„Dopuszczalny przedział doskonałości”

Lubię sci-fi. Co prawda, niespecjalnie przypadły mi do gustu „kosmiczne odloty” Lema, ale nie zmienia to faktu, że jest to jeden z moich ulubionych gatunków beletrystyki/filmu. Przez moją awersję do fizyki raczej unikam zbyt scientycznej fantastyki naukowej. Mimo to nie dyskredytuję z góry wszystkich space-oper (podgatunek z, chyba, największą ilością wtrentów okołofizycznych). A „Najlepsza Załoga Słonecznego” znajduje się blisko szczytu mojej listy ulubionych książek.

 Kilka lat temu przeczytałem „Paradyzje” nieznanego mi wówczas Janusza Andrzeja Zajdla. Książka przypadła mi do gustu, jednak z różnych powodów (natłok zajęć i innych lektur [narzuconych przez siły wyższe]) o autorze zapomniałem. Dopiero 25. rocznica śmierci tego zacnego pisarza przywróciła mi pamięć o nim. Niestety czasu zawsze jest za mało. Dopiero niedawno znalazłem chwilę i przeczytałem jubileuszowy zbiór opowiadań, zatytułowany „Relacja z pierwszej ręki”.

 Mówiąc krótko: szkoda, że dopiero teraz.

 Książka rozpoczyna się przedmową żony zmarłego. To właśnie Jadwiga Zajdel dokonała wyboru utworów. Mniemam, iż nie był to wybór łatwy. Sięgnięto do pięciu tomów, oraz po materiały do tej pory nie publikowane. Zamiszczona na końcu nota edytorska pozwala zoriętować się skąd zaczerpnięto konkretne opowiadanie.

 Teksty nie są ułożone ani chronologicznie, ani alfabetycznie, nie dostrzegam też ułożenia tematycznego. Czyżby jakiś tajemniczy klucz 😉

 Mamy doczynienia z przekrojem twórczości, zarówno czasowo (od lat sześćdziesiątych, po ostatnie opowiadanie z końca roku 1984), jak i tematycznie. Kwestie podnoszone w twórczości Zajdla są nadwyraz zróżnicowane. Dominuje jednak człowiek, jego zachowanie w strumieniu galopującego postępu technologicznego. Autor porusza się po tym grząskim gruncie z niebywałą gracją, posługując się często aluzyjnym humorem (mnie najbardziej rozbawiły „Wyższe racje”). Nie brak również niewesołych refleksji (melancholijne „Psy Agenora”). Sporo też odwołań do ciężkich czasów komunizmu („Adaptacja”, czy „Chrzest bojowy”). Jest nawet satyra na ekologię, doskonale wpasowująca się w nasze czasy („…et in pulverem reverteris”). Tytułowa „Relacja z pierwszej ręki” stanowi przepyszną wisienkę na torcie.

 Mało jest tu twardego science-fiction i dla tego ów zbiór z czystym sumieniem mogę polecić każdemu, kto lubi inteligentną rozrywkę, mówiącą do czytelnika nie wprost, lecz za pomocą zawoalowanych aluzji.

 A ja muszę uzupełnić biblioteczkę o „Limes inferior” i pare innych książek Zajdla 🙂

Reklamy
Published in: on Sierpień 22, 2011 at 5:31 pm  Dodaj komentarz  
Tags: ,

Aż chciałoby się uwierzyć

 Marcin Wolski jest jednym z moich ulubionych autorów. Pisze lekko, zabawnie, ale i inteligentnie, z morałem. Moja przygoda z literaturą zaczęła się właśnie od jego „Laboratorium nr.8”, które przeczytałem jako pierwszą beletrystykę z własnej woli (były to czasy, kiedy system edukacji próbował zniechęcić młodego człowieka do czytania, nakazując mu lekture takich „prześwietnych dzieł”, jak „Ania z Zielonego Wzgórza”, czy „Karolcia”. Potem w sumie było gorzej, ale już człowiek był na tyle wyrobiony, że umiał się przymusić. Mimo to, do dziś nie doczytałem „W Pustyni i w Puszczy”. Jakby nie mogli dać czegoś ciekawszego. „Pan Tadeusz”, czy „Ogniem i Mieczem”, na które wszyscy sarkają, są bezporównania lepsze… dobra, /koniec offtopu/).

 Wolskiego znałem do tej pory z raczej umiarkowanie politycznych opowieści. Czasem jakieś aluzje przebijały z tekstu, ale niebyło to zbyt nachalne. Sięgając po „Cud nad Wisłą”, od początku wiedziałem, że tu będzie nieco inaczej. Jest to najbardziej polityczna książka tegoż autora, jaką miałem okazje czytać. Mamy tu doczynienia z utopijną wersją alternatywną wydarzeń jakie miały miejsce w Polsce prełomu 89/90. Za sprawą zakładu jaki został poczyniony przez przedstawicieli Piekła i Nieba, Polska zyskuje oczytanego i charyzmatycznego przywódce w miejsce nietaktownego elektryka.

