, by przeciwstawić się fali przemocy jaka dosięgała go, jako kujona, ze strony rówieśników), po monumentalne bitwy.

Częstym motywem jest również ratowanie nieporadnych kobitek z łap podłych ludzi, tudzież innych, ponadnaturalnych sił. Jednak niekiedy pojawiają się także silne postacie kobiece, takie jak Waleria z Czerwonego Bractwa (Red Sonja to wprawdzie też ten sam autor, ale nie ten cykl opowiadań).

Wiele jest też elementów horroru, które nie pozwalają zapomnieć o tym, że Robert Howard należał do grona znajomych H. P. Lovecrafta. Conan nie boi się przeciwników z krwi i kości, jednak jego serce przepełnia groza na myśl o pomiotach spoza czasu przywoływanych przez mrocznych czarnoksiężników.

Postać Conana z Cymmerii nie jest pozbawiona, przynajmniej pewnych znamion, głębszego rysu psychologicznego. Momentami można dostrzec bajroniczną aurę otaczającą tego bohatera. Buntowniczo-romantyczny charakter uwypuklony jest na przykład w „Ludziach z Czarnego Kręgu”, gdzie pierwotną przyczyną pojawienia się w miejscu akcji Conana jest chęć wzniecenia powstania przeciw ciemiężącemu małą rasę krajowi.

W cyklu opiewającym historie barbarzyńcy z północy, autor dość wyraźnie zarysował swój pogląd na cywilizację, przywodzący na myśl skojarzenia z Rousseau. Dla nich obu cywilizacja wykrzywiała pierwotnie dobrego człowieka, sprawiając, że stał się gnuśny, pazerny i niemoralny. W swym stanie naturalnym ludzie byli czystsi i mniej podatni na złe skłonności. Dlatego to Conan jest tym dobrym, walczącym przeciw zdeprawowanym królom i baronom. Stanowisko względem niszczącej siły cywilizacji wprost jest wyłożone w „Za Czarną Rzeką”, a bardziej subtelnie ukazane w „Domu Pełnym Łotrów”, tudzież w antywojennych „Czerwonych Ćwiekach”.

Generalnie próżno szukać w „Conanie Barbarzyńcy” jakiś głębszych przemyśleń, ale nikogo to chyba nie zaskakuje. Jest to raczej przykład niezłego czytadła, które może trafić do sporej grupy odbiorców. Co ciekawe, jak dla mnie, niekoniecznie może się spodobać archetypicznym czytaczom post-tolkienowskiej fantastyki. Nie ma tu orków, elfów i tego typu klimatów. Akcja osadzona jest, można powiedzieć, w Erze Hyboryjskiej naszego świata, co nawet jest zarysowane w eseju otwierającym zbiorek, gdzie autor wręcz łączy rasy ze swego świata z nacjami znanymi nam ze szkolnych lekcji geografii. Howard podobno lubił pisywać fikcje historyczne, ale nie lubił tracić czasu na przekopywanie książek w poszukiwaniu informacji dających mu osadzenie w realiach. Dlatego wykreował coś w rodzaju świata równoległego, gdzie wiele elementów zaczerpnięte jest z rzeczywistości (Ishtar i Mitra to przedchrześcijańskie bóstwa, a wcale bym się nie zdziwił, gdyby Shemici w którymś z opowiadań wznosili synagogę).

Spora część tych tekstów powinna przypaść do gustu fanom historii przygodowo-awanturniczych takich jak „Piraci z Karaibów” (pomijając to, że w kilku opowiadaniach, jak w „Królowej Czarnego Wybrzeża” Conan sam piraci). Są niemal nietknięte ludzką stopą lądy, są morskie bitwy, jest abordaż i porywanie statków. Wszystko jak się należy.

Z drugiej strony mamy treści trafiające do miłośników klimatów rodem z Edgara Alana Poego. Takie dzieła jak „Feniks na Mieczu”, „Wieża Słonia”, czy „Pełzający Cień” (chyba mój faworyt) mają niesamowitą atmosferę. I, tak, tu też występują goryle 😉

Tomik godny polecenia jako naprawdę fajne czytadło. I do tego ładnie prezentuje się na półce.

Published in: on Czerwiec 29, 2013 at 10:02 am  Dodaj komentarz  
Tags: ,

Plemię Sasów

 Zespół Saxon jest po dziś dzień jednym z ważniejszych filarów nurtu New Wave Of British Heavy Metal, chociaż jego debiutancki album nie zapowiadał tego zbyt dobitnie. Zanim jednak przejdziemy do omawiania wspomnianego krążka, warto pochylić się nieco nad historią zawiązania się samego zespołu, który powstał na skutek fuzji dwóch innych formacji.

