Używać tylko zgodnie z instrukcją!

„Ubik” to chyba najbardziej znana pozycja w dorobku Philipa K. Dicka. Wiadomo „Łowca Androidów” rozsławił „Blade Runnera” (a i tak niewielu jest tych, którzy kojarzą tytuł „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?”), ale już ekranizacja książki „Przez ciemne zwierciadło” z Reevsem, a co za tym idzie i ona sama, są raczej niezbyt znane, nie wspominając o filmach pokroju „Nexta”. Jednak jeśli chodzi o książki to właśnie „Ubik” jest sztandarową pozycją, z którą utożsamiany jest autor.

Akcja powieści, o której mowa rozpoczyna się w latach dziewięćdziesiątych, więc niewiele ponad dwie dekady później, niż Dick ją opisywał. Nie jest to jednak czysto futurologiczne rozwinięcie koncepcji technologicznych ze schyłku lat sześćdziesiątych, a coś na kształt świata alternatywnego, gdzie psionicy (telepaci, jasnowidzowie i reszta tego tałatajstwa) i przeciwdziałający im inercjałowie zrzeszają się w korporacje i nikt nie widzi w tym nic dziwnego. Ubiór ludzi tam żyjących też jest dość eklektyczny, a widok kogoś w bojówkach, sandałach i dwurzędowej marynarce, oraz w berecie na głowie nie wywołałby konsternacji.

W pewnym momencie cały ten osobliwy świat zaczyna się sypać. Pierwsze symptomy są raczej mało alarmujące i ani postacie, ani czytelnik nawet nie przeczuwają tego, co nadejdzie później. Żeby nie zdradzać za wiele, wystarczy jeśli powiem, że bohaterowie doświadczają dziwnych zmian w płaszczyźnie czasowej i zaczynają cofać się przez lata pięćdziesiąte aż do 1939 roku. To tak w największym skrócie i w wielkim uproszczeniu, bo cały proces jest dużo bardziej skomplikowany i frapujący. W każdym razie impresyjnie ukazuje obraz rozpadającej się rzeczywistości. Z każdym rozdziałem, mimo iż wiemy coraz więcej, mamy wrażenie jakby ta wiedza była pozorna, ergo coraz mniejsza. I zaczynamy się zastanawiać, wraz z osiową postacią pracującego dla inercjałów Joego Chipa, co jest rzeczywiste, a co już takie nie jest…

Tego rodzaju rozmyślania muszą pociągać za sobą nawiązania do Platona i Arystotelesa. Nie inaczej jest w „Ubiku”. Może nie zawsze wprost, ale jednak znajdujemy tu konflikt między teorią idei, a teorią formy. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że autor optuje za hilemorfizmem (kolejne fajne słówko do zapamiętania :P), ale tylko dopóki uznajemy istnienie materii za oczywiste. Jeśli zaczniemy je kwestionować, to faktycznie pozostaną idee i ich kopie, a cały świat zacznie jawić się jako konstrukt psychiki. Tylko dla czego, pomimo pełni władz umysłowych, nadal nie możemy zmieniać od tak tego co pojmujemy za materialne? Czy tylko z tego powodu, iż nie władamy dostatecznie dobrze naszą psyche?

Dalej jest jeszcze ciekawiej, bo oto okazuje się, że równolegle mogą egzystować dwa światy, kontaktujące się ze sobą w dość ograniczony sposób, z odmiennymi prawami rządzącymi w każdym z nich, a tylko jedne może być „tym prawdziwym”. Chyba, że żaden…
Poziom dziwności wzrasta przez całą książkę w tempie wykładniczym, czasem przyspieszając do przyrostu geometrycznego, tak że ostatni rozdział miażdży mózg czytelnika na papkę. Czyli wszystkie moje oczekiwania zostały spełnione 🙂

Tu mała dygresja: te światy równoległe (prawdziwe, czy też tylko pozorne) przywodzą mi na myśl nieodparte skojarzenie z odcinkiem kreskówki Liga Sprawiedliwych pt. „Legendy”. Skojarzenie jest o tyle przyjemne, że serial ów oglądałem w dziecięcych czasach podstawówki, których beztroska niestety chyba nigdy już nie powróci. W każdym razie, jeśli klimaty z „Ubika” są Ci bliskie i możesz sobie pozwolić na odrobinę infantylizmu, to polecam zerknąć na wspomniany odcinek, zwłaszcza końcówkę.

Wielu twierdzi, że „Ubik” jest najlepszą powieścią P. K. Dicka. Nie zgłębiłem jeszcze wystarczającej liczby jego dzieł by podtrzymać, lub zanegować takie stwierdzenie, jednak uważam, że jest to pozycja, z którą bez wątpienia należy się zapoznać.

Published in: on Wrzesień 25, 2013 at 7:38 pm  Dodaj komentarz  
Tags: , ,

Jonowe silniki napędzane absurdem

Dawno temu, za górami, za lasami… czytałem „Bajki Robotów” znanego nie tylko w naszej części świata, a uznawanego przez wielu za wybitnego pisarza, Stanisława Lema. Nie wywarły one na mnie jakiegoś szczególnie pozytywnego wrażenia. Ani nie wciągnęły, ani nie zafrapowały. Może to kwestia młodego wieku i okoliczności jakie mu towarzyszyły, wszak był to beztroski czas gimbazy. Teraz jednak, już jako (za jakieś 14 dni) student, odczułem potrzebę zapoznania się, przynajmniej pobieżnie, z dorobkiem tego twórcy. Pragnienie to zdaje się mieć swe korzenie w podświadomej chęci zgłębienia, niepojętego dla mego wątłego umysłu, fenomenu jego sławy i wielkiej popularności.

Na pierwszy ogień poszły „Dzienniki gwiazdowe” w wydaniu bazującym zdaje się na tym z 1971 roku. I… nadal nie za bardzo wiem z jakich powodów mam uważać Lema za Wielkiego Prozaika. Nie chodzi o to, że te tak zwane „dzienniki” z formą dziennika nie mają nic wspólnego (nie licząc „Podróży czternastej”), wpisy, choć ponumerowane, nadal nie tworzą chronologicznego ciągu, a fabularnie całość spaja jedynie postać Ijona Tichego. Takie przymioty tylko odrobine wytrącają z równowagi, a to i tak tylko do czasu, aż się przywyknie. Są jednak inne atrybuty, które sprawiają, że to dzieło do mnie nie przemawia.

Jednym z nich jest rodzaj humoru jakim operuje autor, w tej sadze o kosmicznym podróżniku, zdobywającym sławę i rozgłos też nie za bardzo wiadomo z jakich przyczyn. Osobliwa groteska i absurdalność mogą przypaść do gustu, jednak jest to taki ich rodzaj, który popycha skojarzenia odbiorcy nie w stronę Brytyjczyków z grupy Monty Pythona, nawet nie Mrożka, ale Gombrowicza, którego nigdy nie zdołałem polubić, mimo, iż jego wkład w moje 90% z ustnego polskiego jest niezaprzeczalny.

Momentami Lem wikła się w nieścisłości i sprzeczności. W jednym opowiadaniu kosmiczna podróż trwająca niespełna rok jest uznana za niebotycznie długą, kiedy w innym trzydzieści lat lotu mija bez większego rozwodzenia się nad tym. Albo dla czego na Wspanialię ziemska społeczność wysyłała po jednym agencie, a nie jakieś większe komando do zadań specjalnych? Mosad może, a cała Ziemia nie? Z prof. Zazulem też jest problem.

Już abstrahując od zarzutów merytorycznych (przynajmniej w zamierzeniu) muszę dodać, że najzwyczajniej w świecie zabrakło mi w tym zbiorku „tego czegoś”. Nie odczułem działania tej porywającej siły przyciągania, jaka płynie z tych wszystkich książek, które wywołują syndrom „jeszcze jednej strony” i nie pozwalają się oderwać czytelnikowi do innych zajęć. Tu mamy głównie do czynienia z solidnym rzemiosłem pozbawionym jednak „magii” (i nie chodzi tu o ciskanie fajerbolami).

