Pewien odcień Purpury

Zespół Deep Purple kojarzony jest głównie z latami siedemdziesiątymi. W zasadzie słusznie, bo przecież wtedy nagrywali swoje największe przeboje. Jednak niewielu wie co działo się z zespołem przed słynnym longplayem „In Rock”. A działo się na tyle dużo, że powstały z tego trzy płyty studyjne. A że niedawno ukazał się nowy album, stwierdziłem, iż warto by było cofnąć się odrobinę w czasie i napisać co nieco o debiucie Głębokiej Purpury.
„Shades of Deep Purple” ukazał się jeszcze za owianych mgłą legendy czasów MK I, czyli pierwszego składu. Nazwisk takich jak Blackmore, Paice, czy Lord (Panie świeć nad Jego duszą) tłumaczyć chyba nie trzeba. Za to warto zaznaczyć, że wtedy basistą był niejaki Nick Simper. Natomiast faktem od razu rzucającym się w uszy podczas słuchania jest nieobecność Iana Gillana na wokalu. Do połowy 1969 tę pozycję okupował Rod Evans.
Wydany w 1968 roku krążek zawiera sporą dawkę coverów, co było zgodne z ówczesną strategią zespołu, który drugą płytę z tego samego roku nagrał według podobnego schematu. Metoda wypaliła wprost świetnie, jeżeli chodzi o rynek amerykański, jednak Brytyjczykom raczej nie przypadła do gustu.
Całość otwiera instrumentalny utwór własnego pomysłu o nazwie „And The Address”. Porządna dawka rytmicznego rocka zapowiadająca już po trosze klimat z późniejszych płyt. Następne jest purpurowe wykonanie „Hush” zmarłego rok temu Joe Southa. Całkiem niezłe, acz mniej frywolne niż oryginał. Kolejne „One More Rainy Day”, maluje przed słuchaczem obraz szarego, deszczowego dnia, który zaczyna się zmieniać za sprawą wychodzącego zza chmur słońca. A metaforycznie? Może chodzi o to, że dobre rzeczy jawią się jako takie głównie dzięki temu, że jeszcze przed chwilą było źle, czyli (ekstrapolując) bez zła niema dobra. A może o coś innego…
„I’m So Glad” poprzedzone prawie trzyminutowym, opierającym się na klawiszach „Prelude: Happines” jest kolejnym coverem, tym razem piosenki znanej głównie dzięki triu Cream. Niby wesoły, ale zwolnienia nie pozwalają na zbyt radosne uniesienia. Nie będę się upierał czy to wykonanie jest lepsze od oryginału, jednak mi na pewno do gustu bardziej przypadł śpiew Evansa, niż Brucea.
Wreszcie, z numerem 5, pojawia się bodaj najlepszy utwór z tego wydawnictwa. „Mandrake Root” zaczynający się tak, jakby miał być kolejną przeróbką, tym razem „Foxy Lady”. Szczęśliwie tak nie jest. Pierwsze dwie minuty są tylko hardrockowym wstępem do psychodelicznej jazdy bez trzymanki, zapewne świetnie korespondującej z efektami występującymi po spożyciu tytułowego korzenia. Dalej rzecz w podobnym klimacie, ale już spokojniejsza, czyli „Help”, w którym aranżacja odeszła dość znacząco od bazowego utworu The Beatles. Na tyle, że zdarzyło mi się słyszeć jak ktoś przypisał ten kawałek nie Purplom, ani nawet nie Beatlesom, ale… zespołowi King Crimson. Zatem dość sennie, onirycznie.
Album kończą dwa utwory o miłości. Bardzie wprost sprawa wyłożona jest we własnym „Love Help Me”, dynamicznym utworze, proponującym miłość jako rozwiązanie wszystkich problemów. Natomiast „Hey Joe” chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Poza dodaniem przyciężkiego wstępu ta wersja niewiele różni się od dokonań Hendrixa.
We wznowieniu jakie wydała EMI w 2000 obecnych jest pięć utworów bonusowych. Z nich najbardziej wyróżnia się kawałek „Shadows”. Psychodelizujący, z ciekawym wielogłosem, spokojnie mógłby zastąpić któryś z coverów na właściwym albumie. Reszta to wariacje na temat standardowej zawartości krążka. Wszystkie pozbawione wstępów. Na uwagę zasługiwać może „Hej Joe” wykonane dla radia BBC z wyczuwalnym podbiciem nastrojów (gdzie miało być spokojnie jest spokojniej, a gdzie dramatycznie, tam dramatyzm podniesiony jest o stopień wyżej). Ciekawie prezentuje się też zamykający całość, zagrany w telewizji „Hush”. Słychać, że czas nie obszedł się zbyt łagodnie z nagraniem; całość jest przytłumiona i taka obscur.
Płycie brakuje trochę do najsłynniejszych dokonań grupy, a osobiście stawiam ją nawet niżej od „The Battle Rages On…”, jednak jak na debiut, nagrywany do tego w dwa dni, raptem po kilku miesiącach wspólnego grania, jest nieźle. Jeśli ktoś jest fanem purpli, albo lubi amerykański rock schyłku lat sześćdziesiątych powinien zapoznać się z tą płytą. Reszta znajdzie dla siebie w dorobku Deep Purple wiele ciekawszych pozycji, nawet jeśli chodzi o MK I (konkretnie trzecią płytę, pod tytułem „Deep Purple”).
Mi nie pozostaje nic innego, jak kupić „Now What?!” i czekać na wrocławski koncert.