Jedną z nich była, preferująca progresywne brzmienia, grupa Coast. W połowie lat siedemdziesiątych jej szeregi opuścił perkusista, który postanowił poświęcić rockową karierę na rzecz pracy w charakterze kierowcy ciężarówki. W składzie pozostał tylko gitarzysta Paul Quinn i grający na basie wokalista Peter „Biff” Byford. Mniej więcej w tym samym czasie, skłaniający się ku bluesowym korzeniom, zespół Son Of A Bitch stracił śpiewającego gitarzystę i postanowił uzupełnić swój skład o „Biffa” i Quinna. Panowie przystali na tę propozycję i jako kwintet (oprócz pozyskanych wokalisty i gitarzysty skład stanowili basista Steve Dawson, perkusista Pete Gill i drugi wioślarz Graham Oliver) związali się z francuską wytwórnią Carrere, rozpoczynając nagrywanie materiału na płytę pod tytułem „Saxon”. Długotrwałe naciski wywarły decyzja o zmianie nazwy grupy na nieco „milej” brzmiącą; po jakimś czasie zaczerpnięto ją prosto z longplaya.

Muzycy jako swoje inspiracje wskazywali hardrockową klasykę taką jak wczesne dokonania Black Sabbath i Deep Purple (jak zresztą większość postaci zasilających scenę NWOBHM). Deklarowali również sprzeciw punk rockowi kojarzonemu z bezsensownym hałasem wydawanym przez ludzi, którzy nie za bardzo potrafią posługiwać się instrumentami. Jednakowoż sami przyznają się również do inspiracji tym, popularnym wówczas, gatunkiem, z którego czerpali zadziorną prędkość utworów.

Debiutancki album zaczyna się dość energetycznie, by już chwilę potem przyhamować i wpaść w nieco liryczny nastrój. „Rainbow Theme” wita słuchacza iście magicznym klimatem. Nie inaczej jest w warstwie tekstowej, opowiadającej o ukrytym w górach, intrygującym sekrecie. Utwór przechodzi we „Frozen Rainbow” o odwrotnej konstrukcji. Zaczyna się progresywnymi gitarami, by pod koniec nabrać motorycznego rytmu. Znać po tym zamiłowanie muzyków do takich zespołów jak choćby Yes (BTW „90125” mogę uznać za płytę swojego wczesnego dzieciństwa).

Opisujący pannę lubiącą bawić się młodymi chłopcami „Big Teaser” to już porządny, riffowy numer, co prawda jeszcze niezbyt ciężki, ale dający jakieś pojęcie o kierunku, który potem został obrany przez grupę.

Kolejnym utworem ze zmianami tempa jest „Judgement Day”, którego tekst, jako nawiązujący do zagadnienia wiary, jest dość niejednoznaczny. Można go na przykład zinterpretować jako przytyk do typowych dla metalu piosenek z gatunku „przyjdź szatanie i zjedz moje śniadanie”. Faktycznie, Saxon nie ma zbyt wielu utworów odwołujących się do sił  nieczystych, a nawet jeśli, to raczej nie można ich nazwać „bluźnierczymi”. Może po prostu posprzeczali się z kolegami z zespołów takich jak Angel Witch (rozpoczynającego karierę pod nazwą Lucifer).

W „Stallions Of The Highway” można dopatrzyć się wielu elementów charakterystycznych dla późniejszej działalności grupy. Muzycznie mamy tu do czynienia z typowym dla NWOBHM dynamicznym rytmem i nieprzytłoczoną nim melodią. Nadal nie ma tu jednak dostatecznego ciężaru. Ponadto tekst o motocyklach (wariacje na ten temat pojawiają się na naprawdę wielu ich płytach) jest zaśpiewany jakoś tak… mało satysfakcjonująco i jakby na siłę niedbale.

Momentami nieco skotłowany „Backs To The Wall”, o fajnie rozedrganym, pulsującym rytmie, tekstowo przywodzi mi na myśl „Never Surrender” z ich czwartej płyty. Niemniej jest to kolejna piosenka o tym, by twardo obstawać przy swoim.

„Still Fit To Boogie” znowu porusza podobny temat jak poprzednik, jednak tym razem remedium na osłabłą wole przeżycia ma być muzyka. Całość podana jest zamaszyście, z rockowym nerwem.

Rozpoczynający się werblami „Militia Guard” jest chyba moim ulubionym utworem z tej płyty. Wstawka gitary akustycznej robi świetne wrażenie, podobnie jak wielogłosy w końcówce. Zafrapować mogą dynamiczne zmiany nastroju; frapujący na pewno jest też tekst o trudach walki o pokojowe współżycie (eee… zabrzmiało to niczym: „Będziemy walczyć o pokój do ostatniego żołnierza”, ale niech tam).

Wydana w 2009 reedycja wzbogacona została o bonusowy materiał. Mamy więc dostęp do demka z 1978, a więc jeszcze z czasów, gdy zespół nosił dumne miano Son Of A Bitch. Jakość jest całkiem przyzwoita. Dzięki temu doszukać możemy się zmian jakie zaszły w kilku utworach. Zasadniczo rok pracy wyszedł wszystkim kompozycjom na dobre. Może wokal w „Stallions Of The Highway” jest nieco przyjemniejszy, może wydłużone „Rainbow Theme” ma jeszcze lepszy klimacik od oryginału (głównie dla tego, że jest dłuższe :P), ale w większości są to uproszczone wersje tego, co trafiło na album.