 Fajnym patentem jest zmiana nazwisk postaci, które w naszym świecie odegrały znaczącą rolę. I tak mamy Lecha Szwędałe, gen. Karuzelskiego, Adama Pysznika i innych im podobnych. Większość daje się rozszyfrować od razu, ale dla kogoś, kto urodził się już w latach dziewięćdziesiątych co bardziej egzotyczne persony stanowić mogą nie lada zagwostkę. Ale od czego ludzie starsi i internet. Książka stanowi niezły bodziec do przyjrzenia się bliżej najnowszej histori naszego narodu. Tak, tej kontrowersyjnej, niejednoznacznej, stanowiącej podłoże dzisiejszych sporów. Na dobrą sprawę, nie znając jej, nie idzie zrozumieć, o co tym wszystkim staruszkom na Wiejskiej i w wielu innych miejscach chodzi. Z „Cudu nad Wisłą” nie dowiemy się zbyt wielu prawd historycznych (okej „prawda historyczna”, czy też „obiektywne spojrzenie” na tamte wydażenia, jak i na historie w ogóle jest tak samo do osiągnięcia jak dla mnie dostanie się na UJ; prawdopodobnie da się, ale trzeba stanąć na uszach… no i oczywiście chcieć, bo w obu przypadkach najprościej przyjąć pozycję „Na pewno się nie uda”, albo „właściwie, po co mi to”), ale to przecież fikcja literacka i historia alternatywna.

 Wizja autora jest na tyle optymistyczna, że aż można żałować, iż nie zdarzyło się to naprawdę. Nie twierdzę, że przy takim obrocie spraw, jaki miał miejsce w rzeczyistości, żyje mi się gorzej, lecz… mogło by być lepiej 😛

 Książka wydaje mi się godna polecenia. Nie jest to szczyt literackich możliwości autora, ale czyta się dobrze, a treść nie przelatuje przez głowę, ot tak, tylko pozostawia coś po sobie.

 Czepić się można, że autor o tak niejasnej przeszłości zabiera się za pisanie książki obsmarowywującej czerwonych. Czepić się mogą wszyscy zwolennicy „Gazety Wyborczej”, bo autor chyba za Michnikiem nie przepada. Wreszcie każdy może czepić się za końcówkę (jak dla mnie ujdzie, ale jest to świetny materiał, żeby narobić dookoła dymu). Pokazuje to, że książka nie jest byle miałkim czytadełkiem, ale niesie coś sobą.

 No, to by było na tyle mojego politykowania. Mam nadzieję, że na lincz jeszcz nie zasłużyłem 😉

 Pozdrawiam!

Published in: on Sierpień 19, 2011 at 11:35 am  Dodaj komentarz  
Tags: ,

Nowy, a jakże, ale czy taki wspaniały?

 

 Aldous Huxley to ten gość od „Drzwi Percepcji”. Ale jako pisarz ma w swoim dorobku znacznie więcej dzieł wartych uwagi. Ja na razie sięgnąłem jeno po „Nowy wspaniały świat”, ale dzieła tego autora zapewne już wkrótce zagoszczą w większej ilości na mojej półce.

 „Brave new world” nie jest prostym czytadłem sf (jeśli coś już ma być fantastycznonaukowe, to chyba nie powinno być zbyt proste, nie?). Nie język jest tu przeszkodą, ale treść niesiona przez tę antyutopie. Zetknąłem się z opinią, iż kiedyś żyliśmy w „Roku 1984”, dziś żyjemy w „Nowym wspaniałym świecie”. Coś w tym jest. Orwelowska wizja totalitarnego uciemiężenia pasuje do PRL-owskiej rzeczywistości. Dziś nacisk nie jest tak oczywisty, wszystko odbywa się na drodze subtelniejszego „warunkowania”. W powieści Huxley’a działo się to na drodze hipnopedii, gdyż dzieciotwórstwo odbywało się na nieco innej drodze, niż dziś 🙂 (niezły zonk serwowany jest już na początku książki). W naszym obecnym świecie dzieci sadzane są przed telewizorem, później przed komputerem, i chłoną „mądrości” przedstawiane w reklamach.