Reklamy
Published in: on Czerwiec 30, 2013 at 6:34 pm  Dodaj komentarz  
Tags: ,

Plemię Sasów

 Zespół Saxon jest po dziś dzień jednym z ważniejszych filarów nurtu New Wave Of British Heavy Metal, chociaż jego debiutancki album nie zapowiadał tego zbyt dobitnie. Zanim jednak przejdziemy do omawiania wspomnianego krążka, warto pochylić się nieco nad historią zawiązania się samego zespołu, który powstał na skutek fuzji dwóch innych formacji.

Jedną z nich była, preferująca progresywne brzmienia, grupa Coast. W połowie lat siedemdziesiątych jej szeregi opuścił perkusista, który postanowił poświęcić rockową karierę na rzecz pracy w charakterze kierowcy ciężarówki. W składzie pozostał tylko gitarzysta Paul Quinn i grający na basie wokalista Peter „Biff” Byford. Mniej więcej w tym samym czasie, skłaniający się ku bluesowym korzeniom, zespół Son Of A Bitch stracił śpiewającego gitarzystę i postanowił uzupełnić swój skład o „Biffa” i Quinna. Panowie przystali na tę propozycję i jako kwintet (oprócz pozyskanych wokalisty i gitarzysty skład stanowili basista Steve Dawson, perkusista Pete Gill i drugi wioślarz Graham Oliver) związali się z francuską wytwórnią Carrere, rozpoczynając nagrywanie materiału na płytę pod tytułem „Saxon”. Długotrwałe naciski wywarły decyzja o zmianie nazwy grupy na nieco „milej” brzmiącą; po jakimś czasie zaczerpnięto ją prosto z longplaya.

Muzycy jako swoje inspiracje wskazywali hardrockową klasykę taką jak wczesne dokonania Black Sabbath i Deep Purple (jak zresztą większość postaci zasilających scenę NWOBHM). Deklarowali również sprzeciw punk rockowi kojarzonemu z bezsensownym hałasem wydawanym przez ludzi, którzy nie za bardzo potrafią posługiwać się instrumentami. Jednakowoż sami przyznają się również do inspiracji tym, popularnym wówczas, gatunkiem, z którego czerpali zadziorną prędkość utworów.

Debiutancki album zaczyna się dość energetycznie, by już chwilę potem przyhamować i wpaść w nieco liryczny nastrój. „Rainbow Theme” wita słuchacza iście magicznym klimatem. Nie inaczej jest w warstwie tekstowej, opowiadającej o ukrytym w górach, intrygującym sekrecie. Utwór przechodzi we „Frozen Rainbow” o odwrotnej konstrukcji. Zaczyna się progresywnymi gitarami, by pod koniec nabrać motorycznego rytmu. Znać po tym zamiłowanie muzyków do takich zespołów jak choćby Yes (BTW „90125” mogę uznać za płytę swojego wczesnego dzieciństwa).

Opisujący pannę lubiącą bawić się młodymi chłopcami „Big Teaser” to już porządny, riffowy numer, co prawda jeszcze niezbyt ciężki, ale dający jakieś pojęcie o kierunku, który potem został obrany przez grupę.

Kolejnym utworem ze zmianami tempa jest „Judgement Day”, którego tekst, jako nawiązujący do zagadnienia wiary, jest dość niejednoznaczny. Można go na przykład zinterpretować jako przytyk do typowych dla metalu piosenek z gatunku „przyjdź szatanie i zjedz moje śniadanie”. Faktycznie, Saxon nie ma zbyt wielu utworów odwołujących się do sił  nieczystych, a nawet jeśli, to raczej nie można ich nazwać „bluźnierczymi”. Może po prostu posprzeczali się z kolegami z zespołów takich jak Angel Witch (rozpoczynającego karierę pod nazwą Lucifer).

W „Stallions Of The Highway” można dopatrzyć się wielu elementów charakterystycznych dla późniejszej działalności grupy. Muzycznie mamy tu do czynienia z typowym dla NWOBHM dynamicznym rytmem i nieprzytłoczoną nim melodią. Nadal nie ma tu jednak dostatecznego ciężaru. Ponadto tekst o motocyklach (wariacje na ten temat pojawiają się na naprawdę wielu ich płytach) jest zaśpiewany jakoś tak… mało satysfakcjonująco i jakby na siłę niedbale.

Momentami nieco skotłowany „Backs To The Wall”, o fajnie rozedrganym, pulsującym rytmie, tekstowo przywodzi mi na myśl „Never Surrender” z ich czwartej płyty. Niemniej jest to kolejna piosenka o tym, by twardo obstawać przy swoim.

„Still Fit To Boogie” znowu porusza podobny temat jak poprzednik, jednak tym razem remedium na osłabłą wole przeżycia ma być muzyka. Całość podana jest zamaszyście, z rockowym nerwem.

Rozpoczynający się werblami „Militia Guard” jest chyba moim ulubionym utworem z tej płyty. Wstawka gitary akustycznej robi świetne wrażenie, podobnie jak wielogłosy w końcówce. Zafrapować mogą dynamiczne zmiany nastroju; frapujący na pewno jest też tekst o trudach walki o pokojowe współżycie (eee… zabrzmiało to niczym: „Będziemy walczyć o pokój do ostatniego żołnierza”, ale niech tam).