Nie mogę jednak powiedzieć, iż nic mi się w „Dziennikach Gwiazdowych” nie podobało, a przez to, że jest to zbiorek opowiadań właściwie ze sobą nie powiązanych, nie ma konieczności czytania ich wszystkich, a istnieje przeto szansa dokonania odpowiedniej selekcji. Ośmielę się ze swojej strony zaproponować wybór tych, które przypadły mi szczególnie do gustu, a jeśli ktoś planuje zapoznać się tylko z częścią „Dzienników Gwiazdowych”, to szczerze polecam zacząć od nich właśnie:
„Podróż jedenasta” – satyra na PeeReLowskie donosicielstwo i życie pod okupacją, w ciągłym strachu i nieufności
„Podróż trzynasta” – o trudnościach z przystosowaniem się do wytycznych totalitarnej władzy, ale też o indywidualności i wieczności
„Podróż dwudziesta czwarta” – niby paszkwil wymierzony w kapitalizm (jednak gospodarka wolnorynkowa dała sobie radę ze stawianymi problemami), ale istotniejszy jest wymiar, nazwijmy go, socjologiczny. W skrócie o tępocie ludzkiej
„Podróż dwudziesta ósma” – niezła gimnastyka dla filozoficznej części erudycji czytelnika.
Godne uwagi wydają się być również opowiadania „Ze wspomnień Ijona Tichego” II i IV, jako te mniej humorystyczne.
Ewentualnie jeszcze „Podróż dwudziesta pierwsza” jeśli ktoś lubi długie około-teologiczne rozważania. Swoją drogą w tej „Podróży”, jak i w choćby 8, 18, oraz 23 można wyczuć, że Lem ma głęboki żal do Boga. Może za całe zło i cierpienie tego świata, może za coś bardziej osobistego, albo jest to konsekwencja bycia agnostyckim Żydem wychowanym w wierze katolickiej…

W każdym razie w starciu Dick : Lem jest 1 : 0. I nadal mam wrażenie, że na przykład taki Zajdel zjada Lema na śniadanie.

Published in: on Wrzesień 16, 2013 at 6:15 pm  Dodaj komentarz  
Tags: ,

Krwawy doktorek

Philip K. Dick jest postacią tak emblematyczną dla gatunku science-fiction, tak znaną i popularną w tym światku, że ktoś mający się za miłośnika gatunku powinien być zaznajomiony z przynajmniej kilkoma jego najważniejszymi pracami. Jednak, tak się jakoś złożyło, że w mojej wędrówce po bezdrożach literatury dopiero teraz zawędrowałem w jego, na swój osobliwy sposób gościnne, progi. Owszem, kiedyś zdarzyło mi się czytać „Do Androids Dream of Electric Sheep?”, ba nawet po angielsku, ale jak zorientowałem się już po fakcie, było to uproszczone wydanie, dostosowane do możliwości osób dysponujących znajomością lengłydża na dość niskim poziomie; zatem się nie liczy.

Poznawanie tekstów Dicka rozpocząłem od raczej mało znanej (jak na niego) książki pod tytułem „Doktor Bluthgeld”. Kierowałem się przy tym opisem z tyłu okładki (co, jak wszyscy wiemy, jest praktyką naganną i nieprzystojącą yntelektualiście), który głosił jakoby była to najbardziej przystępna książka tegoż autora. To doskonale wróży mojemu dalszemu zapoznawaniu się z jego twórczością, bo książka jest momentami tak dziwna i anormalna, że czyta się ją z najwyższą przyjemnością. Nie chodzi tu o jakieś wysublimowane wizje prowadzące czytelnika w stronę skojarzeń z twardym SF. Tego jest w niej niewiele. Mam tu na myśli raczej ten narkotyczny pierwiastek obrazów rodem z sennego koszmaru, sprawiający, iż jestem w stanie uwierzyć, że powieść pisana była na amfetaminie (jak podobno wszystkie jego prace przed latami siedemdziesiątymi).

Utwór napisany w 1964 roku, a zatem przed doznaną przez autora serią objawień, lub jak chcą niektórzy chorób psychicznych, obfituje w rozmaite „dziwności”. Jedna z osiowych postaci jest fokomelikiem (człowiekiem urodzonym bez rąk i nóg), co najmniej dwóch bohaterów posiada zdolności parapsychiczne (narracja jest poprowadzona w ten sposób, że w zasadzie może im się to tylko wydawać), a córka jednej z protagonistek utrzymuje kontakt z bratem, którego większość osób nie dostrzega, a który odegra w swoim czasie znaczącą rolę. W porównaniu z tym, post nuklearna apokalipsa, na tle której rozgrywa się akcja powieści, wydaje się dość nijaka. Może to z powodu delikatności autora oszczędzającego nam jej opisów. Albo też dla tego, że akcja dzieje się w dużej mierze już po siedmiu latach od wojny, więc pewna część zniszczeń mogła zostać zniwelowana. W każdym razie realia pozostawiają wrażenie niedosytu.

Sama fabuła jest przyzwoita, w końcówce wręcz świetna, momentami nieco fragmentaryczna, co jednak nie przeszkadza w jej odbiorze. Jedynym zgrzytem mogą być socjologiczne rozwodzenia się nad losami bohaterów i momentami „telenowelowość” ich losów („Czy mam zostawić męża i dziecko? Zdradzić go jeszcze raz, czy może już nie? Przeprowadzić się ze wsi do miasta?”). Nie jest tego dużo i w zasadzie to tylko takie moje czepialstwo. Takie wstawki służą prawdopodobnie wykazaniu, że nawet gęsty opad radioaktywny nie może przykryć typowych, ogólnoludzkich rozterek.

„Doktor Bluthgeld” jest książką solidną, może nie wybitnie porywającą, ale chyba całkiem niezłą, by to od niej rozpocząć zagłębianie się w świat ekstraordynaryjnych fantasmagorii jednego z najsłynniejszych pisarzy SF zeszłego wieku.

Published in: on Wrzesień 9, 2013 at 8:34 pm  Dodaj komentarz  
Tags:

Kosmiczne baśnie dla dorosłych

Z twórczością Clivea Staplesa Lewisa zetknąłem się po raz pierwszy dość dawno, bo jeszcze w podstawówce. To musiał być rok 2005. Skąd ta pewność? Ano stąd, że w styczniu 2006 do kin w Polsce wszedł film na podstawie książki, po lekturze której (wymuszonej przez program mojej ukochanej placówki oświatowej) byłem właśnie na świeżo. Nie trudno domyślić się braku oryginalności w tym spotkaniu, wszak dzieło będące przedmiotem tego wstępu to nic innego jak pierwszy tom „Opowieści z Narni”, czyli najszerzej znanego cyklu tegoż autora.
Niestety „Lew, Czarownica i stara szafa” w żadnej mierze nie przypadł mi do gustu. Książka była taka sobie, niezbyt wciągająca i dość infantylna (przynajmniej wtedy tak myślałem… niema to jak pisać o infantylizmie postrzeganym przez jedenastolatka). Może wpływ na taki jej odbiór miał mój ówczesny stosunek do szkolnych lektur jako takich. Każą czytać same bzdety, podczas gdy dopiero poza szkolnym kanonem znajdowałem wreszcie jakieś ciekawsze pozycje. A potem się dziwą, że młodzież nie lubi czytać. Banda idiotów.
Ekranizacja pierwszej części tej słynnej serii też nie zasłużyła sobie na moje uznanie. Była dość sprawnie zrealizowana, a mimo to wydawała się taka blada i nijaka. To z kolei mogło być spowodowane wciąż żywymi wspomnieniami kinowej wersji „Władcy Pierścieni”.
Jednak nie o Narni miała być ta notka. Trzeba wszakże zaznaczyć, że po przygodach z nią miałem dość sceptyczny stosunek do twórczości C. S. Lewisa. Do tego jeszcze dochodziło moje postrzeganie tego pisarza jako twórcę wyłącznie literatury fantasy, które było raczej mało kompatybilne z trwającym od gimnazjum zwrotem moich upodobań w kierunku fantastyki naukowej. Łatwo sobie wyobrazić moje zdziwienie, gdy dowiedziałem się, iż ów Brytyjczyk popełnił również trylogię science-fiction. A że wtedy akurat wypadała w empiku promocja typu „fantastyka 3 za 2” się skusiłem i kupiłem.
„Trylogia Kosmiczna” wydana przez Media Rodzina to, jak wskazuje nazwa, trzy w jednym. Trzy powieści w jednym tomiszczu osiągającym objętość niemal 800 stron. Nawet pomimo miękkiej okładki książka prezentuje się całkiem nieźle i w dobrym stanie przetrwała przeczytanie.
Dwie rozpoczynające części dość znacząco różnią się od trzeciej, po pierwsze osobą głównego bohatera, po drugie szeroko pojętym nastrojem. Całość zaczyna „Z Milczącej Planety”, w której Doktor filologii imieniem Ransom zostaje porwany i przetransportowany na Marsa. Porwanie tego nie dokonują, jak można by się spodziewać, małe, zielone ufoludki, ale ludzie. W trakcie pobytu na czerwonej planecie nasz bohater odkrywa, że organiczne stworzenia mieszkające poza Ziemią bynajmniej nie są złe i wrogie, tak jak to opisuje chociażby Wells. Przeciwnie, przy nich większość ludzi wygląda jak ociężali umysłowo, rządni krwi barbarzyńcy.
Pierwsza część trylogii jest swego rodzaju polemiką ze sztampowym sposobem ujmowania tematyki podróży między planetarnych. Sztampowym zarówno w latach współczesnych autorowi, jak i nam. Najwyraźniej nie wyzbyliśmy się do końca ortodoksyjnego antropocentryzmu i o wiele łatwiej jest nam widzieć we wszystkich pozaziemskie formach życia jakiś rodzaj zagrożenia. A może to tylko dla tego, że człowiek z natury boi się nieznanego? W każdym razie „Z Milczącej Planety” stanowi niezłą przeciwwagę dla typowych space oper. Szczególnie polecić ją można tym, którym podobał się przedostatni utwór z „Brave New World” Maidenów (a teraz czytelnik grzecznie sprawdzi dla czego :P).
„Perelandra”, czyli druga część „Trylogii Kosmicznej” jeszcze wyraźniej zaznacza dwa istotne już w poprzedniczce pierwiastki. Zdecydowanie większa jest tu przewaga tego co można by nazwać fantasy nad „sciencefictionowatością”. Poza tym, że akcja dzieje się na innej planecie, co w pewien sposób zaznacza już tytuł będący imieniem Wenus (poprzednio Dr. Ransom nauczył się Starego Solarnego, języka pozaziemskich stworzeń, więc „prawdziwe” nazwy planet padają dość często), niewiele jest tu fikcji naukowej. Jest to poniekąd konsekwencją zintensyfikowania drugiego aspektu, a mianowicie rozważań, powiedzmy, około teologicznych. „Perelandra” ogniskuje je w postaci dojmująco przedstawianej tęsknoty za utraconym rajem (skojarzenia z Miltonem jak najbardziej na miejscu). Ransom wkracza na Wenus właśnie wtedy, gdy rozpoczyna się proces kuszenia tamtejszej Ewy i ma okazje rozkoszować się światem pozbawionym zła, cierpień i… w zasadzie innych humanoidów. Czyżby to właśnie ludzie byli źródłem całego tego syfu na Ziemi? Wszakże faktycznie w Biblijnym Raju były tylko dwie osoby ludzkie i dopiero kiedy zaczęło pojawiać się ich więcej coś się porobiło. To tylko taka moja prywatna uwaga, w powieści jest to poprowadzone nieco inaczej.
Środkowa powieść z trylogii zawiera zdecydowanie najwięcej zbyt rozwlekłych opisów, które mają najpewniej za zadanie wzbudzić w odbiorcy żal za tym, co moglibyśmy mieć, gdybyśmy nie dali się zwieść na pokuszenie. Są one jednak zagmatwane i zwyczajnie za długie. Można to oczywiście tłumaczyć tym, że były pisane podczas II Wojny Światowej i służyły autorowi za swoisty azyl, miejsce, gdzie uciekał od okrucieństwa tamtych dni. Niemniej jest to jeden z minusów tego utworu. Na plus za to można zaliczyć dialogi między Ransomem, którego widzimy tu jako obrońcę cnoty, a Westonem (znanym z poprzedniej części) pełniącym rolę węża. Są napisane sprawnie i z polotem. Mimo to „Perelandrę” czytało mi się najwolniej i najmniej ciekawie z całości.
Wreszcie dochodzimy do wisienki na torcie, tak różnej od poprzedniczek. O ile „Z Milczącej Planety” i „Perelandre” mogliśmy poniekąd podciągnąć pod wizje utopijne, tak „Ta Straszna Siła” ciąży wyraźnie ku antyutopii. Dr. Ransom nadal jest ważną postacią, ale już nie głównym bohaterem. Tym razem narracja podzielona jest głównie między państwa Studdocków. Akcja toczy się w dużej mierze w środowisku akademicko-naukowym i opowiada o próbie przejęcia władzy nad światem przez złych naukowców. Jednak prawdziwa „straszna siła” stoi ponad nimi, kierując ich poczynaniami.
Finał „Trylogii Kosmicznej” stanowi najciekawszą jej część i polecić go można z bardzo wielu powodów. Nie mamy tu na przykład do czynienia, jak w większości antyutopii/dystopii, z już ukonstytuowanym aparatem władzy, lecz jest on tworzony na naszych oczach. Zarówno wątki nadnaturalne, jak i sci-fi wprowadzane są bardzo umiejętnie, z dużym wyczuciem. Tempo jest dobrze wywarzone, nie doświadcza się dłużyzn (może dla tego, że rozwój wypadków odbywa się na Ziemi). Garnitur postaci jest świetnie skrojony i chociaż ciężko czasem połapać się w bohaterach tła, to ci na pierwszym planie robią wrażenie.
Więcej już nie będę pisał o „Tej Strasznej Sile”, bo naprawdę trzeba zapoznać się z nią osobiście, nawet wtedy, gdy nie miało się kontaktu z poprzednimi częściami. Po nie również warto sięgnąć, chociażby po to, by wyrobić sobie lepsze osadzenie w realiach.
Tak trochę na marginesie, ciekawe jest dość luźne podejście do kwestii religijnych. Lewis ogłaszał się ponoć ortodoksyjnym Anglikaninem, ale w tej trylogii nie przedstawia ściśle dogmatycznych wykładni, a jedynie ogólną wiarę w to, że są siły stojące ponad ludźmi, a każdy człowiek winien żyć zgodnie z szeroko pojętą moralnością. Oczywiście wyraża też optymistyczny pogląd, iż siła dobra jest potężniejsza niż siła zła (zarówno pod kątem moralnym, jak i „eschatologicznym”).
Całą „Trylogię Kosmiczną” mogę chyba polecić wszystkim tym, którzy szukają książki będącej czymś więcej, niż banalnym czytadłem, ale jednocześnie nie chcą się zbyt męczyć z brnięciem przez skomplikowane wywody.

Published in: on Sierpień 22, 2013 at 10:37 am  Dodaj komentarz  
Tags:

Po brytyjsku o umiłowaniu mądrości

W czasie II Wojny Światowej ogromne rzesze ludzkości robiły co mogły, by zostawić jak najdalej za sobą bitewny zgiełk. Większości wystarczyło już samo to, że znaleźli się poza obszarem działań zbrojnych, jednak niektórzy potrzebowali ucieczki także w innym wymiarze. Jak dla mnie, przykładem tego drugiego typu, jest właśnie Bertrand Russell. Brytyjski filozof, matematyk, społecznik, jednym słowem myśliciel. Na początku lat czterdziestych ubiegłego wieku napisał bestselerowe dzieło pod tytułem „Dzieje zachodniej filozofii”, z którym miałem okazje się niedawno zapoznać.
Russell miał raczej mało szczęśliwą biografię. Gdy był jeszcze dzieckiem zmarło mu oboje rodziców, a wychowaniem zajęła się babcia-dewotka. W małżeństwie też nie miał szczęścia; zaliczył trzy rozwody. Poza tym przeżył dwie wojny światowe i siedział w więzieniu za działalność antywojenną. To wszystko musiało wpłynąć na jego życiową postawę; był zdeklarowanym agnostykiem i pacyfistą. Na osłodę otrzymał w 1950 Nagrodę Nobla.
A, czym właściwie są „Dzieje zachodniej filozofii” Jego autorstwa? Najlepiej oddaje to chyba oryginalny tytuł, czyli „History of Western Philosophy and its Connection with Political and Social Circumstances from Earliest Times to the Present Day”, bo właśnie ich tematem jest związek europejskiej i amerykańskiej filozofii z uwarunkowaniami społeczno-politycznymi. Tematyka bliskowschodnia jest również poruszana, ale w bardzo wąskim zakresie służącym zarysowaniu tła.
Aletheia wydała to prawie tysiącstronicowe tomiszcze w taki sobie sposób. Wolumin ma miękką okładkę i jest klejony, a nie szyty. Niby nie ma tragedii, ale już po jednym przeczytaniu grzbiet zaczął trochę pękać.
Jednak najważniejsza jest zawartość. Książka przeprowadza czytelnika od powstania cywilizacji greckiej do połowy dwudziestego wieku, a mówiąc inaczej od Talesa do (niema to jak skromność) samego Russella i jego zastosowania analizy logicznej.
Autor poświęca wiele miejsca opisowi zaszłości historycznych, które według niego wpływały na myślicieli poszczególnych epok. Dzięki temu otrzymujemy w miarę kompleksowy zarys ewolucji myśli filozoficznej. Zarys, gdyż go tylko można uzyskać przedstawiając tak skomplikowany wycinek płaszczyzny czasu, obejmujący przeszło dwa i pół tysiąca lat, w jednym tomie. Takie ujęcie tematu sprawia, że jest to świetny quasi-podręcznik dla laików w tej dziedzinie. Opanowanie historii na poziomie szkoły średniej i jakie-takie zacięcie humanistyczne powinny wystarczyć do przyjemnego korzystania z tej książki. Co prawda niekiedy zostajemy zasypani zdającymi się niewiele wnosić szczegółami (zwłaszcza przy okazji zmagań papiestwa z cesarstwem, gdzie pada wiele nazwisk ważnych dla tego konfliktu, ale bynajmniej nie dla jego płaszczyzny intelektualno-doktrynalnej), lecz jak na taką objętość całego tekstu, jest to relatywnie niewiele.
Filozofowie oddziaływali również na historię, co nie umyka uwadze Russella. Wpływ ten nie jest jednak tak oczywisty i ma w swej istocie subtelniejszą naturę. Myśliciele (jak sama nazwa wskazuje) rzadko kiedy działali osobiście i wprost. Głównym narzędziem ich wpływu na koleje dziejów są idee (niech platonicy nie zawłaszczają sobie tego terminu :P). Omówiony przeto zostaje wpływ Platona i Arystotelesa na filozofię Kościoła (przekładającą się na reformacje, kontrreformację i ich oboczności), a dalej można wymienić choćby wpływ Rousseau i Utylitarystów na politykę czasów nowożytnych. Aluzje odnośnie Hitlera przy okazji omawiania Nietzschego są niestety dość skromne.
Ze względu na przyjęte założenia, dzieło przedstawia w większości znane postacie, acz natkniemy się również na mniej znane (przynajmniej jak dla mnie) nazwiska pokroju Parmenidesa, Empedoklesa, a z nowszych Jamesa i Deweya.
Jak każdemu dziełu przekrojowemu, „Dziejom…” zarzucić można momentami zbyt małą dokładność. Jest to zrozumiałe. Jeżeli ktoś będzie chciał się zapoznać dokładniej z doktryną którejś z zarysowywanych person zawsze może sięgnąć po szczegółowsze opracowanie jej tylko poświęcone, nie mówiąc już o zagłębieniu się w oryginalne prace. Jednak w połączeniu z tym, że autor konsekwentnie wytyka wszelkie błędy przedstawianych filozofów i momentami stawia ich w jadowicie szyderczym świetle, co raczej zniechęca do zapoznawania się z ich dziełami, może stanowić to problem. Po co sięgać do dokonań idioty? Mija się to trochę z moją wizją tej lektury, gdyż sądziłem, że będzie zachęcała do zagłębiania się w dokonania innych myślicieli, podczas gdy jest raczej odwrotnie. Jednak wiele zależy tu od czytelnika. Odpowiednią postawą wydaje się tu przyjęć, iż najlepiej będzie skonfrontować zarzuty Russella z własnym zdaniem, wyrobionym w oparciu o pisma omawianej osoby. Koniec końców, jak można ustosunkować się do wiele znaczących dla kultury osobistości, kiedy na ich temat przeczytamy tylko średnio 10 stron na każdą?
Mimo wszystko „Dzieje zachodniej filozofii” to dobre kompendium dla tych, którzy dopiero zaczynają się zagłębiać w meandry filozofii i chcą uzyskać na początek ogólny ogląd zagadnienia.

Published in: on Lipiec 28, 2013 at 5:30 pm  Dodaj komentarz  
Tags:

„Na Croma!”

Pierwsza wakacyjna lektura za mną. Jak na wakacje, które rozpoczęły się koło 22 maja, czyli po ostatnim ustnym egzaminie, nie jest to zbyt oszałamiający rezultat. Na swoje usprawiedliwienie mogę tylko dodać (pomijając to, że w między czasie zapoznawałem się z grecką filozofią), iż wolumin miał ponad 750 stron formatu niemal A4. Mam na myśli książkę „Conan Barbarzyńca” wydawnictwa Rea. Jak na tak pokaźne gabaryty opakowane do tego w twardą okładkę, waga całości jest zaskakująco nieduża. To w dużej mierze zasługa żółtawego papieru, który nie reprezentuje sobą raczej zbyt wysokiej jakości, ale nie sprawia też szczególnie złego wrażenia. Po jednym przeczytaniu nie udało mi się go w żadnym miejscu uszkodzić.

Wydanie jest więc całkiem przyzwoite, poprzetykane tu i tam ilustracjami (z grubsza po jednej na opowiadanko), które są czarnobiałe i dość oszczędne. Mi przypadły do gustu, ale nie każdemu muszą.

Inną kwestią jest tłumaczenie. W recenzjach, z którymi zapoznawałem się przed zakupem książki podnoszono głosy jakoby nie było zbyt udane. Mimo to postanowiłem zaryzykować. I… hmm… W zasadzie nie jest tragicznie, ALE: po pierwsze patrzę na to z perspektywy osoby, która z anglojęzycznym oryginałem miała kontakt niemal zerowy (niemal, bo, tu ciekawostka, wiele opowiadań i wierszy Howarda dostępne jest na wikisource, legalnie, za darmo). Po drugie, nawet taki ja, może się przyczepić do paru uchybień. Na przykład, w dość brutalny sposób zostanie nam uświadomione, że przekładu dokonała kobieta. Mianowicie w kilku miejscach Conan używa odnośnie siebie czasowników w formie żeńskiej. Za pierwszym razem wprawiło mnie to w niemałą konsternację, ale szczęśliwie szybko ustało (pojawia się to może w dwóch, trzech opowiadaniach).

Nierzadko też używane są dość niefortunne zwroty, które niezbyt pasują do miejsca, gdzie występują. Zapewne w języku angielskim brzmiałyby w takiej formie sensownie, jednak po polsku dałoby się znaleźć, przynajmniej dla niektórych, lepiej pasujące słowa.

Teksty zostały ułożone w takiej kolejności, w jakiej publikowane były w magazynie literackim, do którego pisywał autor. Warto wspomnieć, że są to tylko te teksty, które się tam ukazały, a więc zbiorek nie zawiera kilku pozycji stanowiących dla fanów część kanonu, niemniej dla kogoś, kto z Conanem w wersji papierowej ma styczność po raz pierwszy jest to materiał w zupełności wystarczający.

Osobiście podmieniłbym troszkę kolejność na bardziej chronologiczną z punktu widzenia akcji utworów (pomijam tu chronologie utworzone przez badaczy twórczości Howarda). Jak dla mnie dwa pierwsze opowiadanka, czyli „Feniks na mieczu” i „Szkarłatna Cytadela” powinny znaleźć się na samym końcu (po „Godzinie Smoka”) [tam Conan jest już królem, a wcześniej głównie najmitą], a po „Królowej Wybrzeża” powinien być „Stalowy Demon”, potem „Cienie w Księżycowej Poświacie” i „Ludzie z Czarnego Kręgu”. Reszta tak jak jest. To tylko takie moje czepialstwo.

Tja, przydługi wstęp za nami, a cały czas nie wiadomo o czym to tak mniej więcej jest. Ano, sporo tutaj tego „barbarzyństwa”, które kojarzy się laikowi z Conanem właściwie samo z siebie. W zasadzie w każdym opowiadaniu jest opis jakiejś walki. Od pojedynków jeden na jeden, które są bardzo dobrze opisywane, co nie powinno dziwić zważywszy na fakt, iż autor był pasjonatem boksu, a i sam uprawiał tę dyscyplinę (od lat młodzieńczych, by przeciwstawić się fali przemocy jaka dosięgała go, jako kujona, ze strony rówieśników), po monumentalne bitwy.