 Na dobrą sprawę, u nas też niespecjalnie opłaca się być wyjątkowym. To znaczy, jak najbardziej, byleby w ogólnie przyjętych ramach. Szczęśliwie wiele zależy w tym względzie od środowiska w jakim się znajdziemy. W „Nowym wspaniałym świecie” wszystko było narzucone odgórnie. Tam przynajmniej mieli some i nie musieli martwić się późniejszym, ponarkotycznym kacem.

 Człowiek zawsze dążył do szczęścia. I chyba nigdy nie było tak, by dla wszystkich szczęście oznaczało to samo. W świecie Huxley’a wyjątki zdarzały się żadko, ze względu na zaawansowaną inżynierię, jakiej poddawany jest człowiek już od zarodka. Dzięki temu, model kastowy nie był powodem dla rewolucji. Każdy przychodził na świat już uwarunkowany do życia w odpowiedniej grupie społecznej, bez możliwości (ale też i chęci) do zmiany jej na inną. Manipulacja sprawiała, że wszyscy byli zadowoleni ze swojego miejsca w strukturze socjalnej. Nie można powiedzieć, aby w naszym społeczeństwie nie było podziału na klasy. W końcu mamy bogatych burżujów, „klase średnią” i pospólstwo. Przyjęty został jednak inny model. Tu każdy ma szanse (często li tylko iluzoryczną) stać się kimś więcej, piąć się po szczeblach kariery i trzepać kapuchę.

 Pora na dygresję. Dziś każdy może być kimś i generalny trynd idzie w kierunku wyścigu szczórów. Pewnie dla tego, kampania reklamowa pewnej marki jeansów (diesel?) nakłania do bycia głupim. Że niby wtedy będzie się wyjątkowym i takim fajnym. Niestety z tego co obserwuję, coraz ekskluzywniejszym towarem luksusowym staje się inteligencja. Więc wszystkich, którzy chcą być wyjątkowi, zachęcam do bycia mądrymi. Nie w sposób taki, jaki narzuca społeczeństwo, bo to żadna inteligencja, ale po prostu mieć ogarnięcie w niektórych, istotnych tematach. Czasem przeczytać coś mądrego… Fantastycznie, gadam jak mój stary 😛

 Co do „Nowego wspaniałego świata”, to zachęcam do poczytania. Długie to to nie jest, niektórych może odepchnąć nieco anachroniczność wizji. Kto w latach 30 myślał, że komputery osiągną ten półap zaawansowania, co dziś. Nie wpływa to jednak negatywnie na klarowność przekazu. Nie jest to książka łatwa i przyjemna, ale warto ją przeczytać.

 

Published in: on Lipiec 27, 2011 at 10:48 pm  Dodaj komentarz  
Tags: , ,

Niech żyje Król

 Właśnie uporałem się z „Królem Bólu” Jacka Dukaja. Ponad 800 stron, nie w kij dmuchał.

 Niespecjalnie pasuje tu nazwa zbiór opowiadań, gdyż teksty zawarte w tym tomiszczu są dość długaśne. Zresztą nawet sam autor sugeruje nazwanie go zbiorem powieści. W sumie to ni to jedno, ni to drugie. Potencjał zawarty w każdym tekście spokojnie starczyłby do rozbudowania go w osobną formę literacką, jednak postanowiono inaczej. Większości tekstów wyszło to raczej na dobre, a i tak do osobnych książek rozrosły się „Lód” (też wielka kniga) i „Wroniec”, które też miały znaleźć się w tym zbiorku.

 Książka na pewno ładnie prezentuje się na półce, ale chyba jednak ważniejsze jest to, co w środku 😛 Mamy tu osiem mini-powieści, wiodących nas przez kilkanaście lat twórczości Dukaja. Nic dziwnego, że część tekstów była już publikowana. Dobrze, że znalazły się w tym zbiorze, bo ciężko je zdobyć, w wersji drukowanej, z innych źródeł.

 Całość zaczyna „Linia Oporu”. Taki wybór ma swoje wady i zalety. Niestety utwór jest dość ciężki w odbiorze. Mamy tu masę neologizmów, które co prawda świetnie współgrają z przedstawionym światem, jednak w moim odczuciu utrudniają, i tak nie łatwą, interpretacje dzieła. Poza tym, niespecjalnie przypadł mi do gustu styl, w którym dominują krótkie, rwane zdania.

 Akcja rozgrywa się w jednej z wielu możliwych przyszłości, gdzie swoista dehumanizacja poszła mocno do przodu. Ciało nie ma wielkiego znaczenia, wiele spraw toczy się poza nim. Glówny bohater, Paweł Kostrzewa, jest „kreatywem” i jako taki zajmuje się wymyślaniem światów, które mają miejsce obok tego prawdziwego. W nich może dziać się wszystko, bo przecież wszystko jest w zasięgu naszej wyobraźni, naszego umysłu. Jednka nawet tacy ludzie, jak Kostrzewa miewają swoje kryzysy. Każdy czasem traci poczucie sensu w całym tym kieracie. Poszukiwanie go wypełnia większą część noweli, dając czytelnikowi sposobność do refleksji. Raczej mało optymistycznej.