Dalej mamy rejestrację występu we Friday Rock Show z lutego 1980. Zespół nagrywał już wtedy materiał na drugą płytę, stąd obecność „747” i „Motorcycle Man”. Utwory zagrane zostały z koncertową werwą i pazurem. Są, przynajmniej miejscami, szybsze i bardziej zwarte. Z ciekawostek: w „Stallions Of The Highway” wytłumiono wyraz „shit”, a w „747” zagrano inny wstęp niż w wersji studyjnej.

Następny jest b-side jednego z singli w postaci „Judgement Day” odegranego na żywca. Niestety jakość już nie jest taka dobra; wokal jest przytłumiony i wepchnięty gdzieś tam z tyłu. Okej, czepiam się… Jeżeli pominąć technikalia to wykonanie jest więcej niż w porządku.

Na koniec dostajemy trzy koncertówki z festiwalu Monsters Of Rock. Czuć, że muzycy dają z siebie wszystko. Opis swoich wrażeń z tego wydarzenia zawarli w późniejszym utworze „And The Bands Played On”.

Cóż rzec można o tej płycie? Jak na debiut udana, chociaż w obecnym czasie nie powala aż tak, jak to miało zapewne miejsce te kilka dekad temu. Słychać na niej pewne zaczątki tego, co będzie kojarzone z zespołem już za kilka lat. Jednak ten longplay jest dość różny od tego co można usłyszeć na następnej płycie, a co dopiero na takim „Metalheadzie”. Kompozycje są lżejsze, mniej w nich tego „heavy”. Przy czym nie ma tu takiego wygładzenia jak np. na „Destiny”… ale to są już dywagacje na inną notkę.

Rozpisałem się co niemiara, ale to pierwszy tekst, który piszę tak naprawdę dla siebie od kwartału, jak nie lepiej. Po takim odwyku chyba wreszcie wróciły mi siły. Żeby jednak nie było: na blogu notki będą lądować nieregularnie, ale do końca czerwca tak z osiem (sic!) powinno przybyć.

Niniejszym żegnam się, a płytę polecam!

Published in: on Maj 2, 2012 at 6:37 pm  2 Komentarze  
Tags: ,

„Dopuszczalny przedział doskonałości”

Lubię sci-fi. Co prawda, niespecjalnie przypadły mi do gustu „kosmiczne odloty” Lema, ale nie zmienia to faktu, że jest to jeden z moich ulubionych gatunków beletrystyki/filmu. Przez moją awersję do fizyki raczej unikam zbyt scientycznej fantastyki naukowej. Mimo to nie dyskredytuję z góry wszystkich space-oper (podgatunek z, chyba, największą ilością wtrentów okołofizycznych). A „Najlepsza Załoga Słonecznego” znajduje się blisko szczytu mojej listy ulubionych książek.

 Kilka lat temu przeczytałem „Paradyzje” nieznanego mi wówczas Janusza Andrzeja Zajdla. Książka przypadła mi do gustu, jednak z różnych powodów (natłok zajęć i innych lektur [narzuconych przez siły wyższe]) o autorze zapomniałem. Dopiero 25. rocznica śmierci tego zacnego pisarza przywróciła mi pamięć o nim. Niestety czasu zawsze jest za mało. Dopiero niedawno znalazłem chwilę i przeczytałem jubileuszowy zbiór opowiadań, zatytułowany „Relacja z pierwszej ręki”.

 Mówiąc krótko: szkoda, że dopiero teraz.

 Książka rozpoczyna się przedmową żony zmarłego. To właśnie Jadwiga Zajdel dokonała wyboru utworów. Mniemam, iż nie był to wybór łatwy. Sięgnięto do pięciu tomów, oraz po materiały do tej pory nie publikowane. Zamiszczona na końcu nota edytorska pozwala zoriętować się skąd zaczerpnięto konkretne opowiadanie.

 Teksty nie są ułożone ani chronologicznie, ani alfabetycznie, nie dostrzegam też ułożenia tematycznego. Czyżby jakiś tajemniczy klucz 😉

 Mamy doczynienia z przekrojem twórczości, zarówno czasowo (od lat sześćdziesiątych, po ostatnie opowiadanie z końca roku 1984), jak i tematycznie. Kwestie podnoszone w twórczości Zajdla są nadwyraz zróżnicowane. Dominuje jednak człowiek, jego zachowanie w strumieniu galopującego postępu technologicznego. Autor porusza się po tym grząskim gruncie z niebywałą gracją, posługując się często aluzyjnym humorem (mnie najbardziej rozbawiły „Wyższe racje”). Nie brak również niewesołych refleksji (melancholijne „Psy Agenora”). Sporo też odwołań do ciężkich czasów komunizmu („Adaptacja”, czy „Chrzest bojowy”). Jest nawet satyra na ekologię, doskonale wpasowująca się w nasze czasy („…et in pulverem reverteris”). Tytułowa „Relacja z pierwszej ręki” stanowi przepyszną wisienkę na torcie.