Częstym motywem jest również ratowanie nieporadnych kobitek z łap podłych ludzi, tudzież innych, ponadnaturalnych sił. Jednak niekiedy pojawiają się także silne postacie kobiece, takie jak Waleria z Czerwonego Bractwa (Red Sonja to wprawdzie też ten sam autor, ale nie ten cykl opowiadań).

Wiele jest też elementów horroru, które nie pozwalają zapomnieć o tym, że Robert Howard należał do grona znajomych H. P. Lovecrafta. Conan nie boi się przeciwników z krwi i kości, jednak jego serce przepełnia groza na myśl o pomiotach spoza czasu przywoływanych przez mrocznych czarnoksiężników.

Postać Conana z Cymmerii nie jest pozbawiona, przynajmniej pewnych znamion, głębszego rysu psychologicznego. Momentami można dostrzec bajroniczną aurę otaczającą tego bohatera. Buntowniczo-romantyczny charakter uwypuklony jest na przykład w „Ludziach z Czarnego Kręgu”, gdzie pierwotną przyczyną pojawienia się w miejscu akcji Conana jest chęć wzniecenia powstania przeciw ciemiężącemu małą rasę krajowi.

W cyklu opiewającym historie barbarzyńcy z północy, autor dość wyraźnie zarysował swój pogląd na cywilizację, przywodzący na myśl skojarzenia z Rousseau. Dla nich obu cywilizacja wykrzywiała pierwotnie dobrego człowieka, sprawiając, że stał się gnuśny, pazerny i niemoralny. W swym stanie naturalnym ludzie byli czystsi i mniej podatni na złe skłonności. Dlatego to Conan jest tym dobrym, walczącym przeciw zdeprawowanym królom i baronom. Stanowisko względem niszczącej siły cywilizacji wprost jest wyłożone w „Za Czarną Rzeką”, a bardziej subtelnie ukazane w „Domu Pełnym Łotrów”, tudzież w antywojennych „Czerwonych Ćwiekach”.

Generalnie próżno szukać w „Conanie Barbarzyńcy” jakiś głębszych przemyśleń, ale nikogo to chyba nie zaskakuje. Jest to raczej przykład niezłego czytadła, które może trafić do sporej grupy odbiorców. Co ciekawe, jak dla mnie, niekoniecznie może się spodobać archetypicznym czytaczom post-tolkienowskiej fantastyki. Nie ma tu orków, elfów i tego typu klimatów. Akcja osadzona jest, można powiedzieć, w Erze Hyboryjskiej naszego świata, co nawet jest zarysowane w eseju otwierającym zbiorek, gdzie autor wręcz łączy rasy ze swego świata z nacjami znanymi nam ze szkolnych lekcji geografii. Howard podobno lubił pisywać fikcje historyczne, ale nie lubił tracić czasu na przekopywanie książek w poszukiwaniu informacji dających mu osadzenie w realiach. Dlatego wykreował coś w rodzaju świata równoległego, gdzie wiele elementów zaczerpnięte jest z rzeczywistości (Ishtar i Mitra to przedchrześcijańskie bóstwa, a wcale bym się nie zdziwił, gdyby Shemici w którymś z opowiadań wznosili synagogę).

Spora część tych tekstów powinna przypaść do gustu fanom historii przygodowo-awanturniczych takich jak „Piraci z Karaibów” (pomijając to, że w kilku opowiadaniach, jak w „Królowej Czarnego Wybrzeża” Conan sam piraci). Są niemal nietknięte ludzką stopą lądy, są morskie bitwy, jest abordaż i porywanie statków. Wszystko jak się należy.

Z drugiej strony mamy treści trafiające do miłośników klimatów rodem z Edgara Alana Poego. Takie dzieła jak „Feniks na Mieczu”, „Wieża Słonia”, czy „Pełzający Cień” (chyba mój faworyt) mają niesamowitą atmosferę. I, tak, tu też występują goryle 😉

Tomik godny polecenia jako naprawdę fajne czytadło. I do tego ładnie prezentuje się na półce.

Published in: on Czerwiec 29, 2013 at 10:02 am  Dodaj komentarz  
Tags: ,

Co jest w górze zapisane?

 Wiek XVIII uznawany jest za wiek rozumu, wiek filozofii, wiek, w którym odrzucano wszystko, czego umysł nie mógł pojąć. Jednocześnie myśliciele tego okresu musieli dostawać niewypowiedzianej ekstazy na wspomnienie o potędze ludzkiej myśli. Uznawali ją przecież za najdoskonalsze (w sumie to i jedyne) narzędzie poznania otaczającego świata, którego moc jest nieograniczona. Można by rzec, że dla nich wszystko dało się pojąć rozumem, a to co wymykało się takiemu pojmowaniu, po prostu nie istniało, stanowiąc w najlepszym wypadku chorą fantasmagorię.

Takie założenie wydaje się zbyt optymistyczne (?) nawet jak na dzisiejsze standardy, kiedy nauka rozszerzyła znacząco zakres swojej dominacji. Okazało się, że im więcej wiemy, tym tak naprawdę wiemy mniej, gdyż każdy ogólnik, którego znaczenie odkrywamy obfituje w szczegóły, których pojęcie zajmuje więcej czasu, a gdy dociekamy intensywnie w materii konkretnego szczegółu dochodzimy do wniosków, że ten szczegół kryje w sobie następne niuanse, a one kolejne.

Niemniej jednak, w owym czasie, filozofia potęgi rozumu stanowiła podwaliny pod liberalizację obyczajów i parę innych czynników, które miały przyczynić się do gruntownej przebudowy świata biorącej swe początki u końca wieku XVIII i nabierającej prędkości rozruchowej we Francji między 1789, a 1799. Generalnie wyszło to raczej na plus, niż na minus, jednak obecny kształt świata jest, mimo wszystko, nie do końca satysfakcjonujący, przynajmniej jak dla mnie (nie, nie żeby miał być bardziej liberalny, ale po prostu inny).

Ta rewolucja, której hasła były tak szczytne jak wolność i egalitaryzm skończyła się w sposób jaki pisany jest większość (wszystkim?) rewolucjom: zjadła swoje dzieci, a kastę panów, z którą walczyła zastąpiła swoją własną, chyba niewiele lepszą.

Jednak, jak mawiał pewien pan, „nie uprzedzajmy faktów” i powróćmy na chwilę do propagandy, bo tak to trzeba nazwać, która poprzedziła to powstanie mas. Dzieła jakie można do niej zaliczyć znajdują się dziś w kanonie lektur, których znajomość przystoi współczesnemu inteligentowi (lub pseudointeligentowi, zależy jak do tego podejść).

Jako że w wakacje postanowiłem zapoznać się bliżej z pismami wieków zeszłych (matura za rok, a okres od starożytności do oświecenia został w mojej szkole tak przerobiony, że właściwie nic o nim nie wiem) na mojej liście znalazł się zarówno „Kandyd” Arouet’a (tak się naprawdę zwał autor), jak i „Kubuś Fatalista i jego pan” Diderot’a.

Obie te powiastki są niemiłosiernie chaotyczne. Fabuła jest fragmentaryczna i nie widać w niej ciągłości. O ile „Kandyd” opowiada jedną historie, to losy Kubusia i jego pana stanowią zbiór luźno (często wcale nie) powiązanych ze sobą opowieści wygłaszanych przez różne postacie. Fabuła jest miałka, więc nie za jej sprawą te książki zyskały taką sławę.

Można by myśleć, że autorzy piszą w jakiś pociągający czytelnika sposób. I tym razem omyłka. Wolter jeszcze jako tako daje sobie radę z pisarskim rzemiosłem, natomiast Diderot sili się na humorystyczne nawiązanie kontaktu z czytelnikiem, co niezupełnie mu wychodzi. Facet jest po prostu irytujący! Chce być zabawny, a jest śmieszny. I nie jest to wina tłumacza, gdyż obie książki czytałem w przekładzie Boy’a.

Usprawiedliwiać autorów może fakt, że czasy się nieco zmieniły. To co szokowało im współczesnych, dziś jest blade i niezbyt wyraziste.