 Może właśnie dzięki dużej liczbie problematycznych zwrotów, człowiek zmniejsza tempo czytania i może głębiej wgryźć się w filozoficzny aspekt opowiadania (najobfitszego ze zbioru). Jednakowoż sposób w jaki jest ono napisane, sprawił, że nieco zraziłem się do całości już na starcie. Po przebrnięciu przez „Linie Oporu” musiałem sięgnąć po jakieś czytadło, tak dla zmiany smaku. Swoją drogą czytanie całego „Króla Bólu” na raz, nie jest najlepszym pomysłem. Warto robić sobie między opowiadaniami dłuższe przerwy, nie tylko na refleksje.

 „Oko Potwora” to juz inna rzecz. Niepozbawiona ciężaru i również skłaniająca do refleksji, ale napisana lżejszym językiem. Jednak, jak w każdej space-operze, i tu nie mogło zabraknąć odrobiny fizyki 😉

 Dukaj składa tu swoisty hołd Stanisławowi Lemowi. Tekst zaczyna się dość normalnie (jak na space-opere), jednak zmiana kursu i związane z nią wydażenia, wpychają całą załoge kosmicznego transportowca w spirale wzajemnych podejrzeń. Mamy tu kosmiczną jazdę z porządną domieszką paranoii. Utwór czyta się przyjemnie, a psychologiczne smaczki wprowadzają fajny klimacik.

 „Szkoła” dostępna jest na stronie internetowej Jacka Dukaja. Jednak ja jestem staroświecki i wolę czytać z kart książki.

 „Szkoła” z początku mnie nie zachwyciła. Z resztą nadal nie uważam jej za jakieś arcydzieło. Ot, dobra lekturka. Akcja toczy się na dwuch płaszczyznach czasowych: przed i po „skaptowaniu” głównego bohatera do tytułowej Szkoły. Główną role w tym przedstawieniu odgrywa dziecko imieniem Puńo. Tekst opowiada o profilowaniu ludzi, już od najmłodszych lat. W przypadku Puńo owo profilowanie przybiera specyficzną formę, bo i zadanie stojące przed chłopcem będzie niecodzienne. Jednak cóż to będzie za misja czytelnik dowie się dopiero pod koniec książki. Dzięki takiemu trzymaniu w niepewności całość czyta się szybko. Może i dobrze, bo to właśnie końcówka jest najlepszym elementem tej noweli.

 „Król Bólu i pasikonik” to kolejny utwór w stylu „Linii Oporu”. Znów stykamy się z nieprzeciętną liczbą dziwnych słówek (może nie tak dziwnych jak blastula, albo gastrulacja, z którymi spotykam się w szkole, ale jednak). I tu również ciało niema znaczenia. Ludzie mają zdolność do „wkapturzania” się w „proxyków”. Mówiąc po krótce, mogą porószać „swoje ja” pomiędzy ciałami. Sądze jednak, że to lekkie przegięcie. Odbiór bodźców i postrzeganie świata jako takiego jest zbyt uzależnione od naszej osobistej fizjiologii i naszego prywatnego ciała. Myślę, że już nieco inne „uzwojenie” mózgu, dopuszczalne przecież wewnątrz gatunku, stanowi barierę nie do przebycia w… no właśnie… podróżach transcendentalnych? No, w każdym razie w przemieszczaniu umysłu z ciała do ciała. A taka operacja z ciała ludzkiego do zwierzęcia o odmiennej morfologii jest nawet ciężka do wyobrażenia. Ale to tylko ja się tak czepiam, bo koniec końców mówimy o opowiadaniu science-fiction, a poza tym też nie jestem jakimś autorytetem w tej dziedzinie 😛

 W każdym razie, mowa w „Królu Bólu i pasikoniku” także o terroryźmie, który też stanął ponad granicami. Co stosować w odpowiedzi nań, jeśli nie terror? Nowela znowu ubrana w posthumanistyczny bełkot (przynajmniej miejscami) i znowu silnie zmuszająca do refleksji. Można się w niej trochę pogubić, sporo tu niedomówień, względnie enigmatycznych wyjaśnień. Właśnie dzięki temu istnieje spore pole do interpretacji (czyżby znowu zależnej od konkretnego człowieka, więc może i jego prywatnej cielesności? Dobra, dobra, powygłupiać się nie można? xD).

 „Crux” to znowu przypowieść trochę o dumie, trochę o honorze, trochę o zaufaniu… Mamy tu mix sarmackich tradycji z PRL-owskim socjalizmem, oraz z technologią pozostającą narazie w strefie rozmyślań naukowców i fantastów. Napisane bez specjalnych udziwnień, ale nie bez klimatu.

 Sugestia by do „Serca Mroku” słuchać Rammsteina, nie jest bezpodstawna. Muzyka owego industrial-metalowego zespołu ładnie dopełnia tę ociekającą mrokiem mini-powieść. Pierwsze skojarzenie, jakie nasunęło mi się po przeczytaniu, to „Czas Apokalipsy. Powrót” Coppoli. Skoro film był inspirowany prozą Conrada, to pewnie klimatem i temu jest bliski (z książkami Conrada niestety jestem na bakier).

 Niemiecki żołnież zostaje wysłany na sporne terytorium planety „Mrok” w poszukiwaniu niejakiego Leszczyńskiego, jedynego człowieka, który prawdopodobnie zdołał przystowsować się do niegościnnych warunków lasu zwanego „Piekłem”. Opowiadanie nie za długie, lecz treściwe i klimatyczne.

 „Aguerre w świcie” zaczyna się niczym kryminał, poczym przeradza się w polityczne starcie ideii. Mamy tu doczynienia z xenotykami, ludźmi, którzy dzięki dodaniu do swojej krwi gleju mają możność Rzeźbienia, czyli silnego wpływu na czasoprzestrzeń. Znowu mamy doczynienia ze światem rzeczywistym, czyli Gliną i tym mniej namacalnym, czyli Iluzjonem; z tym, że dzięki Rzeźbie, ciało nie jest w Glinie dużym ograniczeniem, gdyż ci, którzy posiedli ten dar, nie mają problemu z manipulacją grawitacją, ani z podróżowaniem z planety, na planete.

 Głównym bohaterem jest tytułowy Aguerre, który sprawuje role głowy zakonu zrzeszającego xenotyków. Zajął się on sprawą zabójstwa przyjaciela, która z osobistej potyczki z resztą świata zmieniła się w grubszą sprawę o mocno politycznym podłożu. Nieźle napisane, ale trochę na skróty, akurat tutaj autor mógł trochę przedłużyć.

 Ostatnim opowiadaniem ze zbioru jest „Piołunnik”, który przedstawia nieco inną wersje katastrofy w Czarnobylu. Myślę, że lepiej się go będzie czytało, dowiadując się w trakcie o co chodzi z tą alternatywną wersją 😛 Właściwie to opowiadanie najlepiej nadaje się do przeczytania od tak, po prostu. Na końcu jest jakieś przesłanie, ale jest ono natyle enigmatyczne, że w sumie go nie zrozumiałem :]. Tekst ten za to podziwiam za artystyczną formę, za twisty, które wciągają od początku, tak, że całość czyta się niemal jednym tchem. Mi to bardzo przypadło do gustu, bo oddaje sens czytania nie tylko jako sposobu na pobudzenie się do refleksji i rozważań, ale jako rozrywki dla mnie lepszej od pocinania na kompie, czy wgapiania się w TV. Może jestem trochę nahajpowany S.T.A.L.K.E.R.’em, ale w sumie to ten tekst nie ma z nim za wiele wspólnego. Po prostu jest utrzymany w takim klimacie, który do mnie trafia 🙂

 Cały zbiór zakończony jest podsumowaniem, w którym autor na przykładzie owej książki, uświadamia, że nawet jeśli nie wszystko pójdzie tak jak pownno, to wcale nie znaczy, że poszło źle. Zbiór można polecić każdemu fanowi sci-fi, ale i ludziom szukającym w lekturze materiału do głębszych rozmyślań nad przyszłością naszego świata.

 Jak znajdziecie po promocji, brać i nie wybrzydzać, nawet nieprzeczytany ładnie przyozdobi półkę (A i okładka zaprojektowana przez Tomasza Bagińskiego ładnie się prezentuje. Chyba nawet ładniej niż spot promujący polską prezydencje w unii).

 Ja do książki wrócę pewnie za kilka lat, może wtedy wyciągnę z niej jeszcze więcej.

 Wszystkich, którzy mają na tyle mocne nerwy, że przebili się przez mój bełkot do tego miejsca, pozdrawiam!

 

Published in: on Lipiec 17, 2011 at 8:45 pm  Dodaj komentarz  
Tags:

Przygody Jacka Haviga

Ostatnio zorientowałem się, że może i czytam dużo, ale za mało w tym klasyki. Nie, nie chodzi mi o Dantego („Boską Komedię” doczytałem do połowy i to mi starczy), czy Kafkę (z jego przydługim „Procesem”), ani nawet o Mickiewicza, którego lubię. Bardziej ubolewam nad tym, że nie znam klasycznych utworów moich ulubionych gatunków, czyli fantasy i science-fiction.