 Mało jest tu twardego science-fiction i dla tego ów zbiór z czystym sumieniem mogę polecić każdemu, kto lubi inteligentną rozrywkę, mówiącą do czytelnika nie wprost, lecz za pomocą zawoalowanych aluzji.

 A ja muszę uzupełnić biblioteczkę o „Limes inferior” i pare innych książek Zajdla 🙂

Published in: on Sierpień 22, 2011 at 5:31 pm  Dodaj komentarz  
Tags: ,

Nowy, a jakże, ale czy taki wspaniały?

 

 Aldous Huxley to ten gość od „Drzwi Percepcji”. Ale jako pisarz ma w swoim dorobku znacznie więcej dzieł wartych uwagi. Ja na razie sięgnąłem jeno po „Nowy wspaniały świat”, ale dzieła tego autora zapewne już wkrótce zagoszczą w większej ilości na mojej półce.

 „Brave new world” nie jest prostym czytadłem sf (jeśli coś już ma być fantastycznonaukowe, to chyba nie powinno być zbyt proste, nie?). Nie język jest tu przeszkodą, ale treść niesiona przez tę antyutopie. Zetknąłem się z opinią, iż kiedyś żyliśmy w „Roku 1984”, dziś żyjemy w „Nowym wspaniałym świecie”. Coś w tym jest. Orwelowska wizja totalitarnego uciemiężenia pasuje do PRL-owskiej rzeczywistości. Dziś nacisk nie jest tak oczywisty, wszystko odbywa się na drodze subtelniejszego „warunkowania”. W powieści Huxley’a działo się to na drodze hipnopedii, gdyż dzieciotwórstwo odbywało się na nieco innej drodze, niż dziś 🙂 (niezły zonk serwowany jest już na początku książki). W naszym obecnym świecie dzieci sadzane są przed telewizorem, później przed komputerem, i chłoną „mądrości” przedstawiane w reklamach.

 Na dobrą sprawę, u nas też niespecjalnie opłaca się być wyjątkowym. To znaczy, jak najbardziej, byleby w ogólnie przyjętych ramach. Szczęśliwie wiele zależy w tym względzie od środowiska w jakim się znajdziemy. W „Nowym wspaniałym świecie” wszystko było narzucone odgórnie. Tam przynajmniej mieli some i nie musieli martwić się późniejszym, ponarkotycznym kacem.

 Człowiek zawsze dążył do szczęścia. I chyba nigdy nie było tak, by dla wszystkich szczęście oznaczało to samo. W świecie Huxley’a wyjątki zdarzały się żadko, ze względu na zaawansowaną inżynierię, jakiej poddawany jest człowiek już od zarodka. Dzięki temu, model kastowy nie był powodem dla rewolucji. Każdy przychodził na świat już uwarunkowany do życia w odpowiedniej grupie społecznej, bez możliwości (ale też i chęci) do zmiany jej na inną. Manipulacja sprawiała, że wszyscy byli zadowoleni ze swojego miejsca w strukturze socjalnej. Nie można powiedzieć, aby w naszym społeczeństwie nie było podziału na klasy. W końcu mamy bogatych burżujów, „klase średnią” i pospólstwo. Przyjęty został jednak inny model. Tu każdy ma szanse (często li tylko iluzoryczną) stać się kimś więcej, piąć się po szczeblach kariery i trzepać kapuchę.

 Pora na dygresję. Dziś każdy może być kimś i generalny trynd idzie w kierunku wyścigu szczórów. Pewnie dla tego, kampania reklamowa pewnej marki jeansów (diesel?) nakłania do bycia głupim. Że niby wtedy będzie się wyjątkowym i takim fajnym. Niestety z tego co obserwuję, coraz ekskluzywniejszym towarem luksusowym staje się inteligencja. Więc wszystkich, którzy chcą być wyjątkowi, zachęcam do bycia mądrymi. Nie w sposób taki, jaki narzuca społeczeństwo, bo to żadna inteligencja, ale po prostu mieć ogarnięcie w niektórych, istotnych tematach. Czasem przeczytać coś mądrego… Fantastycznie, gadam jak mój stary 😛

 Co do „Nowego wspaniałego świata”, to zachęcam do poczytania. Długie to to nie jest, niektórych może odepchnąć nieco anachroniczność wizji. Kto w latach 30 myślał, że komputery osiągną ten półap zaawansowania, co dziś. Nie wpływa to jednak negatywnie na klarowność przekazu. Nie jest to książka łatwa i przyjemna, ale warto ją przeczytać.

 

Published in: on Lipiec 27, 2011 at 10:48 pm  Dodaj komentarz  
Tags: , ,

Appetite For G ‚N’ R

 Czasem i z rynsztoka może wyrosnąć kwiatek, czego przykładem może być grupa Guns ‚N’ Roses. Mieszkali w melinie, hektolitrami pochłaniali alkohol i nie stronili od narkotyków. Menele, można by rzec. A jednak to o nich mówi się, że „uratowali prawdziwego rocka”.