Zostaje więc tylko ta rzecz, która w powiastkach filozoficznych stanowi rzecz kluczową, a więc koncept filozoficzny. „Kandyd” jest bezpośrednią odpowiedzią na filozofię optymistyczną i pokazuje, że nie wszystko jest „najlepsze na tym najlepszym ze światów”. „Kubuś Fatalista…” skupia się na konflikcie przeznaczenia z wolną wolą (widać to zresztą w obu utworach).

To główne wątki opowieści. Celem pobocznych jest krytyka kościoła, piętnowanie hipokryzji i promowanie równości. Zasadniczo słuszne. Kościół tworzą ludzie, którzy są skłonni do grzechu (zła), a zatem jako instytucja jest niedoskonały. W tamtych czasach kapłani i zakonnicy mieli większą władze niż dzisiaj, więc jeśli byli zepsuci, bardziej rzucało się to w oczy. Ale takie generalizowanie jest niezbyt precyzyjne i krzywdzące. W swoim życiu spotkałem księży dobrych i złych, takich, którzy myśleli i takich, którzy starali się tępić wszystko co nie mieściło się w ich światopoglądzie. Także panowie filozofowie nieco przesadzili. Ale czy można powiedzieć, że przesadzili, skoro przekazywana przez nich wizja miała służyć określonym celom? Oni po prostu zrealizowali swoje założenia. Co nie znaczy, że trzeba się z tym zgodzić.

Co do hipokryzji, nietolerancji i nierówności. Ich piętnowanie zdaje się dziś być oczywiste i mniej lub bardziej powszechne. Wtedy sprawy miały się nieco inaczej i dlatego taka krytyka takich postaw, a nawet li tylko ich uwidacznianie zakrawało na obyczajowy skandal. Poniekąd odwagę (dyskusyjną wziąwszy pod uwagę to, że kryli się w obcych krajach) można uznać za pozytyw buntowniczego (jakkolwiek głupio to brzmi w odniesieniu do klasycyzmu) charakteru ich twórczości.

Jednak jeśli pójść w drugą stronę niż autorzy i nie odrzucać tego, co niepojęte, czyli przyjąć istnienie Boga za pewnik (to się nazywa wiarą)? Życie na ziemi jest karą. Zostaliśmy wygnani z Raju i teraz po prostu musimy swoje odcierpieć, przy czym naszego świata nie pojmowałbym jako więzienia, a raczej jako boską szalkę petriego. Oczywiście wszechwiedzący i wszechmogący Bóg nie musi dokonywać zwyczajnych obserwacji laboratoryjnych. Jest ponad to.

W ten sposób dochodzimy do clue obu książek („Kubusia Fatalisty…” bardziej), a więc do fatalizmu, wiary w przeznaczenie.

Diderot i Wolter skłaniają się do tego, że człowiek nie ma własnej woli, a postępuje podług tego, co zostało (w taki, lub inny sposób) „zapisane w górze”. Osobiście jestem wewnętrznie rozdarty między tymi dwiema koncepcjami. Z jednej strony wolna wola. Gdy nie chce (mi się) czegoś zrobić, to mogę się albo przymusić do tego, albo nie. Skutki zazwyczaj są łatwe do przewidzenia. Nie wykonałem zleconej pracy, nie otrzymam wynagrodzenia. Chciałem i zrobiłem to co miałem, otrzymałem nagrodę. Czyli wolna wola jest w człowieku.

Z drugiej jednak strony można to wszystko przypisać losowi. Było zapisane, że tego nie zrobię, to nie zrobiłem, było że zrobię i takoż się stało. Wszelkie rozterki i rozmyślania, czy wykonać daną czynność, czy nie również są zrządzeniami losu.

Obie te drogi są równie wiarygodne. I co teraz powinien człowiek począć? Niestety, nie jestem filozofem, tylko ograniczonym zwierzęciem i nie umiem udzielić odpowiedzi na własne pytanie. Czuję jednak (tak jest, czuję, a nie rozumuję), że jest to bardziej skomplikowane i stanowi pewną osobliwą synergie wspomnianych konceptów. W końcu człowiek nie jest w stanie zrozumieć siebie (ściślej: własnego mózgu) i wątpliwe jest czy kiedykolwiek do tego dojdzie (a jeśli nawet to zapewne z niewielką pomocą elektronicznych przyjaciół), więc jakim cudem miałby pojąć Boga/mechanizmy rządzące światem na poziomie wyższym, niż fizyka?

Idąc dalej tym tropem i ekstrapolując go, dojdziemy do tego czym swe utwory zakończyli zacni filozofowie Voltaire i Diderot. Mianowicie: po co myśleć, skoro albo („Kandyd”) i tak nie jesteśmy w stanie pojąć niektórych rzeczy, albo („Kubuś…”) Wszystko jest już zdeterminowane prawami przyrody i i tak nie mamy na to wpływu?

Obaj ci wielcy i oświeceni, nakłaniają czytelnika by nie myślał? Ci, którzy wierzą i propagują potęgę rozumu nakłaniają do zaprzestania myślenia? Coś tu chyba jest nie tak, a jedynym wytłumaczeniem jakie mogę znaleźć, jest to, że swe dzieła tworzyli na rzecz jakiejś grupy wpływów. Łatwiej sterować ludźmi, którzy nie myślą. Taka konkluzja popycha do dociekań nad ową grupą i naprawdę ciężko jest tu nie wspomnieć osób pieczętujących się cyrklem i węgielnicą.

Jednak chwilowo dajmy spokój tym dywagacją i powróćmy jeszcze na koniec do samej materii fatalizmu. Bo skoro wszystko co się zdarza zdarzyć się miało, to jak można mówić o moralności, o tym co dobre, a co złe? Jeżeli przyjąć krańcowy fatalizm za filozofię (religie?) panującą, to każdy występek można wytłumaczyć w bardzo prosty sposób: „Tak było zapisane w górze.”.

Jakżeż życie byłoby prostsze i szczęśliwsze, gdybym nie musiał się zastanawiać nad takimi kwestiami. Właściwie „Kandyd”, oraz „Kubuś Fatalista i jego pan” można nazwać poradnikami człowieka szczęśliwego. Skłaniają czytelnika do zostania głupcem, a czyż tacy ludzie nie są najszczęśliwsi?

Pora kończyć. Pozdrawiam i zmykam „uprawiać swój ogródek”.

Published in: on Lipiec 20, 2012 at 1:08 pm  Dodaj komentarz  
Tags: ,

W czym zawinił Ikar?

„Zbrodnia i Kara” była zapowiadana jako najlepsza lektura z pozytywizmu. Twierdzili tak wszyscy: koledzy, nauczyciele i wiele innych osób. Stety, niestety, okazało się inaczej.

Pozytywizm jako epoka nie przypadł mi do gustu. Literacko nie dostajemy nic ciekawego. Nowele maja tę zaletę, że są krótkie, ale cóż z tego, jeżeli nie potrafią wciągnąć, a treści przez nie przekazywane może i są dobre, ale… dla czterdziestolatków pokroju Wokulskiego. Większość powieści tamtego czasu znam raczej w zarysie, niemniej dalekie są one od zainteresowania mnie. Przez „Lalkę” nie przebrnąłem (akurat w tym przypadku broni jeszcze nie składam), „Nad Niemnem” zrobiło na mnie negatywne wrażenie pomimo całkiem niezłej fabuły (to co udało mi się wynieść ze streszczenia świadczy dość dobrze o tym aspekcie). Wina leży tu w narracji. Maniera literacka Orzeszkowej nie trafia w mój gust. Przychylam się również do ogólnego hejta na długie opisy przyrody.

Najlepsze co odnalazłem w powieściopisarstwie końca dziewiętnastego stulecia to „Potop”. Zapewne spora w tym zasługa stylizacji na realia historyczne. Oczywiście całość można było napisać zwięźlej, lecz w porównaniu z innymi, swoimi rówieśnikami wypada to dość przyzwoicie.

Czym innym jest liryka tamtego okresu, znana mi niestety tylko z dokonań Asnyka, jednak tym zajmę się kiedy indziej.

Kończąc ten przydługi wstęp i przechodząc do sedna odnieść się mogę do oczekiwań jakie zostały we mnie zbudowane. Po powieści Dostojewskiego spodziewałem się przeszywających na wskroś opisów psychologicznych i obfitującego w niuanse gabinetu osobowości.