 Z Tolkiena znam tylko „Hobbita”, bo mam wrażenie, że to co widziałem w kinie ma niewiele z czaru jego trylogii. O Lema się ledwo otarłem („Bajki Robotów”), Philipa K. Dicka czytałem „Do Androids Dream of Electric Sheep?” i to tyle, a o innych, jeszcze klasyczniejszych pisarzach, tylko słyszałem. Nawet „Wiedźmina” przeczytałem zaledwie dwa pierwsze tomy. Dla tego, kiedy znalazłem kilka wolnych chwil, postanowiłem przeczytać sobie „Stanie się Czas” P. Andersona z 1973 roku. Książeczka niewielka. Mała na tyle, że dołączyli ją do „Nowej Fantastyki”, jako bonus.

 Poul Anderson był wielokrotnie nagradzanym, amerykańskim pisarzem, który wydał na świat ogromne ilości powieści i zbiorów opowiadań. Widać, że zacny człowiek, cieszący się estymą w środowisku, a więc jego książka jak najbardziej nadaje się dla kogoś, kto chce nadrobić braki w klasyce sci-fi. Przynajmniej w teorii.

 Książka zaczyna się bardzo przyjemnie. W przedmowie autor informuje nas, iż nie będzie nikogo robił w konia wmawiając, że książka mówi prawdę. Miło z jego strony 😛 Losy bohatera śledzimy już od jego narodzin, mimo iż narracja prowadzona jest z perspektywy osoby nawet z nim nie spokrewnionej. Lekarz, który przyjął na świat Haviga, staje się powiernikiem jego tajemnic. Okazało się bowiem, że Jack Havig ma zdolności do podróżowania w czasie. Jakoś ten temat do mnie nie przemawia. Bardziej trafiają do mnie teorie mówiące, iż nie jest to możliwe 🙂

 Ogólnie powieść jest nieźle napisana. Warsztatowo Anderson wyrabia się bardzo dobrze; nie nurzy, przeplatając dłuższe opisy, akcją. Książka jest jednak dość skromnych rozmiarów, a autor chyba chciał upchnąć w niej zbyt wiele, co sprawiło, że niektóre wątki zostały potraktowane nieco po łebkach. Niekiedy daje to wrażenie zbytniego chaosu. Czasem aż trudno zrozumieć o co chodzi. Oczywiście nie miałem nawet zamiaru, ani ambicji odczytać wszystkich przesłań i niuansów, które ten człowiek, z wykrztałcenia fizyk, chciał odbiorcom przekazać. Aż takiego łaba na karku to nie mam, ale wydaje mi się, że nawet przeciętnemu czytelnikowi książka da się zrozumieć w mniejszym, lub większym stopniu.

 Na pewno Poul Anderson napisał wiele lepszych opowiadań, ale „Stanie się Czas” jest przyjemnym czytadełkiem, nadającym się idealnie do zabrania w podróż, lub do poduszki. Można poczytać, ale klasykiem literatury bym tej powieści nie nazwał.

 Dobra, to tyle. Jutro notka około-biograficzna 🙂 Będzie zabawnie.

Pozdrawiam!

Published in: on Czerwiec 21, 2011 at 5:13 pm  Dodaj komentarz  
Tags: ,

„Ja, inkwizytor”

 Moje spotkanie z twórczością Jacka Piekary było dość… przypadkowe. Wszystko zaczęło się od tego, że w jednym z centrów handlowych, które znajdują się niedaleko mnie, była jakś nocna wyprzedarz, czy coś takiego. Umyśliłem więc sobie, że sprawdzę, czy nie ma czegoś ciekawego w empiku. Krążyłem sobie po regałach i przystanąłem przed fantastyką polską (jak to u mnie często bywa). Musiałem tam chyba długo stać, bo w końcu jakiś facet do mnie podszedł i zapytał w czym może pomóc. Chwilę żeśmy sobie pogadali i tak jakoś się złożyło, że wyszedłem ze „Sługą Bożym” w łapkach. Okazało się, że to jeden z tomów, dość sporej sagi opowiadającej o przygodach inkwizytora, który nader często pełni też funkcje detektywa. Oczywiście w dzisiejszych czasach, żeby zdobyć pieniądze, potrzebne jest zrobienie szumu w okół książki. W tym przypadku ów szum został wywołany przez osadzenie akcji w świecie alternatywnym, w którym Jezus nie bawił się w przebaczanie, zlazł z krzyża i spuścił łupnia swoim prześladowcom.

 Często słyszany jest zarzut, że książki Piekary są antyklerykalne. Czy ja wiem? Fakt, autor marga tu i ówdzie na księży i to co czasem wyprawiają, ale właściwie zawsze dodaje, że nawet w tej profesji są chlubne wyjątki. Wiadomo, zdarzają się księża dobrzy i mniej dobrzy. Media rozdmuchują to co złe, bo z tego mają zarobek i w związku z tym, normalny człowiek, częściej słyszy o grzechach kleru, niż o jego pozytywnym oddziaływaniu. Nie znam zbyt wielu księży, ale wśród tych, z którymi miałem kontakt, są ludzie, o których właściwie złego słowa powiedzieć nie mogę, jak i wielu innych, o których lepiej nic nie będę mówił 🙂 Moim zdaniem nie ma po co bulwersować się przekręconą historią świata u tego autora. Rozpatrując ją z pozycji praktykującego Katolika (nie przeczę, młodego i głupiego) nie dostrzegam w niej niczego świętokradczego. Wytwory ludzkiej fantazji, dopóki ktoś nie próbuje ich przedstawiać jako prawdy, mogą być dowolnie powykręcane.

 Po przeczytaniu „Sługi” i „Młotu na czarownice” sięgnąłem po „Ja, inkwizytora” i właśnie dziś zebrałem się by napisać coś o tym inside-cyklu.

 Do tej pory ukazały się dwa tomy: „Ja, inkwizytor: Wieże do nieba” i „Ja, inkwizytor: Dotyk zła”. Na dniach powinniśmy ujżeć tom trzeci zatytułowany: „Bicz boży”, który tym razem nie będzie ani zbiorem opowiadanek (jak w przypadku cyklu właściwego), ani dwiema mini-powieściami w jednej (jak to miało miejsce w dwuch pierwszych „Ja, inkwizytorach”), ale będzie to pełnoprawna powieść.

 Niby wszystko, co ma w tytule „Ja, inkwizytor” jest prequelem cyklu inkwizytorskiego. Jednak to „Płomień i Krzyż” jest prequelem z prawdziwego zdarzenia, opowiada bowiem o początkach Mordimera (głównego bohatera) nim jeszcze został inkwizytorem.

 „Wieże do nieba” nie zrobiły na mnie najlepszego wrażenia. Pierwsze opowiadanie, czyli „Dziewczyny Rzeźnika”, jest po prostu przydługie. Wiele jest tam niepotrzebnych zwolnień akcji, co sprawia, że całość się strasznie dłuży. Jak nigdy u Piekary. Zakończenie też jest, jak na mój gust, takie sobie. No, ale cóż, każdemu takie porno, jakie lubi 😛

 Opowiadanie tytułowe wypada lepiej. Jest bardziej intrygujące, akcja toczy się wartko, śledztwo zagmatwane jest na takim poziomie, na jakim być powinno. No i jeszcze niektórych mogą cieszyć sceny łóżkowe i wspomnienia o „Trzynastu nocach Sułtana Alifa”. Na kimś, kto miał kontakt z chociażby Sapkowskim, czy Arsan, nie wywrą specjalnego wrażenia, niemniej nie są wulgarne, więc jako taki smaczek mogą być.

 Pierwszy tom „Ja, inkwizytora”, można przeczytać (jeśli nic lepszego niema pod ręką), ale stanowi on lekturę głównie dla zatwardziałych fanów.

 „Dotyk zła” stoi, w mojej ocenie, co najmniej, o klasę wyżej. Opowiadanie tytułowe ma wszystko, czego mógłbym chcieć. Fabuła wciąga właściwie od razu. Zaczyna się oryginalnie, od nietypowego zabójstwa, a akcja zaraz rusza z kopyta. No i jeszcze wątek anty-aborcyjny, który nie wygląda bynajmniej jak zagranie pod katolicką krytykę. Także jest i do śmiechu i do refleksji. Takie właśnie powinny być opowiadania. Bawiąc winny uczyć. Według mnie taka jest misja literatury.

 „Mleko i miód” (drugie opowiadanko z tomu) to już trochę inna kategoria. Dodane chyba po to, by przyciągnąć młodych gimnazjalistów i dzieciaczki z podstawówki. Cały klimat jest troszkę zbyt przesycony łóżkowymi perypetiami. Po za nimi, mamy dość zgrabną fabułę, ale trochę ten erotyczny klimacik za bardzo nachalny, pozbawiony „tego czegoś”, tej nutki subtelności. Niemniej całkiem fajnie się czytało, zwłaszcza końcówkę. Właściwie to akcja robi się ciekawsza w momęcie, kiedy Mordimer opuszcza swoją kochankę i wszystko układa się nie do końca po jego myśli.

 Także „Ja, inkwizytor: Dotyk zła” to już nie tylko książka dla fanów Świętego Officjum, ale właściwie dla wszystkich, którzy lubią fantastykę.

 Mam nadzieję, że zbliżający się „Bicz boży” będzie kontynuował styl właśnie tej drugiej książki.

Pozdrawiam i zachęcam do czytania polskich autorów. Warto!

Published in: on Czerwiec 6, 2011 at 3:07 pm  Dodaj komentarz  
Tags:

„Oto pan, co ma plan”

Ostatnimi czasy czuję się strasznie rozlazły. A właściwie to nie tyle rozlazły, co nie na swoim miejscu. Dlatego postanowiłem zrobić sobie plan i się go trzymać. Wakacje za pasem, żadne większe wyjazdy się nie szykują. Wreszcie będzie można odjechać w pełen no-life. Tja, liceum to już inna bajka. Już nawet nie ma czasu na bycie aspołecznym typkiem. Ale wreszcie wszystko wróci do normy 🙂

Tak sobie pomyślałem, że jak tu wrzucę swój plan, to będzie mi go łatwiej zrealizować. Bo plan to podstawa xD

Na dobry początek umyśliłem sobie, że starym dobrym zwyczajem przeczytam parę książek. Jak dobrze pójdzie to i kilkanaście. Na pewno spróbuję dokończyć „Króla Bólu”, choć może nie być to takie proste bo pierwsza z tych mini-powieści nie weszła mi zbyt gracko. Nutka patriotyczna będzie dość rozbudowana, bo z polskich książek zamiaruję przeczytać jeszcze jubileuszowy  zbiór   opowiadań Zajdla , „Cud nad Wisłą” i „Piąty Odcień Zieleni” Wolskiego, oraz… „Ogniem i Mieczem” a do tego może też „Potop”.

No to z kraju tyle, a co z obcych landów? „Nowy Wspaniły Świat” Huxleya, „Stanie się czas” Andersona, coś z Vonneguta (może w końcu „Rzeźnię…”?) i jeszcze „Silmarillion” (jeśli zmieszczę).

Znając mnie nie uda mi się przeczytać więcej niż to, ale kto wie?

Postanowiłem również zacząć powtórkę materiału przed maturą już w  te wakacje. 2013 to przecież nie tak daleko 😛 Także w sierpniu może dam radę przysiąść do chemii i biologii.

Oczywiście jako szanujący się nerdzioch nie mogę odpuścić sobie pocinania na komputerze. Tytułów jest tyle, że nie wiadomo w co ręce włożyć. Na razie muszę nadrobić klasykę. Dokończę „Baldur’s Gate’a” i zabiorę się za dwójeczkę. Skończyć muszę też „Fallouta 2”, którego rozgrzebanego mam od zeszłych wakacji. Dalej „Planescape Torment”, „Thief” (co najmniej jedyneczkę), a z tej nowszej kalsyki to może „Gothic’a 2”.

Rozkopanego mam również „Torchlight’a” i „Call of Juarez : Więzy Krwi”, które też zamierzam skończyć. Po drodze nawinie się pewnie jeszcze kilka tytułów. Oczywiście są jeszcze gry, na które czekam. Takie „Diablo 3” na przykład 🙂 Jest też gra szczególnie przeze mnie wyczekiwana. Będę o niej jeszcze nie raz wspominał, więc na razie ograniczę się do napisania, że rzezczoną grą jest „Deus Ex 3”.

Kiedyś miałem ambicje zostać pisarzem. Każdy kto czytał moje wypociny pewnie cieszy się, że sobie odpuściłem. Niemniej broni jeszcze nie składam, biorę się za siebie i solennie obiecuje napisać do września najmniej trzy nowelki, które wylądują gdzieś na sieci.

Nie zabraknie tu też moich opinii o muzyce. Z pewnością kilka notek w miesiącu będzie miało formę mini-quasi-recenzji płyty. Lubię raczej starsze przmienia: Woodstock, lata 70/80.

Jak już się zoriętowaliście będzie trochę oldschoolowo. Nie żebym żałował, że nie urodziłem się wcześniej. Po prostu lubię ten klimacik 🙂

A co do tego bloga, to mam nadzieję, że pojawiać się będzie statystycznie jedna notka na dwa dni (czyli pół notki dziennie, ale za to myślę, że będą dłuższe niż byle tweet).

Tak więc, „niech się dzieje wola nieba”!

Published in: on Maj 30, 2011 at 8:10 pm  Dodaj komentarz  
Tags: , , ,