 Skład, uważany za najlepszy, ukonstytuował się w 1985 roku,a chłopaki od razu wzięli się za koncertowanie. Zaowocowało to wydanym w rok później minialbumem, który dwa lata potem stał się częścią „G N’ R Lies”. Jednak prawdziwe tornado nadeszło w lipcu 1987 roku. Ukazanie się płyty „Appetite For Destruction” poprzedziło wiele imprez kończących się gigantycznymi demolkami. W końcu muzycy, po podpisaniu kontraktu z wytwórnią, nie musieli sobie niczego żałować.

 Sama płyta okazała się wielkim sukcesem. Zdobywała wysokie miejsca w notowaniach na całym świecie. W Ameryce pokryła się osiemnastokrotną platyną. Był to chyba najlepszy debiut w całej historii rocka. Nawet jeśli ktoś nie gustuje w rzeczonym gatunku z całą pewnością kojarzy przynajmniej singlowe utwory takie jak: „Welcome to the Jungle”, „Sweet Child O’ Mine”, czy „Paradise City”. Nawet w dzisiejszych czasach słychać je w radiu, a na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci gościły w wielu filmach. Popularność mogą zawdzięczać również teledyskom, którymi zespół wpisał się w rowój telewizji muzycznych.

 Sam album prezentuje się całkiem nieźle. Wielkim fanem tego zespołu nie jestem, jednak muszę przyznać, że odwalili na tym krążku kawał dobrej roboty. Szkoda, że nie udało się przepchnąć pierwotnej okładki, która miała pazur (a nawet kilka, jeśli wiecie o co mi chodzi). W zamian za to dostaliśmy tatuaż Axla. W sumie też niczego sobie.

 Gitarowe otwarcie wprowadza niezły nastrój, a dżungla nie dość, że nas wita, to jeszcze wciąga totalnie. W miasto łatwo wsiąknąć, łatwo też w nim zwariować (co sugeruje, całkiem ciekawy teledysk). Pierwszy utwór stanowi niejako kwintesencje ich stylu. Jest dowodem na to, że ci ludzie wiedzą, czego chcą i potrafią to osiągnąć.

 Dalej jest lekko punkrockowe „It’s So Easy”. Piosenki opisujące luzacki styl życia zawsze są w cenie. Nie inaczej było w ’87. Energiczna jazda przerywana jest ładnymi zwolnieniami, co tworzy intrygującą kompozycjie, której można słuchać niemal bez przerwy.

 Każdy ma jakiś ulubiony trunek, Gunsi również. „Nightrain” to pean na cześć taniego winiacza, jakim muzycy raczyli się zanim stać ich było na pożądniejsze napoje. W warstwie muzycznej mamy fajny, motoryczny utworek. Dobry na rozbudzenie w poniedziałkowy poranek 😛

 Do Axla przyległa łatka złodzieja i przestępcy. I jako łatka trzymała się go nawet w tych momentach, gdy był „czysty”. Nikomu by się to nie spodobało. Wyrazem niechęci do takiego stanu rzeczy jest szybkie „Out Ta Get Me”.

 „Mr. Brownstone” to typowy utwór o uzależeniu. W tym przypadku od heroiny. Miło się tego słucha, a jak kogoś to skłoniło do refleksji, tym lepiej.

 I znowu miejskie klimaty w „Paradise City”. Ładnie rozpędzający się utwór, w którym riffy Slasha zostały dopełnione syntezatorem, tworząc porywającą całość. W teledysku muzycy gwiazdorzą, są ujęcia ze sceny, są i takie, na których rozdają oni autografy.

 „My Michelle” odnosi się personalnie do kochanki Axla. Utwór wcale nie wychwala Michelle, ba, wręcz przeciwnie… Mimo to bohaterka, gdy go usłyszała była ponoć zachwycona. Muzycznie faktycznie jest nieźle, a jeśli bohaterka nie boi się prawdy, to co w tym złego?

 „Think About You” to kolejny, szybki numer o miłości. Całość zagrana jest z gunsowym dynamizmem i czadem.

 Dalej mamy wycieczkę w krainę wspomnień Axla. Jest znowu o dziewczynie i znowu o miłości i znowu o… a z resztą, „Sweet Child O’ Mine” jest tak znane, że nawet totalny analfabeta kulturowy je słyszał. Ludzie kochają ten utwór, ja mam do niego pozytywny stosunek, ale bez przesady. Ballada jak wiele innych, są chwile, gdy słucha się tego z większą, lub mniejszą przyjemnością, ale posłuchać zawsze można.

 „You’re Crazy” to kolejna porcja jazdy bez trzymanki. I znowu o dziewczynie, co prawda z innej perspektywy, ale zawsze. Nie oszukujmy się, temat nośny bardziej niż używki, więc też mocniej eksploatowany.

 „Anything Goes” pamięta jeszcze czasy poprzedniego zespołu Axla: Hollywood Rose. Intrygujący początek przeradza się w ciekawy utwór, ot tak do posłuchania.