Wydana w 2009 reedycja wzbogacona została o bonusowy materiał. Mamy więc dostęp do demka z 1978, a więc jeszcze z czasów, gdy zespół nosił dumne miano Son Of A Bitch. Jakość jest całkiem przyzwoita. Dzięki temu doszukać możemy się zmian jakie zaszły w kilku utworach. Zasadniczo rok pracy wyszedł wszystkim kompozycjom na dobre. Może wokal w „Stallions Of The Highway” jest nieco przyjemniejszy, może wydłużone „Rainbow Theme” ma jeszcze lepszy klimacik od oryginału (głównie dla tego, że jest dłuższe :P), ale w większości są to uproszczone wersje tego, co trafiło na album.

Dalej mamy rejestrację występu we Friday Rock Show z lutego 1980. Zespół nagrywał już wtedy materiał na drugą płytę, stąd obecność „747” i „Motorcycle Man”. Utwory zagrane zostały z koncertową werwą i pazurem. Są, przynajmniej miejscami, szybsze i bardziej zwarte. Z ciekawostek: w „Stallions Of The Highway” wytłumiono wyraz „shit”, a w „747” zagrano inny wstęp niż w wersji studyjnej.

Następny jest b-side jednego z singli w postaci „Judgement Day” odegranego na żywca. Niestety jakość już nie jest taka dobra; wokal jest przytłumiony i wepchnięty gdzieś tam z tyłu. Okej, czepiam się… Jeżeli pominąć technikalia to wykonanie jest więcej niż w porządku.

Na koniec dostajemy trzy koncertówki z festiwalu Monsters Of Rock. Czuć, że muzycy dają z siebie wszystko. Opis swoich wrażeń z tego wydarzenia zawarli w późniejszym utworze „And The Bands Played On”.

Cóż rzec można o tej płycie? Jak na debiut udana, chociaż w obecnym czasie nie powala aż tak, jak to miało zapewne miejsce te kilka dekad temu. Słychać na niej pewne zaczątki tego, co będzie kojarzone z zespołem już za kilka lat. Jednak ten longplay jest dość różny od tego co można usłyszeć na następnej płycie, a co dopiero na takim „Metalheadzie”. Kompozycje są lżejsze, mniej w nich tego „heavy”. Przy czym nie ma tu takiego wygładzenia jak np. na „Destiny”… ale to są już dywagacje na inną notkę.

Rozpisałem się co niemiara, ale to pierwszy tekst, który piszę tak naprawdę dla siebie od kwartału, jak nie lepiej. Po takim odwyku chyba wreszcie wróciły mi siły. Żeby jednak nie było: na blogu notki będą lądować nieregularnie, ale do końca czerwca tak z osiem (sic!) powinno przybyć.

Niniejszym żegnam się, a płytę polecam!

Published in: on Maj 2, 2012 at 6:37 pm  2 Komentarze  
Tags: ,

Appetite For G ‚N’ R

 Czasem i z rynsztoka może wyrosnąć kwiatek, czego przykładem może być grupa Guns ‚N’ Roses. Mieszkali w melinie, hektolitrami pochłaniali alkohol i nie stronili od narkotyków. Menele, można by rzec. A jednak to o nich mówi się, że „uratowali prawdziwego rocka”.

 Skład, uważany za najlepszy, ukonstytuował się w 1985 roku,a chłopaki od razu wzięli się za koncertowanie. Zaowocowało to wydanym w rok później minialbumem, który dwa lata potem stał się częścią „G N’ R Lies”. Jednak prawdziwe tornado nadeszło w lipcu 1987 roku. Ukazanie się płyty „Appetite For Destruction” poprzedziło wiele imprez kończących się gigantycznymi demolkami. W końcu muzycy, po podpisaniu kontraktu z wytwórnią, nie musieli sobie niczego żałować.

 Sama płyta okazała się wielkim sukcesem. Zdobywała wysokie miejsca w notowaniach na całym świecie. W Ameryce pokryła się osiemnastokrotną platyną. Był to chyba najlepszy debiut w całej historii rocka. Nawet jeśli ktoś nie gustuje w rzeczonym gatunku z całą pewnością kojarzy przynajmniej singlowe utwory takie jak: „Welcome to the Jungle”, „Sweet Child O’ Mine”, czy „Paradise City”. Nawet w dzisiejszych czasach słychać je w radiu, a na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci gościły w wielu filmach. Popularność mogą zawdzięczać również teledyskom, którymi zespół wpisał się w rowój telewizji muzycznych.

 Sam album prezentuje się całkiem nieźle. Wielkim fanem tego zespołu nie jestem, jednak muszę przyznać, że odwalili na tym krążku kawał dobrej roboty. Szkoda, że nie udało się przepchnąć pierwotnej okładki, która miała pazur (a nawet kilka, jeśli wiecie o co mi chodzi). W zamian za to dostaliśmy tatuaż Axla. W sumie też niczego sobie.

 Gitarowe otwarcie wprowadza niezły nastrój, a dżungla nie dość, że nas wita, to jeszcze wciąga totalnie. W miasto łatwo wsiąknąć, łatwo też w nim zwariować (co sugeruje, całkiem ciekawy teledysk). Pierwszy utwór stanowi niejako kwintesencje ich stylu. Jest dowodem na to, że ci ludzie wiedzą, czego chcą i potrafią to osiągnąć.