A co dostałem?

Cóż… pozycję przeciętną pod względem głębi, a przy tym nie porywającą warsztatowo. Może to wina autora, a może tłumacza (Podgórzec), ale czyta się to tragicznie. Nie zamierzam tu pisać o „Panu Tadeuszu”, którego samo czytanie sprawiło mi całkiem sporą frajdę (to przecież inny rodzaj literacki), lecz nawet takie gnioty jak „W pustyni i w puszczy”, czy „Ania z Zielonego Wzgórza” były przyjemniejsze w odbiorze. Takim zabiegiem można było chcieć skłonić czytelnika do wnikliwszego zapoznania się z treścią tego „dzieła”. Tylko z czym się tu zapoznawać? (spojlery w dalszej części są nagminne)

Jakiś idiota (obstawiam, że tytuł „Idiota” powieści tegoż samego autora, ma głębszy sens autobiograficzny) to jest Raskolnikow, będący głównym protagonistą, postanawia zabić starszą panią parającą się lichwą. Motywy tego czynu nie są w pełni jasne. Podobno Dostojewski, poprzez usunięcie wszechwiedzącego narratora, chciał wymusić na czytelniku jak najintensywniejszą refleksję nad czynem bohatera. Odbiorca sam powinien zanalizować wszelkie, uprawdopodobnione rozważaniami postaci i dialogami między nimi, motywy zbrodni  i zastanowić się nad ich sensownością dla głównego bohatera. Jednak w efekcie nie mamy o co się oprzeć. Mój Raskolnikow może być zupełnie kim innym, niż Raskolnikow powstały w wyobraźni innego czytającego. I w tym ma tkwić siła tej powieści? To ma być doskonałość powieści polifonicznej?

Koniec końców sprowadzić to można do stwierdzenia, że „wszystko jest względne”. Taki też relatywizm jest przez tę książkę promowany. Cała ta teoria głównego bohatera, zaczerpnięta po części z Nietzschego (fragmentarycznie rzecz jasna; tak samo czynił np.: A. Hitler, a jego jakoś nam w szkołach nie każą czytać) jest, mówiąc metaforycznie, tak samo do „nietzschego”. Ludzie będący w większości nic nie znaczącą masą? Dobra, na to, to i ja wpadłem, jednak co daje komukolwiek prawo do decydowania o tym, że to on jest jednostką wybitną, motorem napędowym świata? On sam? Obiektywne jak cholera… ale od czego mamy tu relatywizm? Każdy sam decyduje o swoim nadczłowieczeństwie i o normach jakie go ograniczają. W pewnych ramach jest to słuszne. Jeśli jednak i te ramy wyznaczy sobie sam…? Paranoja!

A co jeśli przyjąć, że Rodion dokonał napadu, na tle rabunkowym, a poprzez niedoskonałości w jego przebiegu, autor chciał pokazać, że niema zbrodni doskonałej i jednocześnie, że istnieje sumienie? W tym wypadku główny bohater wychodzi znowu na ćwierć inteligenta. Ze słuchu rozpoznał gdzie lichwiarka chowa pieniądze? Jasne… Do tego plan od początku mu się sypał. Spóźnił się i w związku z tym znacząco wzrosły szanse na obecność Lizawiety w mieszkaniu. I w ten sposób uzyskał dwa trupy, nie jednego. Oj, naszemu bohaterowi daleko do tuzów świata przestępczego.

Reszta postaci to w większości miałkie tło. Co z tego, że sporo o nich się dowiadujemy, jeżeli są one nijakie i nie wzbudzają jakichkolwiek uczuć. Czasem można się skrzywić nad postępowaniem co poniektórych i to w zasadzie tyle. Otrzymujemy mniej więcej to, czym raczą nas komercyjne stacje telewizyjne. Wybijają się Razumichin i Porfiry, przy czym ten drugi jest zarysowana raczej w złym świetle (zły pan policjant, który śmie dedukować o winie naszego wybitnego nadczłowieka. Jak on tak może?).

Przychylić się mogę do podejrzeń, jakoby książka ta propagowała treści socjalistyczne w jak najgorszym tego słowa znaczeniu (Piłsudski też był socjalistą, a on mnie bynajmniej nie mierzi). „Zbrodnia i Kara” jest lewacka (nie lewicowa w ówczesnym znaczeniu liberalno-postępowym, lecz właśnie lewacka) nawet jak na dzisiejsze standardy. Prawdopodobnie dla tego cieszy się tak przychylnymi opiniami i szeroką reklamą.

Sama kara realizowana jest wielowymiarowo i można się jej dopatrywać w wielu rzeczach, które spotykają zabójcę po, a nawet przed popełnieniem zbrodni. Jednakowoż jej wymiar wydaje się być cokolwiek niski i pozostawiający niedosyt. Z pewnością wiele zależy tu od rozumienia pokuty, które u prawosławnych jest inne, niż u wiernych wyznania rzymskokatolickiego. Słabo do mnie jednak przemawia koncepcja jakoby pokuta mogła stworzyć nowego człowieka. Skłaniam się raczej ku: „wybaczamy, ale nie zapominamy”.

Podsumowując: „dzieło” to mi się nie spodobało. Po przeczytaniu w gimnazjum „Potulnej/ Łagodnej” miałem mieszane uczucia co do pisarstwa Dostojewskiego, teraz wiem, że nie jest ono specjalnie zachwycające.

Jest tyle świetnych książek na tym świecie; dlaczego w szkołach faszerują nas taką tandetą?

P.S.: (adnotacja do tytułu) Do niedawna myślałem, że ludzie myślący, iż tytułową zbrodnie popełnił Ikar występują tylko w żartach. Okazało się jednak, że byłem w błędzie. Kilka dni temu jeden z ludzi chodzących ze mną do klasy przyznał, iż był święcie o tym przekonany… Czy ja naprawdę chodzę do tak kiepskiego liceum?!?

Published in: on Maj 22, 2012 at 9:08 pm  Dodaj komentarz  
Tags: ,

Przemyślenia pokxavrasowe

 Właśnie skończyłem czytać dukajowe opowiadanko „Xavras Wyżryn” w tomiku wraz z „i innymi fikcjami narodowymi”. Ostatnio błądziłem gdzieś w rejonach rozmyślań o patriotyźmie i Ojczyźnie, a że Dukaja poznałem już z „Króla Bólu” (stosowanego w za dużych dawkach, co wykrzywiło efekt, ale dało mi nauczkę, by dzieła tego pisarza pochłaniać w subtelniejszych porcjach), postanowiłem sięgnąć po jego przemyślenia w tej materii.

 Intrygujące były już cytaty, z recenzji, na okładce. Jeden ukazujący ten utwór jako bodziec do odrzucenia patriotyzmu będącego siłą destruktywną, a samego autora jako „epigona polskiego romantyzmu” (przytaczam cytat, gdyż słowo „epigon” jest po prostu… niesamowite), podczas gdy drugi uznaje opowiadanie o Wyżrynie za niezwykły „boost” patriotyczny. Nasuwa się pytanie: jak jest na prawdę?

 Tak na prawdę, nikt nie może udzielić prawidłowej odpowiedzi na postawione pytanie. Prawda, zwłaszcza w kontekście „Xavrasa”, jawi się nad wyraz relatywnie… Każdy ma swoją. Jedni są gotowi za nią zginąć, inni z łatwością zmieniają swoją dotychczasową, na tę, która zostanie im wciśnięta. Ten utwór literacki nie daje odpowiedzi na żadne pytanie, nieważne, czy postawione przed, w trakcie, czy po lekturze. Sam postawi dodatkowe, zmusi do wymyślenia na nie odpowiedzi i zostawi nas li-tylko z marnym cieniem tejże, alibo nawet bez niego. Chyba, że to ja niczego nie rozumiem… Póki co uznajmy, że coś tam jednak zatrybiłem i pojmuję co nieco.