 Wieńczące całość „Rocket Qeen” najmniej do mnie trafia. Jest jakieś takie… niby niezłe, ale czegoś brakuje. Co do jęków, które pojawiają się w tle istnieje wiele teorii, a najpopularniejsza mówi, iż są to odgłosy nagrane w studiu, gdy Axl zabawiał się z dziewczyną bębniarza. A ti, ti, niedobry 😛

 I tak oto kończy się debiutancka płyta „Wybawicieli rocka”, czy jak ich tam nazwać. Dobrze grali, szkoda, że skończyli.

Pozdrawiam!

Published in: on Lipiec 9, 2011 at 10:00 pm  Dodaj komentarz  
Tags: ,

Ależ Benjaminie…!

Notka przedwyjazdowa, więc jest przepięknie chaotyczna 🙂 Mam jednak nadzieję, że da radę się przeczytać. Jeśli mi się uda, to jutro też się coś pojawi. Ale do rzeczy:

 Zwykle niespecjalnie przepadam za filmami, w których główny bohater popada w kabałę i to stanowi główną oś fabuły. Jednak „Absolwent” z 1967 jest filmem nadwyraz udanym.

 Młody Benjamin właśnie zakończył swoje zmagania z collegem i wrócił do domu, a starzy z tej okazji urządzili mu przyjęcie, na które zaprosili… swoich znajomych. No lepszego prezentu nie mogli mu sprawić. A nie, jednak mogli. Kupili mu skafander do nurkowania, który jakoś na nim wrażnia nie zrobił.

 Z przyjęcia odwiózł pewną kobiete do jej domu. I tak jakoś wyszło, że, z początku nieśmiało, nawiązuje z nią romansem.

 Potem akcja nabiera jeszcze większych rumieńców, przeradzając się w istne szaleństwo. Końcówka to prawdziwa jazda na krawędzi. Każdy, kto film pamięta, powinien uśmiechnąć się już na samo wspomnienie o alternatywnym zastosowaniu krzyża 🙂

 Oczywiście główny bohater nie wie co ze sobą, przeżywa jakiś tam kryzys, martwi się o swoją przyszłość i tak dalej, więc może dla tego film klasyfikowany jest jako dramat obyczajowy, ale ja jakoś powagi przy nim nie mogłem zachować. Obraz kipi nieszablonowym humorem, który może nie odpowiadać każdemu, ale w moje gusta trafia. Fakt faktem, nie są one może zbyt wysublimowane, ale moje, prywatne, więc co tam 😛

 Gra aktorska też jest niezła, ujęcia ciekawe, a muzyka, to majstersztyk. Nie bez powodu film zdobył Oscara, za reżyserię, kilka Złotych Globów, oraz wiele nominacji. Hoffman odgrywa postać Benjamina z gracją i polotem. Pozostali aktorzy odwalają również dobrą robote. Kamera pracuje czasem niekonwencjonalnie, ale nie pozostawia to wrażenia nieładu, czy przekombinowania. Muzyka Simona i Garfunkela jest świetna, a utwór „Mrs Robinson” często słychać w radiu.

 Film wart jest obejrzenia z kilku powodów. Chodźby z tego, że to klasyk, ale też dla tego, iż jest on dość zabawny i przyjemny w odbiorze. Pokazuje on również lata sześćdziesiąte, nie oczami hipisów, a w miarę normalnych (lol, teoretycznie między Panią Robinson, a Benjaminem jest co najmniej 20lat różnicy) ludzi.

 To by było tyle na dziś.

Published in: on Czerwiec 23, 2011 at 9:15 pm  Dodaj komentarz  
Tags: ,

Przygody Jacka Haviga

Ostatnio zorientowałem się, że może i czytam dużo, ale za mało w tym klasyki. Nie, nie chodzi mi o Dantego („Boską Komedię” doczytałem do połowy i to mi starczy), czy Kafkę (z jego przydługim „Procesem”), ani nawet o Mickiewicza, którego lubię. Bardziej ubolewam nad tym, że nie znam klasycznych utworów moich ulubionych gatunków, czyli fantasy i science-fiction.

 Z Tolkiena znam tylko „Hobbita”, bo mam wrażenie, że to co widziałem w kinie ma niewiele z czaru jego trylogii. O Lema się ledwo otarłem („Bajki Robotów”), Philipa K. Dicka czytałem „Do Androids Dream of Electric Sheep?” i to tyle, a o innych, jeszcze klasyczniejszych pisarzach, tylko słyszałem. Nawet „Wiedźmina” przeczytałem zaledwie dwa pierwsze tomy. Dla tego, kiedy znalazłem kilka wolnych chwil, postanowiłem przeczytać sobie „Stanie się Czas” P. Andersona z 1973 roku. Książeczka niewielka. Mała na tyle, że dołączyli ją do „Nowej Fantastyki”, jako bonus.

 Poul Anderson był wielokrotnie nagradzanym, amerykańskim pisarzem, który wydał na świat ogromne ilości powieści i zbiorów opowiadań. Widać, że zacny człowiek, cieszący się estymą w środowisku, a więc jego książka jak najbardziej nadaje się dla kogoś, kto chce nadrobić braki w klasyce sci-fi. Przynajmniej w teorii.

 Książka zaczyna się bardzo przyjemnie. W przedmowie autor informuje nas, iż nie będzie nikogo robił w konia wmawiając, że książka mówi prawdę. Miło z jego strony 😛 Losy bohatera śledzimy już od jego narodzin, mimo iż narracja prowadzona jest z perspektywy osoby nawet z nim nie spokrewnionej. Lekarz, który przyjął na świat Haviga, staje się powiernikiem jego tajemnic. Okazało się bowiem, że Jack Havig ma zdolności do podróżowania w czasie. Jakoś ten temat do mnie nie przemawia. Bardziej trafiają do mnie teorie mówiące, iż nie jest to możliwe 🙂

 Ogólnie powieść jest nieźle napisana. Warsztatowo Anderson wyrabia się bardzo dobrze; nie nurzy, przeplatając dłuższe opisy, akcją. Książka jest jednak dość skromnych rozmiarów, a autor chyba chciał upchnąć w niej zbyt wiele, co sprawiło, że niektóre wątki zostały potraktowane nieco po łebkach. Niekiedy daje to wrażenie zbytniego chaosu. Czasem aż trudno zrozumieć o co chodzi. Oczywiście nie miałem nawet zamiaru, ani ambicji odczytać wszystkich przesłań i niuansów, które ten człowiek, z wykrztałcenia fizyk, chciał odbiorcom przekazać. Aż takiego łaba na karku to nie mam, ale wydaje mi się, że nawet przeciętnemu czytelnikowi książka da się zrozumieć w mniejszym, lub większym stopniu.

 Na pewno Poul Anderson napisał wiele lepszych opowiadań, ale „Stanie się Czas” jest przyjemnym czytadełkiem, nadającym się idealnie do zabrania w podróż, lub do poduszki. Można poczytać, ale klasykiem literatury bym tej powieści nie nazwał.

 Dobra, to tyle. Jutro notka około-biograficzna 🙂 Będzie zabawnie.

Pozdrawiam!

Published in: on Czerwiec 21, 2011 at 5:13 pm  Dodaj komentarz  
Tags: ,

„Miś! Miś!… Świńska rura, nie miś!”

 Wczoraj obejrzałem „Misia”. Po raz nie-wiem-który. Kultowe filmy można przeca oglądać bez końca. Kultowy to on jest, ale chyba też nieźle obrazuje idiotyczność tamtych lat, tamtego systemu. Pamiętam jak w przedszkolu śpiewało się piosenkę wesołego Romka, niemal codziennie. I wszyscy się śmiali, mimo że wtedy jeszcze nie ogarnialiśmy jak dobrze w filmie przedstawiony został przełom lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Jak na moje oko to taka pigułka absurdu, niezbędna każdemu Polakowi, do ogarnięcia się w realiach jego, własnego kraju (swoją drogą, to chyba znak, że niewiele się zmieniło. Ale przynajmniej jest towar na półkach i to w takich ilościach, że nawet RWPG miałaby kłopot z jego zagospodarowaniem).

 Właśnie uświadomiłem sobie, jak wielu moich znajomych zaczynało edukacje historyczną od tego filmu. Jakież to dzieło ma wpływ na całe pokolenia. To chyba jeden z niewielu obrazów, które działają na młodszych obywateli, czyniąc to jednocześnie we właściwy sposób.

 Oceniam to wszystko tylko z perspektywy dzieciaka, który urodził się już w wolnej Polsce, na kilka miesięcy przed uchwaleniem ustawy o denominacji; jednak zawsze lubiłem poznawać historię naszego kraju, gdyż uważam, że pomaga ona zrozumieć to, co dzieje się dookoła, w dzisiejszych czasach.

 Oczywiście nie ma to jak oglądanie „Misia” w towarzystwie ludzi, którzy pamiętają tamten okres. Ach, te utyskiwania na gównianość system, poparte soczystymi przykładami, działającymi na wyobraźnie 😛

 Śmiałem się przy filmie jak zwykle, ale mniej beztrosko. Kurde, tyle absurdów, a niemal każdy miał odbicie w rzeczywistości. Cała fabuła filmu zasadza się właściwie na przekręcie, na cwaniactwie, które jest jednym z tych elementów tamtych dni, które mają się dobrze nawet teraz. Ale taka prawda ekranu, taka awaria, jako „okazja do zaprezentowania artystycznego programu”… czy to nie zdarza się i dzisiaj?

 Artystycznie film zrobiony jest świetnie. Dobre dialogi, niezła muzyka, dość standardowa praca kamery, acz ujęcia „transformacji” Rysia w Murzyna i na odwrót są zrobione bardzo przyjemnie.

 Jako że jest to komedia, mamy tu humor. Humor tak dopasowany do polskich gustów, tak doszlifowany, tak wyrobiony w ogniu komuny, że nie znam wielu ludzi, którzy nie zaśmialiby się po przytoczeniu jakiegoś dowcipu, dialogu, piosenki, gagu, czy czego tam, z „Misia”. Właśnie humor świadczy o kultowości tego filmu, o tym, że mimo upadku systemu, mimo ponad 25 lat na karku, jest zabawny i dobrze się go ogląda.

 Aktorzy zagrali świetnie swoje postacie, a Ochódzki, Jarząbek i kilka innych przeszło do naszej popkultury.

 Według mnie jest to arcydzieło. Można je odbierać na różnych poziomach i na każdym z nich gra dobrze swoją rolę. Sprawdza się jako komedia, sprawdza się też jako szybka lekcja historii. Po prostu kultowy klasyk.

 Może i ma jakieś mankamenty, ale mimo tego jest filmem świetnym, wartym oglądania częściej niż raz.

 Pozdrawiam, a „parówkowym skrytożercom mówię: NIE”! xD

Published in: on Czerwiec 14, 2011 at 9:15 pm  Dodaj komentarz  
Tags: , ,

Film nie-dla-frajerów

 Nie ma to jak film, który ogląda się po raz któryśtam, a mimo to jest dobry. Fabuła mimo, iż znana, nie nudzi. W moim przypadku, takie filmy, to często komedie. Dziwne, bo przecierz gag sytuacyjny, widziany kolejnny już raz, nie powinien zaskakiwać, a przez co i śmieszyć. Jednak nie zawsze tak jest.

 Film „Zemsta Frajerów” toważyszy mi od kąd pamiętam. No, to teraz już wiadomo, dlaczego jestem taki nienormalny 😛 Tłumaczenie tytułu jest niefajne, ale jak inaczej przełożyć słówko „nerd” na nasz język? Fakt faktem film jest trochę hermetyczny, więc chyba nikt by się nie obraził za „Zemstę Nerdów”, ale niech będą i frajerzy.

 Lata osiemdziesiąte, o których opowiada film, to czas ekspansji komputerów i ludzi, którzy je rozumieli. Nic dziwnego, że wtedy powstało też wiele filmów ukazujących informatyków jako właśnie frajerów. W dzisiejszych czasach słowo „nerd” zmieniło nieco swoje naczenie, ale nadal mówi się tak o osobach słabo przystosowanych do społeczeństwa, mających trudności w kontaktowaniu się z innymi… no, krótko mówiąc o takich jak ja. Może jeszcze nie, ale jestem blisko 🙂

 Film zaczyna się dość dziwną, jak dla mnie sceną, w której syn rozmawia ze swoją matką, ale robi to w taki sposób, że skojarzenia z kompleksem edypa, nasunęły mi się same. Ale może to tylko ja jestem dziwny…

 Widz bombardowany jest skretyniałym humorem już od drugiej minuty filmu. Ja w sumie nie mam nic przeciwko temu, a nawet mi to pasuje. Czasem żarty są naprawdę nieśmieszne, ale ogólnie trafiają w mój gust (to, że jestem dziwny, chyba już ustaliliśmy? Nie :P?).

 Mocną stroną filmu jest muzyka. Kawałki nie osiągają jakichś szczytów wysublimowania, ale są po prostu w klimacie tamtych dni. Utwór w pierwszych minutach filmu, gdy główni bohaterowie jadą do college’u jest nader sympatyczny, a kawałki grane na imprezach AlfaBeta kojarzą mi się z Def Leppard. „Finałowa piosenka”, grana przez bohaterów poprzebieranych za postacie z popkultury (mam nadzieję, że każdy, kto widział ten film, rozpoznał Kraftwerk, Jacksona, Presleya itp?), jest też niczego sobie.

 Znakiem rozpoznawczym całej serii jest debilny śmiech, który chyba, powoli wchodzi mi w krew 🙂

 Postacie z tego filmu są bardzo archetypiczne. Mamy tu typowych nerdów jak Lewis i Gilbert, flejtuchów – Glut, mięśniaków, takich jak Ogre… nawet homoseksualiści się załapali.

 Tak, żeby nie spoilować, powiem tyle, że dość dziwne jest zakładanie przez głównie białych, bractwa pod auspicjami Afroamerykanów. Podejrzewam, że w realu by to nie przeszło, głownie ze względu na możliwość osłabienia szeregów, bractwa, które najwyraźniej pełniło rolę „Czarnych Panter” w collegach. Z resztą, sam mistrzu LambdaLambdaLambda okazywał niechęć frajerom. Ale to nie dla tego, że są biali, lecz z powodu tego, że są frajerami 😛

 Każdy, kto nie widział tego filmu, powinien go zobaczyć. Ja oglądnąłem go dziś po raz dziesiąty i nie żałuję 🙂

 Życzę miłego oglądania i pozdrawiam!

Published in: on Czerwiec 12, 2011 at 7:00 pm  Dodaj komentarz  
Tags: ,