 Dalej jest lekko punkrockowe „It’s So Easy”. Piosenki opisujące luzacki styl życia zawsze są w cenie. Nie inaczej było w ’87. Energiczna jazda przerywana jest ładnymi zwolnieniami, co tworzy intrygującą kompozycjie, której można słuchać niemal bez przerwy.

 Każdy ma jakiś ulubiony trunek, Gunsi również. „Nightrain” to pean na cześć taniego winiacza, jakim muzycy raczyli się zanim stać ich było na pożądniejsze napoje. W warstwie muzycznej mamy fajny, motoryczny utworek. Dobry na rozbudzenie w poniedziałkowy poranek 😛

 Do Axla przyległa łatka złodzieja i przestępcy. I jako łatka trzymała się go nawet w tych momentach, gdy był „czysty”. Nikomu by się to nie spodobało. Wyrazem niechęci do takiego stanu rzeczy jest szybkie „Out Ta Get Me”.

 „Mr. Brownstone” to typowy utwór o uzależeniu. W tym przypadku od heroiny. Miło się tego słucha, a jak kogoś to skłoniło do refleksji, tym lepiej.

 I znowu miejskie klimaty w „Paradise City”. Ładnie rozpędzający się utwór, w którym riffy Slasha zostały dopełnione syntezatorem, tworząc porywającą całość. W teledysku muzycy gwiazdorzą, są ujęcia ze sceny, są i takie, na których rozdają oni autografy.

 „My Michelle” odnosi się personalnie do kochanki Axla. Utwór wcale nie wychwala Michelle, ba, wręcz przeciwnie… Mimo to bohaterka, gdy go usłyszała była ponoć zachwycona. Muzycznie faktycznie jest nieźle, a jeśli bohaterka nie boi się prawdy, to co w tym złego?

 „Think About You” to kolejny, szybki numer o miłości. Całość zagrana jest z gunsowym dynamizmem i czadem.

 Dalej mamy wycieczkę w krainę wspomnień Axla. Jest znowu o dziewczynie i znowu o miłości i znowu o… a z resztą, „Sweet Child O’ Mine” jest tak znane, że nawet totalny analfabeta kulturowy je słyszał. Ludzie kochają ten utwór, ja mam do niego pozytywny stosunek, ale bez przesady. Ballada jak wiele innych, są chwile, gdy słucha się tego z większą, lub mniejszą przyjemnością, ale posłuchać zawsze można.

 „You’re Crazy” to kolejna porcja jazdy bez trzymanki. I znowu o dziewczynie, co prawda z innej perspektywy, ale zawsze. Nie oszukujmy się, temat nośny bardziej niż używki, więc też mocniej eksploatowany.

 „Anything Goes” pamięta jeszcze czasy poprzedniego zespołu Axla: Hollywood Rose. Intrygujący początek przeradza się w ciekawy utwór, ot tak do posłuchania.

 Wieńczące całość „Rocket Qeen” najmniej do mnie trafia. Jest jakieś takie… niby niezłe, ale czegoś brakuje. Co do jęków, które pojawiają się w tle istnieje wiele teorii, a najpopularniejsza mówi, iż są to odgłosy nagrane w studiu, gdy Axl zabawiał się z dziewczyną bębniarza. A ti, ti, niedobry 😛

 I tak oto kończy się debiutancka płyta „Wybawicieli rocka”, czy jak ich tam nazwać. Dobrze grali, szkoda, że skończyli.

Pozdrawiam!

Published in: on Lipiec 9, 2011 at 10:00 pm  Dodaj komentarz  
Tags: ,

„Drzwi percepcji”

 Hmmmm… Zrobił się z tego miejsca blog muzyczny, a nie to było moim zamiarem (głównie dla tego, że nie jestem jakimś znawcą muzyki), ale co tam – dzisiejsza notka też będzie traktować o muzycę.

 Na początek, cofnijmy się do lat sześćdziesiątych. Trwała zimna wojna, która momentami przestawała być już nawet zimna. Na świecie szalały narkotyki i ich odbiorcy. U nas ludzie coraz głośniej wyrażali niezadowolenie z gównianego ustroju. W Ameryce królowali hippisi. Powstawało coraz więcej dobrej muzyki.

 Właśnie wtedy rozpowszechniony był rock psychodeliczny i właśnie wtedy powstali The Doors. A wszystko zaczęło się od spotkania dwuch, starych znajomych na plaży w Los Angeles. Jim Morrison zaczynał właśnie z The Doors swoją muzyczną przygodę, podczas gdy Ray Manzarek był już wtedy doświadczonym klawiszowcem. Z inicjatywy Raya do zespołu pozyskani zostali Robby Krieger, gitarzysta grupy (który nota bene studiował… FIZYKĘ), oraz John Densmore – bębniarz. Nazwę wymyślił Jim odwołując się do dzieła A. Huxleya, które jest swoistym traktatem o odmiennych stanach świadomości. Swoją drogą muszę to w końcu przeczytać; skoro mówi się o tym „biblia hippisów”…

 Do tytułu „The Doors of perception” nawiązuje też wygląd wydanej na czterdziestolecie zespołu kolekcji ich płyt studyjnych z Jimem w składzie. Opakowanie imituje właśnie drzwi. Wydana kilka lat później, tańsza edycja, nie prezentuje się już tak znakomicie, ale dzięki niższej cenie stoi u mnie na półce 🙂 Znajduje się w niej sześć zremasterowanych albumów, wzbogaconych o bonusowe nagrania i sześć płytek DVD, które są raczej dość skromne, ale grunt, że są.

 Godny uwagi jest film o Doorsach z Valem Kilmerme w roli Jimma. Godny uwagi, głównie ze względu na to, że wzbudza kontrowersje, ale też po prostudla tego, że jest to kawał niezłego kina. Jak to się mawia: „nawet jeśli to bajka, to ładnie opowiedziana” 😛

 Debiutancki album wydali w dwa lata po zawiązaniu się grupy. Zaskoczeniem dla nikogo nie będzie to, że nosi on tytuł „The Doors”. Ale, o dziwo, nie ma tu żadnego utworu o takim tytule 🙂 Na oryginalnym albumie, z 1967, niektóre kawałki podobno są przyspieszone, a inne zwolnione. Ponoć była to wina sprzętu. Na szczęście technika idzie do przodu i jakość reedycji jest bardzo dobra. Wszystko brzmi tak, jak się należy.

 Utwory są niesamowicie magiczne. Całość zaczyna się szalonym, przesyconym buntem z domieszką narkotyków kawałkiem „Break On Through”. Aż czuć zapach świeżo palonego haszyszu. Oczywiście w wersji pierwotnej wycięte zostało słówko „high”, więc zostało osamotnione „she gets”. Szczęśliwie czasy mamy lepsze (czy aby napewno?) i możemy już słuchać, czego chcemy.

 „Soul Kitchen” jest peanem na cześć restauracji, która mieściła się przy słynnej plaży, na której narodziła się koncepcja zespołu, i w której Jim uwielbiał przebywać. Do tego stopnia, że czasem musieli go stamtąd wykopywać, ze względu na konieczność zamknięcia lokalu o tak późnej godzinie.

 „The Crystal Ship” jest jak dla mnie najsłabszym utworem z tej płyty, ale w końcu bycie najgorszym z bardzo dobrych nie jest takie złe, prawda 😛

 „Twentieth Century Fox” jest miłym utworkiem o kobietach niemal idealnych. Ech, ale czemu mam tu mówić o mitach…

 Proletariackie „Alabama Song” wpada w ucho. Piosenka opowiada o prostych rozrywkach, dla prostych ludzi, którzy są szczęśliwi, bo są prości i mają proste rozrywki. Mamuniu! Czemu ja taki nie jestem ?!?! Aż chyba sobie zerknę kiedyś do dzieł Kurta Weila.

 Singlowe „Light My Fire” do dziś jest znanym i lubianym kawałkiem. Intro do tego utworu jest chba najbardziej rozpoznawalnym, muzycznym urywkiem The Doors. Ale i tu mamy niegrzeczne „we couldn’t get much higher”. Zapewne dzięki temu utwór doczekał się niezliczonej ilości coverów.

 „Back Door Man” i „End Of The Night” to typowa, psychodeliczna jazda, w głąb i w głąb umysłu. Czas staje w miejscu, przestrzeń przestaje mieć znaczenie, wszystko jest coraz dalej…

 A „I Looked At You” to jakieś takie miłosne rozmemłanie. Na co to komu potrzebne? Prawda 😉 Tak na poważnie, jest to jeden z moich ulubionych utworków na tej płycie.

 „Take it as it Come” ma ponoć jakiś głębszy sens. Cóż, transcendencja, to nie moja bajka, ale utwór ma pozytywne wibracje, więc może coś w tym jest. Może to energia nie z tego świata, a skoro nie z tego świata, to pewnie od… SZATANA! Wiedziałem, że coś jest nie tak. Drogie dzieci, nie słuchajcie tej piosenki. Kurcze, że też żaden ksiądz się tym jeszcze nie zajął 😛

 „The End”, jedenasto minutowy kawał psychodelii, jest tak doskonały, że słuchając go, mam niejakie trudności z dokończeniem tego tekstu. Jeśli macie spędzić następne jedenaście minut w jakikolwiek inny sposób, to nie róbcie tego, tylko odpłyńcie z tym utworem w uszach.

 Uch, dobra, skończyło się. Wydanie, które posiadam kończą przyjemne dwuminutowe bonuski, w tym „Moonlight Drive” w dwuch wersjach. Utwór ten znalazł się na ich następnej płycie – „Strange Days”.

 Także to już chyba the end na dzisiaj.

 Wszystkim, którzy przebrnęli przez całość tego bełkotu, życzę psychodelicznych snów!

Published in: on Czerwiec 11, 2011 at 9:15 pm  Dodaj komentarz  
Tags: , ,

Dziewica z Żelaza

Już jutro Sonisphere Festiwal. Ja, z wielu różnych powodów, się nie wybieram. Żałuję, ale cóż; od życia nie zawsze dostajemy, to czego byśmy chcieli 😦 Ale, jako że headlinerem jest Iron Maiden, postanowiłem sobie coś o nich napisać.

Grali już pod koniec 1975. Z tamtego składu pozostał tylko założyciel – Steve Harris, basista grupy. W początkowych latach działalności pod szyldem Żelaznej Dziewicy skład zmieniał się kilkukrotnie, ale od ’99 roku jest już stały, niezmienny i, według mnie, najlepszy z możliwych 🙂 Kapela zaliczana jest do nurtu New Wave Of British Heavy Metal, czyli tam, gdzie Saxon, Motorhead, ale także Def Leppard i kilka innych grup, które nadwyraz sobie cenię. Wiele z nich gra do dziś i zazwyczaj robią to świetnie. Wiadomo, każdy może mieć gorszy okres w twórczości, jednak NWOBHM po prostu rządzi!

Ironsi debiutancką płytę wydali w 1980 roku. W tym czasie wokalistą był Paul Di’Anno, dzięki któremu muzyka zespołu zyskiwała nieco punkowego odcienia, ale określenie punk-metal, jakoś nie zabardzo mi tu pasuje. To po prostu metal; czysty, niczym nieskrępowany, zadziorny metal 😛 Między innymi dla tego lekko nie mieli. To właśnie punk dominował w tamtych latach, co sprawiło, że Maideni borykali się momentami z brakiem gotówki. Mimo to dali radę. Podpisali kontrakt z EMI, a wydarzeniem, które nadało ich karierze rozpędu było zamieszczenie przez wytwórnie dwuch utworów na składance „Metal for Muthas”, na której znalazł się także jeden utwór grupy Samson; to w niej śpiewał Bruce Dickinson, który zasłynął później, właśnie jako wokalista Iron Maiden. To chyba nie był przypadek xD

Pierwszy, poważny krążek, zatytułowany po prostu „Iron Maiden” nagrywany był z gitarzystą Dennisem Strattonem, który niedługo potem opuścił szeregi kapeli. Debiut zapowiedziany został singlem „Running Free” z rewelacyjnym „Burning Ambitions” na stronie b.

Obiektywny, może i nie będę, ale uważam, że ich pierwszy album jest świetny. Otwierający całość „Prowler” jest dynamiczny i nieomal wbijający w fotel. Nieomal, gdyż całe ciało podryguje w jego rytm 🙂

„Sanctuary”, na którego okładce, jako singla, znalazł się Eddie („maskotka” zespołu) mordujący Margaret Thatcher, jest szybki i również nadaje się do szaleńczego machania głową.

„Remember Tomorrow” zaczyna się powoli, by potem rozkręcić się, a następnie… znowu zwolnić. Takie zmiany tępa ładnie współgrają z tekstem. Kopa daje za to singlowe „Running Free” z zachaczającym o punkowy bunt tekstem.

Rozbudowany „Phantom of the Opera” zalatuje trochę prog-metalem, oczywiście w pozytywnym sensie. Stanowi również kulturalne nawiązanie do klasycznego już musicalu. Po nim następuje jeden z nielicznych utworów instrumentalnych w karierze Maidenów, a mianowicie rozpędzona „Transylvania” przechodząca w ospałe, balladowe „Strange World”, budujące fantastyczny klimat. Melancholia, refleksja… a wszystko to najlepiej brzmi w nocy. Poezja.

O „Charlotte the Harlot” też już krążą legendy 🙂 Odważna, drapieżna piosenka, niesiona melodyjnym, metalowym podkładem, doczekała się nawet drugiej części („22 Acacia Avenue”), a niektórzy doszukują się kilku następnych 😛

Całość kończy hymn grupy, czyli utwór tytułowy. Tego nie można opisać. Tego trzeba posłuchać!

Materiał na płycie jest dość zróżnicowany. Zmienne tempo niektórych utworów potrafi oczarować. Jednocześnie płyta nie daje zapomnieć, że mamy doczynienia z ciężkim graniem płynącym na orzeźwiającej, brytyjskiej fali. NWOBHM to metal w chyba jego najlepszej postaci, a debiutancki krążek Iron Maiden doskonale pokazuje, że ta grupa w niedługim czasie stanie się flagowym okrętem tego nurtu.

Wszystkim, którzy jutro będą na bemowskim lotnisku, życzę miłego słuchania. Z pozostałymi łączę się w bólu 😉 Dobrej nocy! (ech… a na łacinę i tak się nie wyśpię…)

Published in: on Czerwiec 9, 2011 at 8:32 pm  Dodaj komentarz  
Tags: ,

Czarny zlot czarownic :P

 
Polka Tulk – tak brzmiała pierwotna nazwa jednego z największych heavy metalowych zespołów wszechczasów. Prawda, że przyjemnie? Panowie grali sobie blues-rocka i było miło. Niestety (a właściwie na szczęście) gitarzysta Tony Iommi stracił w wypadku opuszki dwóch palców prawej dłoni. To zdarzenie wpłynęło nadwyraz istotnie na brzmienie grupy. Struny gitary nie mogły być napięte w odpowiednim stopniu, gdyż sprawiało to zbyt wiele bólu Iommiemu. Stąd niskie brzmienie kapeli. Po części stąd też jej styl. Ból, cierpienie i inne mało fajne sprawy, to częsty temat utworów Black Sabbathu.
 
Nazwę panowie pożyczyli sobie z filmu Mario Bavy, którego oryginalny tytuł to „I Tre Volti Della Paura”, ale jeżeli w Polsce „Die Hard” to „Szklana pułapka”, a „Human Revolution” to „Bunt Ludzkości”, to w sumie nie ma się co dziwić. Co do samego filmu, powinien spodobać się wszystkim miłośnikom horrorów w retro-klimacie, pozostali raczej się zanudzą.
 
Wracając do zespołu. Spory wpływ na image kapeli miał „Geezer”, basista. Jego zainteresowania szybko zostały podchwycone przez wytwórnie Vertigo i wykorzystane do budowania wizerunku grupy, a jako że dobrze korespondowały z tekstami utworów, to nikt nie protestował. Oczywiście nie muszę chyba tłumaczyć, że w kręgu zainteresowań pana Butlera vel „Geezera” znajdował się szatan, okultyzm i inne rzeczy, których jedynym sprawcą byłby internet, gdyby nie to, że istniały one już wcześniej, zanim rzeczony się pojawił 😛
 
W 1969 wszystko toczyło się tak jak powinno. Zespół zyskiwał szybko na popularności. W 1970 wypuścili trzy single. Na pierwszym znalazł się cover z utworu „Evil Woman”, zespołu Crow, a na stronie B Wicked World, który nie trafił na debiutancką płytę. Album nazwany po prostu „Black Sabbath” swoją premierę miał w piątek, 13 lutego. W posiadanej przeze mnie reedycjach liczy sobie 8 utworów, gdyż dorzucony jest Wicked World.
 
Już okładka ma niesamowity ładunek klimatu. Zagadkowa postać w jakichś chaszczach, na tle dziwnej chałupy. Intrygujące, ale i niepokojące. Treść muzyczna jest nie mniej ciekawa. Budujące napięcie odgłosy burzy, jakieś dzwony i nagle wchodzi główny riff. Następnie lekkie uspokojenie i wokal. Tekst nie jest szczególnie ambitny, ale do nastroju pasuje idealnie. I te krzyki! Wspaniała otwieraczka.
 
Ołowiany klimat odpuszcza w następnym utworze. Harmonijka robi bluesowy klimacik. Drugi utwór stał się znany jednak nie tylko ze względu na warstwę muzyczną. Istnieje wiele teorii, kim tak na prawdę jest tytułowy czarodziej. To może być Jezus, albo Gandalf, czy może po prostu… zwykły dealer. Jak już ludzie się czepią danego tematu, to prędko sobie nie odpuszczą.
 
Głównym atutem następnego kawałka: „Behind The Wall Of Sleep” jest moim zdaniem fantastycznie rozplanowany wokal. Utworek przyjemny i tyle.
 
Potem jest „N.I.B.” zaczynający się od basu i stanowiący klasę samą w sobie, zresztą jak i nastrojowe „Sleeping Village”, oraz bonusowe „Wicked World”.
 
„Evil Woman”, to zgrabny coverek, który, jak dla mnie, ciekawie łączy się z „The Warning”. Radzę przemedytować teksty tych dwóch utworów, prowadzić to może do różnorakich, wielopłaszczyznowych wniosków 🙂
 
Wielu ludzi uważa „Ozzy’ego” za jedynego, słusznego wokalistę BS. Według mnie inni też mają swój czar (niedawno zmarły Dio był naprawdę świetny, a Gillan występujący na jednym albumie dał ciekawy efekt), ale spora część dorobku grupy, najlepiej wypada w wykonaniu Osbourne (co się dziwić, pod niego była pisane).
 
Debiut Black Sabbathu nakreślił styl grupy. Jest też kamieniem milowym w rozwoju muzyki. Bezsprzecznie!

Dobrej nocy i szatańskich snów 😛

 

Published in: on Czerwiec 3, 2011 at 10:36 pm  Dodaj komentarz  
Tags: , ,

Zakurzony Jeronimo

Na dobry początek, wszystkim tym, którzy czują się młodzi duchem, chciałbym życzyć wszystkiego najlepszego z okazji dnia dziecka. Obyście za szybko nie dorośli xD

A teraz już lecimy jak w temacie:

Jak już pisałem, lubie klimacik drugiej połowy zeszłego wieku. A muzyka tamtego czasu, to dopiero coś! Wiele znanych dziś zespołów zaczęło swoją karierę właśnie wtedy. Ale po co wspominać o tych powszechnie znanych (jak Iron Maiden), jak i tych znanych dobrze mi i wielu takim jak ja (Saxon chociażby), kiedy są zespoły, o których niewielu już dziś pamięta, a ja (bądź co bądź młokos, ale jednak…) odkryłem je dopiero niedawno.

Takie Jeronimo. Niemiecka grupa założona w ’69. Zaczęli fajnymi coverami „Heya” i „Na Na Hey Hey Kiss Him Goodbye”. Nagrali w sumie cztery albumy, z czego ostatni w 1972. Grali bardzo fajną, lekką, rockową muzykę, której słucha się dziś nadwyraz przyjemnie. Szczypta psychodelii charakterystyczna dla lat sześćdziesiątych daje ich brzmieniu przyjemny klimacik. Chyba ich ostatnia płyta („Time Ride”) jest najbardziej godna uwagi, ale pozostałe wiele jej nie ustępują.

Kolejną gupą, którą niedawno znalazłem jest Dust. Nagrali ledwo dwie płyty: „Dust” w 1971 i „Hard Attack” rok później. Właściwie byli jednym z pierwszych zespołów progresywno-hard-rockowych na amerykańskiej scenie muzycznej. Po rozpadzie, muzycy z tego zespołu zasilili takie kapele jak Ramones lub Kiss (znając życie pewnie nie wszyscy oriętują się nawet mniej więcej co to za zespoły, ale to materiał na inną okazję). W brzmieniu Dust mnie osobiście uwiodły akustyczne wstawki, smyczki i inne tego typu smaczki. Wokalista spisuje się świetnie, zwłaszcza w takich kawałkach jak „Pull Away/So Many Times”. Jak dla mnie są świetną propozycją właściwie na każdą okazję.

Ciekawym zespołem jest również anglielski Spooky Tooth. Często zmieniali skład, parę razy się rozpadli, ale chyba nawet grają do dziś (od lat 60, czyli całkiem nieźle) . Mają fajną blues-rockową stylistykę, patentami zachaczają o ja wiem? gospel? coś takiego. Zaintrygowało mnie to, że w swojej dyskografii mają utwór „Evil Woman”, ale jak się okazało nie ma on wiele wspólnego z blacksabbathowskim imiennikiem. Wokalnie często przywodzą mi na myśl uniesienia Iana Gillana z Deep Purple . Oba zespoły łączy też duża rola instrumentów klawiszowych, które decydowały o klimacie ich muzyki. W kompozycjach Spooky Tooth słychać sporo organów, co daje ich utworom specyficzny, okołokościelny smaczek. Oczywiście najbardziej podoba mi się pierwszy okres działalności grupy, acz takie rzeczy jak „Ceremony” są dość… oryginalne. Bardziej mogę polecić ich jako ciekawostkę, niemniej jako coś lżejszego sprawują się nieźle.

I tak się zastanawiam, czemu w radiu leci taka szmira, kiedy mogliby poprzypominać starocie takie jak te powyżej?

Pozdrawiam wszystkich, którzy przeczytali powyższe wypociny od początku, do końca!

Published in: on Czerwiec 1, 2011 at 2:39 pm  Dodaj komentarz  
Tags: ,

„Oto pan, co ma plan”

Ostatnimi czasy czuję się strasznie rozlazły. A właściwie to nie tyle rozlazły, co nie na swoim miejscu. Dlatego postanowiłem zrobić sobie plan i się go trzymać. Wakacje za pasem, żadne większe wyjazdy się nie szykują. Wreszcie będzie można odjechać w pełen no-life. Tja, liceum to już inna bajka. Już nawet nie ma czasu na bycie aspołecznym typkiem. Ale wreszcie wszystko wróci do normy 🙂

Tak sobie pomyślałem, że jak tu wrzucę swój plan, to będzie mi go łatwiej zrealizować. Bo plan to podstawa xD

Na dobry początek umyśliłem sobie, że starym dobrym zwyczajem przeczytam parę książek. Jak dobrze pójdzie to i kilkanaście. Na pewno spróbuję dokończyć „Króla Bólu”, choć może nie być to takie proste bo pierwsza z tych mini-powieści nie weszła mi zbyt gracko. Nutka patriotyczna będzie dość rozbudowana, bo z polskich książek zamiaruję przeczytać jeszcze jubileuszowy  zbiór   opowiadań Zajdla , „Cud nad Wisłą” i „Piąty Odcień Zieleni” Wolskiego, oraz… „Ogniem i Mieczem” a do tego może też „Potop”.

No to z kraju tyle, a co z obcych landów? „Nowy Wspaniły Świat” Huxleya, „Stanie się czas” Andersona, coś z Vonneguta (może w końcu „Rzeźnię…”?) i jeszcze „Silmarillion” (jeśli zmieszczę).

Znając mnie nie uda mi się przeczytać więcej niż to, ale kto wie?

Postanowiłem również zacząć powtórkę materiału przed maturą już w  te wakacje. 2013 to przecież nie tak daleko 😛 Także w sierpniu może dam radę przysiąść do chemii i biologii.

Oczywiście jako szanujący się nerdzioch nie mogę odpuścić sobie pocinania na komputerze. Tytułów jest tyle, że nie wiadomo w co ręce włożyć. Na razie muszę nadrobić klasykę. Dokończę „Baldur’s Gate’a” i zabiorę się za dwójeczkę. Skończyć muszę też „Fallouta 2”, którego rozgrzebanego mam od zeszłych wakacji. Dalej „Planescape Torment”, „Thief” (co najmniej jedyneczkę), a z tej nowszej kalsyki to może „Gothic’a 2”.

Rozkopanego mam również „Torchlight’a” i „Call of Juarez : Więzy Krwi”, które też zamierzam skończyć. Po drodze nawinie się pewnie jeszcze kilka tytułów. Oczywiście są jeszcze gry, na które czekam. Takie „Diablo 3” na przykład 🙂 Jest też gra szczególnie przeze mnie wyczekiwana. Będę o niej jeszcze nie raz wspominał, więc na razie ograniczę się do napisania, że rzezczoną grą jest „Deus Ex 3”.

Kiedyś miałem ambicje zostać pisarzem. Każdy kto czytał moje wypociny pewnie cieszy się, że sobie odpuściłem. Niemniej broni jeszcze nie składam, biorę się za siebie i solennie obiecuje napisać do września najmniej trzy nowelki, które wylądują gdzieś na sieci.

Nie zabraknie tu też moich opinii o muzyce. Z pewnością kilka notek w miesiącu będzie miało formę mini-quasi-recenzji płyty. Lubię raczej starsze przmienia: Woodstock, lata 70/80.

Jak już się zoriętowaliście będzie trochę oldschoolowo. Nie żebym żałował, że nie urodziłem się wcześniej. Po prostu lubię ten klimacik 🙂

A co do tego bloga, to mam nadzieję, że pojawiać się będzie statystycznie jedna notka na dwa dni (czyli pół notki dziennie, ale za to myślę, że będą dłuższe niż byle tweet).

Tak więc, „niech się dzieje wola nieba”!

Published in: on Maj 30, 2011 at 8:10 pm  Dodaj komentarz  
Tags: , , ,