 Gdy przebrnąłem przez kilkanaście pierwszych stron zacząłem myśleć, że okaże się, iż Xavrasa wcale nie ma, że będzie tylko legenda, którą Smith (główny bohater – reporter) pod koniec zdemaskuje. Mit rozsypie się, udowadniając, że każda śmierć w jego imie była nic nie warta… To byłoby jednak zbyt proste. W zamian za to, czytelnik otrzymuje niezłe pranie mózgu. Walka o wolną Polskę, po przegranej z bolszewikami w 1920 (wszak mamy tu doczynienia z dość smutną historią alternatywną), wreszcie nabiera tempa. Amerykańscy dziennikarze, wpuszczani pojedyńczo w środkowo-wschodznio-europejską strefę walk, przynoszą swojej stacji krociowe zyski z reportarzy wojennych. Kolejny z nich przybywa właśnie na miejsce, a my wraz z nim poznajemy psychikę aresowego zwierzęcia. W końcu spotykamy i samego przywódce, nieuchwytnego Xavrasa.

 Akcja toczy się dosyć wartkim strumieniem. Tu bombardowanie, tam mała bitwa. Pod względem fabuły jest nieźle. Całość ma lekki, postapokaliptyczny posmak, a przy całej swojej naukowej fantastyczności nie jest przesycone hi-techowymi gadżetami (nie żeby wcale, ale jest tego mało, a w konfrontacji z dzisiejszą techniką nie razi). Rzecz nie rozchodzi się jednak o akcje, fabułę, czy setting. To nie jest fajne czytadełko.

 Całość skałania do refleksji nad patriotyzmem, wlką o wolność Ojczyzny, a w końcu i nad ideą państwowości jako takiej. Ubiera we współczesne szaty koncepcję wallenrodyzmu, podsypaną szczyptą profetyzmu, może i mesjanizmu. Mickiewiczowskie rysy ma sam przywódca rebeliantów, a jego przyjaciel kreowany jest niemal na wypisz-wymaluj Towiańskiego.

 Idea walki o wolność wszelkimi, dostępnymi środkami w zderzeniu z rozwojem broni jądrowej staje się szaleńczym obłędem. Gdy cel przesłania potencjalne ofiary cywilne, ich liczbę i ogrom innych zniszczeń, dochodzi do wielkich rzezi i bezsensownego równania niemal wszystkiego z ziemią. Czy napewno to wszystko jest takie absurdalne? Mają swój cel i chcą go osiągnąć. By zwiększyć prawdopodobieństwo zdobycia nagrody, jaką jest wolna ojczzyzna, są w stanie zrobić wszystko. Czy cel, dla którego poświęca się życie swoje i innych jest czymś złym? No niby tak, bo zabija się ludzi, a to zawsze jest złe. Co jednak by było, gdyby tego celu nie mieć? Życie bez celu przeradza się w nonsensowną egzystencje, w pochłanianie zasobów, trawienie ich i defekowanie resztkami, które zostały. A czyż cel buntowników nie jest szczytny? Wolna ojczyzna dla milionów. Czym przy tym jest poświęcenie mieszkańców kilku nawet miast? Pozbawiając ich żywota, niosą szanse na godne życie w wolności wielu przyszłych pokoleń. Lecz czy w wolności? Bardziej w idei, którą sobie umyślili. Rysowana w pewnym momęcie wizja kraju po przewrocie i odzyskaniu niepodległości nie jest taka różowa. Przecież uzyskaną suwerenność trzeba jeszcze utrzymać. A wrogiem nie będą tylko państwa ościenne. Skuteczniej zniszczyć wszystko można, będąc w środku tego. Skąd pewność, że obywatele nie rozsadzą od wewnątrz państwowego organizmu? Z takiego rozumowania łatwo można przejść przez autorytaryzm do totalitaryzmu. Ale czy nie o to chodzi? Walka idzie przecież o wolny i silny kraj. W końcu to w ojczyźnie chcemy mówić w języku za używanie którego groziła do tej pory kula w łeb. Jeśli się komuś nie podoba, droga wolna, nikt trzymać nie powinien. Wydaje się, że cała kwestja leży w proporcjach. Umiar, nie tylko tutaj, ale i w całym życiu, jest gwarancją kompromisowego, ale jednak szczęścia. Ludu nie można ciemiężyć, jednak, gdy ktoś chce żyć w kraju swoich ojców i utożsamiać się z nimi, powinien znać tego konsekwencjie. Powinien wiedzieć, że żeby uniknąć kolejnej, przymusowej, zbrojnej walki o wolność, musi wykazać się patriotyczną szermierką słowną, już od etapu budowania suwerenności i przez okres jej utrzymywania… czyli póki państwo istnieje.

 Nikt nie powinien pochwalać morderstw, zwłaszcza tych na masową skalę. Co jednak, gdy inne drogi zawiodą, a cel nadal będzie priorytetowy?… Pytrania, pytania… z nikąd odpowiedzi. Kwestie takie jak ta, o której była tu mowa, każdy powinien rozważać indywidualnie, w swojej głowie i w swoim sercu. Prawda, a może jedna z jej wersji, wyjdzie na jaw dopiero, gdy trzeba będzie się opowiedzieć po którejś ze stron. Wtedy dopiero okaże się kim jesteśmy…

 Oczywiście to, co tu napisałem nie jest inspirowane tylko „Xavrasem Wyżrynem”. To opowiadanie pobudziło to, co we mnie już było. Dla tego jest godne polecenia. Pokazuje nam samym, przynajmniej część tego, czym jesteśmy. Przynamniej w kilku kwestiach.

 Co do innych opowiadań ze zbiorku, to jeszcze nie przeczytałem. Jak przeczytam, może coś o nich napiszę.

 A tak jeszcze przy okazji: ten post nie jest oficjalną reaktywacją bloga. Właściwie jego działalność została zawieszona. Przez najbliższy czas postów, albo nie będzie, a najpewniej pojawiać się będą żadko i nieregularnie.

Pozdrawiam!

Published in: on Grudzień 29, 2011 at 4:54 pm  Dodaj komentarz  
Tags: ,

Ognistym mieczem pisane

Właśnie uporałem się z „Ogniem i Mieczem” Sienkiewicza. Czasem lubię udowodnić sobie, że czytanie uznanych książek nie jest takie trudne i nudne, jak to niektórzy twierdzą i zabieram się za znane dzieła literatury (najchętniej polskiej, ale czasem i zagranicznej).

Początek trylogii nie wzbudził we mnie szczególnie negatywnych emocji. Dość zgrabnie spleciono tu wątek militarny z wątkiem miłosnym. Nie jest to szczególnie odkrywcze i nowatorskie nawet jak na tamtą epokę, ale mimo to nie nuży. Na tle kozackiego buntu, którego jedną z przyczyn (historycznych), było nota bene porwanie ukochanej Bohdana Chmielnickiego przez polskiego szlachcica, rozgrywa się podobna historia Jana Skrzetuskiego. Jego ukochaną porywa Bohun, który wspina się potem dość wysoko w hierarhii wojsk kozackich. W epilogu przejmuje nawet rolę Chmielnickiego, jako głównodowodzącego Kozakami.

Mamy tu więc niezłe opisy batalistyczne, połączone z intrygami, knowaniami i uganianiem się za kniaziówną Heleną, która przechodzi z rąk kozackich do rąk szlacheckich i spowrotem.

Całości nie można odmówić polotu, jednak nie czyta się tego lekko. Zapewne jest to zasługa stylu pisarza (widoczny we wszystkich jego książkach) i nagromadzenia dużej ilości archaizmów. Lektury nie ułatwia duża ilość padających nazwisk. Miłośnikom historii tamtego okresu będą one w większości znane, jednak przeciętnego czytelnika będzie to zapewne nieco odrzucało.

Do minusów książki zaliczyć można sporą rozwlekłość. Wiele jest tu ozdobników, które stanowią o klimacie książki i w sumie dobrze, że są. Jednak akcja momentami jest zbyt rozciągana i taka mało zwarta. Zapewne jest to wynikiem pierwotnej formy publikowania utworu. Sienkiewicz pewnie dostawał gażę za każdy odcinek nadesłany do gazety, więc nie w jego interesie była zwięzłość wątków i kompozycji.

Generalnie książka jest okej i nie ma co na nią sarkać, jednak nie porwała mnie ona na tyle, bym miał wypisywać jakieś peany na jej temat. Można przeczytać, lecz gdyby nie to, że jest tak znzana i ceniona przez środowisko kulturalne, znalazłoby się wiele lepszych książek okołohistorycznych. Osobiście lubię martyrologię i to zaliczyłbym na plus, ale jak pokazuje historia, nie każdemu przypadnie to do gustu.

Pozdrawiam

Published in: on Sierpień 31, 2011 at 6:42 pm  Dodaj komentarz  
Tags: