365 dni w wieku XVII

 Rzadko która gra jest mnie w stanie utrzymać przy sobie przez rok; nawet jeśli chodzi tylko o rok czasu gry. Ta sztuka udała się produkcji pod tytułem Mount & Blade: Ogniem i Mieczem – Dzikie Pola. W sumie, to nadal nie mam dosyć i spędzę przy niej pewnie jeszcze nie jeden wieczór.

Dlaczego ten wirtualny, szlachecki świat zdołał mnie wciągnąć na tak wiele dni (tych realnych, jak i tych drugich)? Pewnie przyczyniły się do tego te same elementy, które zdecydowały o sukcesie (może niezbyt kasowym, ale jednak) całej serii. Wszystkie Mount & Bladey proponują sandboksowy mechanizm osadzony w kontekście historycznym. Tłem Ogniem i Mieczem, jak nie trudno się domyślić, są konflikty trawiące Rzeczpospolitą na początku drugiej połowy XVII wieku, a zatem w czasie, w którym osadzona jest sienkiewiczowska trylogia. Od jakiegoś czasu to właśnie klimat Polski sarmackiej znajduje w mym sercu szczególne miejsce, więc pod tym względem gra od razu do mnie trafiła. Tak na marginesie: uważam, że historia naszego kraju zaczyna robić się najciekawsza w okolicy wieku XVII i potem jest już tylko coraz bardziej wciągająca (tak jest, aż do dziś).

Największym plusem gry jest czysta radocha, którą można z niej ciągnąć. Składa się na to nie tylko wspomniany klimat, ale również mechanika rozgrywki. Mimo wielu wytykanych bugów, w obecnej wersji grywalność stoi na wysokim poziomie.

Na mapie strategicznej możemy walczyć dla każdej ze stron, a do wyboru mamy nie tylko Rzeczpospolitą, Kozaków i Szwedów, ale również Księstwo Moskiewskie i Chanat Krymski. Po niejakich staraniach możemy złożyć przysięgę wierności jednemu z władców i oficjalnie wojować w jego barwach, zwiększając potęgę wybranego państwa. Równie dobrze możemy opowiedzieć się za jednym z pretendentów do tronu (po jednym na państwo; my mamy Radziwiłła). Niestety nie możemy być podwładnymi Jana Kazimierza i jednocześnie wspomagać „wrogów naszych wrogów”, czyli tych, którzy chcieliby objąć władzę w innych państwach. To okrojenie aspektu dworskiej polityki nie jest szczególnie uciążliwe, niemniej miło by było, gdyby można było wspomagać na przykład pro Polskie opcje w innych krajach.

Wierność wybranej stronie to też jedyny sposób na otrzymanie wsi, a w późniejszych etapach nawet miast. Żeby nie było, to odnośnie miast, to tylko moje spekulacje, gdyż nawet po oblężeniu i zdobyciu miasta możemy jedynie wystąpić o jego nadanie do władcy pod którym służymy. Mi jaśnie panujący Jan Kazimierz raczył już parę razy odmówić. W takim wypadku możemy wymówić współpracę  i zawłaszczyć miasto dla siebie. Nie jest to najlepsze rozwiązanie, bo bez wsparcia któregoś ze stronnictw wszyscy stają się nam wrogami i nie mamy żadnego oparcia. Wtedy jest ciężko.

Otrzymane miasta i wsie można ulepszać, wznosząc budowle i zatrudniając odpowiednich ludzi na określone posady, takie jak sędzia, czy skarbnik. Niestety władcy nie są zbyt hojni i po niemal roku służby dochrapałem się całej, jednaj wsi, do tego znajdującej się blisko ziemi należących do Szwedów, a zatem często padającej ofiarą grabieży. Takie już moje życie :\

Majątek można gromadzić różnymi drogami. Na początku przyjdzie nam wykonywać odpłatne zadania dla innych szlachciców, lub wiejskich wójtów. Inną drogą jest handel. W różnych miastach i wsiach można trafić na bardzo różne ceny. Wystarczy je poznać i dalej już standardowo: taniej kupować, drożej sprzedawać. Oczywiście ceny nie są sztywne i ulegają wahaniom, zależnym na przykład od tego, ile danego towaru jest już u handlarza. Najprostszym sposobem pozyskiwania dóbr na handel, jest łupienie cudzych osad. Smutne, ale jakże prawdziwe.

Walka jest również jakimś sposobem zarobku. Po pokonaniu wroga dostajemy pieniądze i trochę sprzętu. Jednak częściej, niż dla zarobku, przyszło mi ścierać wrogów na pył z pobudek, powiedzmy, patriotycznych, ale także… po prostu dla frajdy, ponieważ starcia toczone w czasie rzeczywistym wypadają wprost fenomenalnie. Oponentów możemy rzezać z pomocą pokaźnego wachlarza broni białej takiej jak szable, szpady, pałasze i wielki dwuręczniaki, ale nie brakuje też broni zasięgowej zarówno cięciwowej (mnogość łuków), jak i palnej (od samopałów, po muszkiety z zamkami kołowymi). Mi najbardziej przypadła walka z grzbietu wierzchowca za pomocą kopii.

Bitew nie staczamy rzecz jasna sami. Rozkazujemy takiej liczbie żołnierzy, na jaką pozwalają nam zdolności przywódcze protagonisty. Możemy ich rekrutować w miastach, jak i najmować w obozach najemników. Dla tych ostatnich można dokupić lepsze wyposarzenie, by zwiększyć ich skuteczność.

Wspomniane zdolności przywódcze (a właściwie dowodzenie) są jednym ze współczynników naszej postaci. Rozwijamy ją według prostego schematu, będącego klasycznym dla gier z elementami RPG. Z kolejnymi poziomami możemy zwiększyć cechy (siłę, zręczność, intelekt i charyzmę) i umiejętności. Bardzo sympatycznym patentem jest oddzielenie umiejętności posługiwania się konkretnymi grupami oręża (broń drzewcowa, palna itp.) od innych i wydzielenie im osobnej puli punktów.

Technicznie niema co nastawiać się na wielkie fajerwerki. Grafika jest przyzwoita, ale nie powala, dzięki czemu gra śmiga na słabszych kompach bez zarzutu (gdyby jeszcze mój laptop miał lepsze chłodzenie…). Muzyka stwarza bardzo dobry nastrój, tak samo jak okrzyki wojowników podczas boju.

Gra, chociaż stanowi tylko modyfikację innego tytułu (oryginał M&B opowiadał o średniowieczu) jest produkcją wciągającą poprzez swoją otwartość i klimat. Obecnie można ją znaleźć w pewnej, taniej serii, więc jeśli ktoś lubi sarmackie klimaty i udane połączenia strategii z action-eRPeGami, powinien sięgnąć bez dłuższego wahania.

Pozdrawiam i wracam do wyganiania Szweda z Polski.

Reklamy
Published in: on Czerwiec 24, 2012 at 10:21 am  Dodaj komentarz  
Tags:

Deus Ex: Bunt Ludzkości

 Wreszcie uporałem się z Deus Exem: Bunt Ludzkości. Pisząc „wreszcie”, nie mam na myśli, że była to męczarnia i przymusowe przedzieranie się przez grę na siłę. Wręcz przeciwnie. Zajęło mi to grubo ponad cztery miesiące, gdyż nie mogłem znaleźć czasu na granie. Zajmowałem się zyliardem innych rzeczy, a nie tym czym powinienem, czyli obcowaniem z tą nadwyraz zacną produkcją. Teraz dostrzegam mój błąd 😛

 Human Revolution spełnił moje oczekiwania. Dostałem dobrą grę, pozwalającą na różnorodne podejście do rozwiązywania stawianych przez nią problemów. Mechanicznie, kooperatywa Square Enix i Eidos Montreal, spisała się znakomicie. Zarówno skradanie się, jak i otwarta walka, sprawiają dużo frajdy. Ilość wszczepów jest optymalna: nie jesteśmy przytłaczani ogromem decyzji, a jednocześnie, nawet jeśli nasz wybór nie był w pełni przemyślany, dostajemy modyfikację, która gdzieś się przyda. Bardzo dobrze wypadł system chowania się za osłoną, połączony ze zmianą perspektywy na TPP.

 Grafika i fizyka gry, jak na moje oko, są w porządku. Szału może na codzień nie ma, ale momentami jest bardzo ładnie. Oprawy wizualna i dźwiękowa trzymają wysoki poziom; muzyka podkreśla nastój miejsc, które zazwyczaj prezentują się klimatycznie. Jednakowoż wolałem muzyczkę z pierwszego Deusa 😉

 Troszkę zawiodłem się na otwartości lokacji. Swoboda w poruszaniu się obejmuje zwykle tylko daną lokację. Dwa główne huby są spore, co zaciera wrażenie zbyt małej wolności w łażeniu tu i tam, natomiast inne miejsca, w których wykonujemy misje, są może i trochę za małe, ale pozwala to na lepsze prowadzenie fabuły.

 No właśnie, fabuła. Wielu gderało, że będzie nazbyt uproszczona i dostosowana do gustu ogółu. Chyba jednak nie mieli racji. Widać dużą uwage przywiązaną tak do zadań pobocznych, jak i do wątku głównego. Małe questy wciągają, opowiadając zwarte i ciekawe historie. Fabuła przewodnia ma za to niezły rozmach. Początkowe śledztwo szybko przeradza się w osobiste zmagania Jensena z resztą świata. Przez rozgrywkę przewiną się wielkie korporacje, organizacje o podwójnych, niejasnych celach, a nawet sami ILUMINACI. Są spiski, knowania i walka każdego z każdym o swój własny interes, w której częstokroć Adam stanie się narzędziem jednej ze stron. Wyborów jest sporo, a każdy ma konsekwencje. Gra stawia pytania, które można interpretować dosłownie, tzn. na płaszczyźnie uniwersum Ziemi a.d. 2027, ale równie dobrze przenośnie, w kontekście czasów obecnych, a kwestie moralności są ponadczasowe.

 Poutyskiwać mogę sobie jeszcze na nawiązania. Miałem nadzieję na więcej tych odnoszących się do pierwszego Deus Exa. Było ich ledwie kilka, a w pamięci zostały mi trzy. Puszczanie oka do gracza na tle popkulturowym, też wyszło raczej ubogo, ale rozmowa dwóch policjantów o Robo-Copie, może to zrekompensować.

 Podsumowując: grę polecam właściwie każdemu, chyba, że ktoś toleruje tylko strzelaniny w stylu rambo. Rozgrywka zapewnia dużo satysfakcji, a fabuła zrealizowana została na bardzo wyskokim poziomie.

 Pozdrawiam i niech cyberprzestrzeń lekką Wam będzie!

Published in: on Styczeń 8, 2012 at 7:11 pm  Dodaj komentarz  
Tags:

Bunt Ludzkości: odparować, czy wydestylować?

 No, to Steama już poznałem. W związku z tym, mogę z czystym sumieniem przyłączyć się do ogólno-graczowego hejta na rzeczony system. Co prawda, bez większego entuzjazmu, bo jak już wiadomo o co chodzi, to nie taka para straszna, jak ją malują. Steam jest oczywiście nieintuicyjny i non-user-frendly, a żeby zainstalować grę z płyty (a nie ściągać ją 8 godzin z internetu) trzeba się sporo napocić, ale mimo to, spodziewałem się czegoś jeszcze gorszego.

 Inna kwestia jest taka, że szukając w googlu porad i tutoriali do Steama, natknąłem się na wiele stron, z których można było pobrać najnowszego Deus Ex’a, omijając wszelkie zabezpieczenia. Nosz, po kiego wała robić zabezpieczenia, które są łamane w dzień po światowej premierze?

 Także fanem Steama nie zostanę, niemniej nie zamierzam rezygnować z gier, które z niego korzystają, tylko dla tego, że jest niedopracowany. Polska biurokracja również pozostawia wiele do życzenia, a z kraju nie zamierzam się wyprowadzać.

 Przejdźmy jednak do pierwszych wrażeń z Deus ex: Bunt Ludzkości. Gdy doprowadziłem już do odpalenia gry, bez konieczności podpinania się do neta, przysiadłem i właściwie nie wstawałem przez kilka godzin. Wciągnęło mnie, czyli jest dobrze. Początek nie wywarł co prawda najlepszego wrażenia. Akcja, która rozgrywa się jeszcze nim Adam zostanie odrutowany, nie wzbudza zbyt wielu emocji, co jest trochę dziwne, gdyż trup bogu ducha winnych naukowców ściele się gęsto, a laboratorium atakowane jest znienacka przez nie do końca normalnych ludzi (i nie chodzi mi tu tylko o to, że trzeba być strasznym popaprańcem, by mordować innych). Jako zawiązanie fabuły działa nieźle, ale przyjemności z grania dużej nie daje.

 Prawdziwa zabawa zaczyna się 6 miesięcy później, gdy dla ratowania naszego życia powszczepiano nam to i owo. Musimy zająć się pro-ludzkimi działaczami, którzy nie są specjalnie humanitarni, gdyż zakładników, których wzieli w punkcie wysyłkowym firmy Sarif Industries, wymordowali niemal co do sztuki. Główne zadanie polega na wejściu do budynku i zabezpieczeniu wszczepu Tajfun (cudo dla wojska, pozwalające na załatwienie kilku ludzi jednocześnie). Przy okazji możemy uratować ostatnią zakładniczkę, która pozostała przy życiu. Niby nic nadzwyczajnego, jednak w trakcie wykonywania tego zadania, wychodzi na jaw kilka nader ciekawych rzeczy.

 Osobiście starałem się grać cicho. Skradanie się zrealizowano w grze dobrze. Nie jest to takie łatwe i chcąc zainkasować bonusy za nie wywołanie alarmu, musiałem kilka (-naście) razy wczytywać grę. Do tego ten styl gry daje nam więcej pedeków (tak mi się coś zdaje). Warto eksplorować wszelkie miejsca, gdyż jest to sowicie premiowane.  Miłym bonusem są punkty doświadczenia przyznawane, za czytanie wywodów naukowych na e-bookach. Po za tym, dzięki temu, lepiej wczówamy się w świat.

 Póki co, wrażenia z prequela słynnego Deus Ex’a są conajmniej bardzo dobre. Zobaczymy, jak to się potoczy dalej.

Published in: on Sierpień 27, 2011 at 11:36 am  Dodaj komentarz  
Tags: ,

Bunt z rewolucji

 Tego bloga założyłem, tak naprawde, z nudów. Człowiek, zawsze, wykazuje jakiś dualizm. W onym czasie z jednej strony nudziłem się niemiłożebnie, z drugiej zaś, nie mogłem się zmotywować, by znaleźć sobie jakieś sobie jakieś zajęcie. Teraz jest już lepiej… acz może nie do końca. Namnożyłem sobie tak zajęć, że nie mam już czasu ponicnierobić 😛 Od czasu, do czasu wrzucam tutaj jakiś tekst, sporo czytam (aktualnie „Ogniem i Mieczem”. Wiem, że może się to wydać dziwne, ale robię to dla przyjemności.), a ostatnio zacząłem pisać opowiadnie. W końcu. Miałem w wakacje napisać ze trzy, rozplanowałem sobie dwa, a jak dobrze pójdzie, to u schyłku września skończę pisać jedno. Do tej pory pisałem do szuflady, a teraz rzuciłem się od razu na głęboką wodę. Tak przynajmniej mniemam, gdyż zamiast opublikować się na blogu, lub jakimś serwisie w stylu: www.fantastyka.pl postanowiłem napisać opowiadanie na konkurs, prowadzony przez 13 Schron, a więc portal poświęcony postapokalipsie. Będzie troche smutno-refleksyjnie, a troche mrocznie i horrorzasto. Zobaczymy co z tego wyjdzie, narazie idzie trochę jak po grudzie.

 Dziś ruszyłem się trochę z domu. Musiałem odebrać dwie paczki, a w nich dużo muzyki. Trzy płyty zespołu Candlemass, czyli doom-metalowych mistrzów (nawet jeśli ktoś uważa, że podrabiają Sabbathów, to nie można im zaprzeczyć, że grają świetną muzykę). Po za tym jedna płyta Amplifier’a, który otwierał koncert Dream Thateru w Katowicach, a do tego, z rzeczy lżejszych, najnowszy album zespołu Def Leppard. Przy okazji jest to ich pierwsza koncertówka.

 Jedną z paczek odbierałem w emipiku w blue city. Coraz bardziej lubię ten sklep. Wchodzę, grają Zeppelini, wychodzę, nadal grają Zeppelini. Łał w sklepach ktoś jeszcze puszcza ludzką muzykę!!! Obsługa też bardzo miła. Odebrałem tam upragnionego, świerzutkiego, Deus Ex’a. Do wersji podstawowej nie dodano żadny bonusów, a instrukcja nie wyróżnia się na tle innych. Sama gra do instalacji wymaga steam’a. Nasłuchałem się o nim już tyle, różnorakich opinii, że czas najwyższy nadszedł, by go wypróbować.

 Niniejszym, zabieram się za instalację. Życzcie mi szczęścia 🙂

Published in: on Sierpień 26, 2011 at 4:19 pm  Dodaj komentarz  
Tags: ,

Bóg z…

 „Deus ex” w wielu kręgach jest uznawany za grę kultową. Jeśli ktoś nie wie dla czego, to po prostu w nią nie grał. Nie, nie każę od razu wszystkim popadać w zachwyt nad tą produkcją. Po prostu, z wielu względów, ta gra ma szanse podobać się wielu, różnym grupom graczy.

 Okej, po jedenastu latach grafika się zestarzała. Ale jeśli ktoś miałby w nią zagrać tylko ze względu na szatę graficzną, to niech sięgnie po jakiegoś współczesnego FPS’a, albo nawet poczciwego Crysis’a (jak na nasze czasy 4 lata to wieki). Mnie kanciaste modele i nieidealna tekstura niespecjalnie ruszają. Nie przeszkadza mi to czerpać satysfakcji z rozgrywki.

 Niedogodności estetyczne szybko tracą na znaczeniu w konfrontacji z rozgrywką. Gra ma zaimplementowany całkiem niezły system rozwoju postaci. Mamy jedenaście umiejętności. Część z nich podnosi zdolności bohatera w posługiwaniu się rozmaitymi narzędziami mordu. Tu mała dygresja: fanów eFPeeSów w stylu rambo, może odrzucić to samo, na co narzekali przy grze „Alpha Protocol”. Co się dziwić, że nie możemy wcelować headshota z pistoletu, skoro nie mamy wysokiego skila w broni krótkiej?

 Pierwszy „Deus ex” pozwala, ba, wręcz zmusza do docenienia umiejętności niebojowych. Wytrychów i multitoolsów zawsze jest mało, więc skill zmniejszający ich ilość potrzebną do otwarcia zamku/ rozbrojenia alarmu wydaje się jak najbardziej na miejscu. Wiadomo, pierdółki w rodzaju pływania można olać, natomiast umiejętność grzebania przy komputerach jest przydatna na jak najwyższym poziomi wszystkim, którzy niespecjalnie przepadają za otwartą walką (czyli na przykład autorowi niniejszego tekstu 😛 ).

 Obok umiejek, w rozowoju postaci, ważną rolę grają augamentacje. Jak w każdym, porządnym cyberpunku i tu nie mogło zabraknąć wszczepów. W naszym świecie, perspektywy mechanicznych modyfikacji ciała są raczej mgliste, ale za te kilka dekad… Ciekawym roziązaniem jest to, że każdy wszczep nasz JC musi znaleźć sam. Zachęca to do szczegółowszej eksploracji lokacji. Jak dla mnie, fajny myk. A same wszczepy pozwalają na wiele. Zwięszenie siły i szybkości to tylko wierzchołek góry lodowej.

 Augi stanowią istotny element klimatu świata. Klimatu, który potrafi urzec. Nie jest optymistyczny, wzniosły, ani tym bardziej radosny. Ale od tego mamy simsy. Od początku jesteśmy wystawieni na działanie posempnej rzeczywistości. Zniszczona Statua Wolności, szalejąca na świecie zaraza i wiele innych ficzerów pozwala wczuć się w otaczającą nas beznadzieje. Do tego dalej mamy doczynienia z teoriami spiskowymi (zasadniczo szybko przestają byc tylko teoriami), które świetnie uzupełniają koncepcje universum. Wreszcie, na końcu, nasz bohater może to zmienić. Gra ma kilka zakończeń, ale poniekąd od nas samych zależy, które wybierzemy. Ostatnia misja, to nie tylko wlaka z robotami i kupą innego syfu, ale także walka z samym sobą, co wybrać… Czuć, iż każda opcja ma swoje konsekwencje, a świat jest na tyle prawdopodobną wersją naszego, że wybór nie jest taki prosty.

 Taka kilotona ciężkiego, ołowianego klimatu, pozwala spojrzeć na naszą obecną rzeczywistość, jak na wyśmienite miejsce. Po tej grze odchodzi ochota na narzekania. Za to każda kamera staje się impulsem do rozpoczęcia natychmistowej zabawy w chowanego 🙂

 Do całej gry można podejść na kilka sposobów. Podobno da się ją przejść nie zabijając nikogo. Bardzo ciężkie, ale z dużym prawdopodobieństwem mogę to niemal potwierdzić. Osobiście wybrałem opcje cichego przemykania się za plecami wroga i hakerskiego podejścia do zabezpieczeń i botów. Strat w ludziach nie uniknąłem, ale nie ciągnęły się za mną dywany zwłok. Wszczep dający niewidzialność, rozwinięta umiejętność obchodzenia się z komputerami i pare tego typu rzeczy, dały mi świetną zabawę na granicy futurystycznego Thiefa i masy gier o tajnych agentach.

 Fani taktycznych strzelani też nie powinni narzekać. Flankowanie, zastawianie pułapek i wiele innych smaczków, sprawia, że przy każdym starciu trzeba myśleć. Nie da się tu lecieć na pałę (a już napewno nie na moim, ulubionym poziomi „realistycznym”).

 Każdy kto lubi teorie spiskowe i gry, które coś sobą niosą, oraz przy których trzeba ruszyć łepetyną, powinien sięgnąć po ten nieszablonowy tytuł.

 W kontynuację, czyli „DX: Invisible War” nie grałem, ale ponoć więcaj w niej akcji, mniej fabuły. Niemniej powielam w tym momencie tylko obiegową opinię. Kiedyś, pewnie zagram.

 Natomiast wielkimi krokami zbliża się prequel „Deus exa”. W związku z czym postanowiłem odświerzyć sobie pierwszą część. Fabułkę pamiętam nieźle (w końcu nie tak dawno przechodziłem), więc sięgnąłem po moda. Modów do „deus” jest całkiem sporo, ja wybrałem „Zodiaca”. Narazie jestm po pierwszej misji. Zasadniczo w „Zodiacu” wcielamy się w brata głównego bohatera jedynki, Paula Dentona. Ma on za zadanie wykraść z tajnej bazy pod siedzibą CIA, dokument zwany dumnie „Biblią”. Jak na razie całkiem, całkiem, ale nie wciągnęło mnie jak oryginał.

 Już za miesiąc ukazać ma się „Deus ex: Human Revolution”, rozgrywający się przed jedynką. Zapowiada się świetnie, ale zobaczymy jak wyjdzie. Z filmików wynika niejakie uproszczenie samej rozgrywki. Akcja będzie miała miejsce w czasach, w których augi dopiero wchodzą i niewszystkim się to podoba. Aż nie mogę się doczekać tych intryg i układów, które tym będą kierowały.

 Wszystkich, którzy chą wiedzieć więcej, zachęcam do odwiedzenia polskiej strony DX. www.deusex.pl

Pozdrawiam i miłych cyber-snów 😛

Published in: on Lipiec 26, 2011 at 9:37 pm  Dodaj komentarz  
Tags:

Avangarda Szpiegów

 Konwent. Spotkanie freaków wszelkiej maści. Prelekcje, warsztaty, sesje RPG, LARPy, planszówki, co kto lubi. No po prostu nie mogło mnie zabraknąć na największym (i przy tym jednym z nielicznych) z warszawskich konwentów. Tegoroczna edycja była siódmą z kolei, więc aż prosiła się by jej tematem przewodnim był agent 007 i wiele spraw związanych z jego branżą.

 Tegoroczny konwent odbywał się w jednym z budynków kampusu SGGW, w przeciwieństwie do poprzednich edycji, które miały miejsce w zespole szkół, bliżej centrum. W konwentowych kuluarach mówiło się, iż ta decyzja była chybiona i może coś w tym jest. Dojazd na SGGW, nawet dla mnie, jako człowieka mieszkającego w stolicy od urodzenia, do prostych nie należał. Ale tragedii nie było. Jazda dwoma autobusami, to żadne wyzwanie, gorzej z korkami…

 Po przyjeździe okazało się, że nawet z mapą trafienie do właściwego budynku nie jest takie oczywiste. Z grupką, do której się podpiąłem (niestety z moją pamięcią do imion najlepiej nie jest, niemniej pozdrawiam ludzi, którzy drogi postanowili szukać razem z pryszczatym, długowłosym nastolatkiem) dotarcie na akredytacje zajęło nam sporo czasu. Nosz kto wpadł na pomysł, by przed wejściem stawiać dużych rozmiarów pomnik, który skutecznie odciąga uwagę 😛 Akredytacja przebiegała sprawnie, ale chyba ludności przybyło mniej, niż zakładano. Noclegi były odpłatnie w domach studenckich, co nie wszystkim odpowiadało. Opcja darmowego spanka była, ale w LO im.Kołłątaja, które jest dobrą godzine drogi od SGGW i to jak ma się jako takie ogarnięcie w warszawskiej komunikacji. Doświadczyłem na własnej skórze, gdyż mieszkam niedaleko rzeczonego liceum (nota bene tam odbywa się zimowa zjAva, a tak już zupełnie bajdałej to się w nim uczę :P).

 Budynek, w którym odbyła się Avangarda był naprawde duży. W związku z tym przebywanie drogi z przelekcji na przelekcję wiązało się z niekiedy szybkim sprintem po piętrach i frustrującym błądzeniem w poszukiwaniu sali, ale to już kwestja mojego obycia z mapą (a raczej jego braku).

 Tak się złożyło, że byłem obecny tylko przez dwa dni, ale za to te najlepsze. Piątek zacząłem prelekcją o promieniowaniu i jego zastosowaniu w wywiadzie. Wiadomo: łączność, radary i inne tego typu, ale aktywowanie związków chemicznych rozpylonych w powietrzu, za pomocą promieniowania? Niby faktycznie, ale jakoś na to do tej pory nie wpadłem. Prelekcja była zasadniczo prowadzona pod kątem wykorzystania tego wszystkiego na sesjach RPG, ale nawet z perspektywy kogoś, kto w rolpleje grał ostatnio tylko na komputerze (chyba muszę znaleźć sobie drużyne) pogadanka wypełniona była masą ciekawostek, których miło było posłuchać. Momentami czułem się niemal jak w szkole, ale prelekcja przypadła mi bardzo do gustu. Grunt to dobre prowadzenie, a ludzie z Lans Macabre znają się na robocie.

 Teraz miałem dowiedzieć się tego i owego o masonach, ale chyba dopadli prelegenta, gdyż wykład się nie odbył. Miałem więc godzinke na rozglądniecie się. Oczywiście nie obyło się bez zakupów. Odebrałem zamówioną wcześniej książke, a przy okazji wziąłem sobie film „Świąteczne Zło”. O nim w grudniu 🙂 Nie mogłem sobie odmówić również avangardowej koszulki. Ogólnie prezentuje się lepiej, niż ta zeszłoroczna.

 Po zakupach i przejżeniu planszówkowych nowości udałem się na literacką pogadanke o tajemnicy dobrego przekazu w sztuce pisanej. Prowadził ją Marcin Przybyłek, który zrobił na mnie tak pozytywne wrażeni, że jego „Gamedecka” postanowiłem kupić jeszcze na Avangardzie. Tajemnicy nie będę tu zdradzał. Ogólna konkluzja jest prosta: nie nudzić.

 Zanim przyszedłem posłuchać o klubie Bilderberg, wiedziałem o nim bardzo niewiele, a jak się okazało już sama osoba polskiego założyciela jest nader intrygująca. Zachęcam wszystkich do poczytania o Józefie Retingerze, bo chyba jest bardziej fascynujący od grupy dyskusyjnej, która po raz pierwszy zebrała się lata temu w hotelu de Bilderberg.

 Potem posłuchałem o satelitach, ale jako że mój ojciec ma małego hyzia na punkcie kosmosu i latania, większość stwierdzeń, które tam padły, była mi już znajoma.

 Kiedyś grałem niemal tylko i wyłącznie w Neuroshime. Dziś, z różnych przyczyn, nie grywam w RPG (ale może jakoś się zawezmę i wrócę do tej, swoją drogą naprawde fajnej, formy spędzania czasu), ale z sentymentu postanowiłem odwiedzić sale Portalu. O dodatku pt. „Prawo i Sprawiedliwość” słyszałem już co nieco na zjAvie, ale tu już był gotowy produkt, więc polazłem zobaczyć jak to wyszło. Powrócono do formy krótszych dodatków. Mamy 50 stron, z czego dwie ostatnie zajmuje reklama innych dodatków do NS (fajnie poopisywanych, ale wolałbym jednak te dwie strony więcej tekstu). Jednak za 16 złotych to całkiem nieźle. Dodatek jest fajny, sporo informacji dla MG. Rzadko kiedy spotykałem na sesjach BG sędziów, ale po materiałach z dodatku wygląda, że to się zmieni. Pokaz zakończony był konkursem, w którym do wygrania był egzemplarz „Prawa i Sprawiedliwości” z autografem. Był to pierwszy konkurs na konwencie, w którym coś wygrałem. Z jednej strony jestem wniebowzięty. „Dodatek do NS z autografem wooow!!!”. Ale mam wątpliwości, czy ze mną wszystko w pożądku. Konkurs był qupizem z czterema zamkniętymi pytaniami. Problem w tym, że pytania były z gatunku: „Czym zajmuje się 3 departament policji Nowego Jorku?”, albo „ile gambli na znajomych daje cecha sędziego „jeden z nas”?”, a ja znałem odpowiedzi. Nie, to nie były strzały. Mój mózg (i nie chodzi mi tu o prelegenta o ksywce „Muzg”:P) po przeczytaniu możliwych odpowiedzi, po prostu wskazywał poprawną. Tak sobie myślę, że niezły nerdzioch ze mnie.

 Dalej poleciałem na prelekcje o tajnych organizacjach w WoDzie. Było zabawnie. Z resztą, przy okazji teorii spiskowych często się śmieję, a jak to jest łączone z WoDem to już nie ma bata na ataki chichotu. Nie żebym nie umiał na poważnie podchodzić do Świata Mroku, ale…

 Dr. Andrzej Zimniak uraczył publiczność swojego wykładu (dość interaktywnego z resztą) ciekawymi rozważaniami na temat długowieczności. Muszę sięgnąć po jakiś zbiór jego opowiadań.

 Dalej w sali Lans Macabry odbyła się przeniesiona prelekcja o Czarnobylu. Znów masa ciekawostek. Tematem Zony i czarnobylskiego wypadku nie interesowałem się szczególnie intensywnie, więc z przyjemnością posłuchałem w końcu o różnicach w budowie standardowych elektrowni i tej w Czarnobylu, o okolicznościach wypadku i wielu innych sprawach.

 Piątkowe zmagania z Avangardą zakończyłem spotkaniem z wydawnictwem Portal. Zaczęło się bardzo kameralnie, ale z czasem nazłaziło się ludzi. Spotkanie urozmaiciło wiele anegdot, ale i narzekań. Z konkretów dowiedziałem się, iż prace nad dodatkami do NS trwają. Najszybciej ukarze się pewnie NJ, a potem coś o skażeniach i mutantach. W Portalu mają kupe roboty, więc RPO stoi, Monastyr stoi, ale za to ostro idą z karciankami i planszówkami. Essen już niedaleko. Na koniec wspomniano też o dystrybucji internetowej. Podobno sklep rebel.pl ma uruchomić kanał do wirtualnej sprzedaży RPGów itp.

 Przekimałem się u kumpla, który mieszka znacznie bliżej SGGW, niż ja (Dzięki!).

 Rano szybkie śniadanie i w drogę. Sobotni maraton prelekcyjny zacząłem znowu od Lans Macabry. Tym razem bardziej cyberpunkowo, o korporacjach i wykradaniu z nich danych. Tja, drodzy strażnicy, nie ufajcie sprzątaczkom xD

 Potem wylądowałem na prelekcji Marcina Przybyłka o komunikacji w przyszłości. Początek był bardziej o komunikacji niejako w naszym ciele (uwielbiam słuchać ludzi z wykształceniem medycznym 😉 ), następnie o łączności 3D, przesyłaniu zapachu i innych, w sumie, popularnych tendencjach w branży telekomunikacyjnej. A ja tam nadal nie zamierzam założyć fjesbusia.

 O truciznach można gadać naprawde długo. Godzinka starczyła na prezentacje ciekawych trucicieli i ich ulubionych metod.

 Japonia i Chiny mnie szczególnie nie pasjonują, ale posłuchać prelekcji o tamtejszych miastach było warto. Ciekawa i specyficzna kultura. A, że w Tokyo i tego typu miastach toczy się akcja masy cyberpunkowych gier/opowieści, warto mieć jakieś rozeznanie.

 Dalej poszedłem dowiedzieć się czegoś o kłamstwie od autora cyklu „Kłamca”. Była to najbardziej obłożona prelka ze wszystkich na których byłem. Całość okraszona anegdotami i wspomagana dobrym kontaktem publiczności z prelegentem. Niby nic odkrywczego, ale nie mogę żałować, że tam byłem. A jeśli uznać teorie, że „śmiech to zdrowie”, to lepszego sposobu na spędzenie godziny być nie mogło.

 Kolejne dwie godzinki spędziłem na oglądaniu i analizowaniu reklam. Spodziewałem się bardziej wykładu w duchu „reklamy wami sterują, bądźcie czujni!!!!”, ale odpowiadanie sobie na pytania typu: co dana reklama nam przekazuje o marce/produkcie, albo do kogo jest skierowana, też było fajną zabawą.

 Na kolejnej prelekcji posłuchałem o broni bilogicznej. Temat ciekawy i pewno jeszcze coś o nim doczytam w najbliższym czasie, bo godzina starczyła tylko na naszkicowanie problemu.

 Na tym musiałem zakończyć swój pobyt na Avangardzie. I już nie mogę doczekać się kolejnej edycji.

Wszystkich, nie tylko fantastów i RPGowców, zachęcam do pojawiania się na konach, gdyż tam po prostu można spotkać inteligentynych ludzi i usłyszeć wiele intrygujących rzeczy.

Pozdrawiam

Published in: on Lipiec 24, 2011 at 3:27 pm  Dodaj komentarz  
Tags: ,

„Oto pan, co ma plan”

Ostatnimi czasy czuję się strasznie rozlazły. A właściwie to nie tyle rozlazły, co nie na swoim miejscu. Dlatego postanowiłem zrobić sobie plan i się go trzymać. Wakacje za pasem, żadne większe wyjazdy się nie szykują. Wreszcie będzie można odjechać w pełen no-life. Tja, liceum to już inna bajka. Już nawet nie ma czasu na bycie aspołecznym typkiem. Ale wreszcie wszystko wróci do normy 🙂

Tak sobie pomyślałem, że jak tu wrzucę swój plan, to będzie mi go łatwiej zrealizować. Bo plan to podstawa xD

Na dobry początek umyśliłem sobie, że starym dobrym zwyczajem przeczytam parę książek. Jak dobrze pójdzie to i kilkanaście. Na pewno spróbuję dokończyć „Króla Bólu”, choć może nie być to takie proste bo pierwsza z tych mini-powieści nie weszła mi zbyt gracko. Nutka patriotyczna będzie dość rozbudowana, bo z polskich książek zamiaruję przeczytać jeszcze jubileuszowy  zbiór   opowiadań Zajdla , „Cud nad Wisłą” i „Piąty Odcień Zieleni” Wolskiego, oraz… „Ogniem i Mieczem” a do tego może też „Potop”.

No to z kraju tyle, a co z obcych landów? „Nowy Wspaniły Świat” Huxleya, „Stanie się czas” Andersona, coś z Vonneguta (może w końcu „Rzeźnię…”?) i jeszcze „Silmarillion” (jeśli zmieszczę).

Znając mnie nie uda mi się przeczytać więcej niż to, ale kto wie?

Postanowiłem również zacząć powtórkę materiału przed maturą już w  te wakacje. 2013 to przecież nie tak daleko 😛 Także w sierpniu może dam radę przysiąść do chemii i biologii.

Oczywiście jako szanujący się nerdzioch nie mogę odpuścić sobie pocinania na komputerze. Tytułów jest tyle, że nie wiadomo w co ręce włożyć. Na razie muszę nadrobić klasykę. Dokończę „Baldur’s Gate’a” i zabiorę się za dwójeczkę. Skończyć muszę też „Fallouta 2”, którego rozgrzebanego mam od zeszłych wakacji. Dalej „Planescape Torment”, „Thief” (co najmniej jedyneczkę), a z tej nowszej kalsyki to może „Gothic’a 2”.

Rozkopanego mam również „Torchlight’a” i „Call of Juarez : Więzy Krwi”, które też zamierzam skończyć. Po drodze nawinie się pewnie jeszcze kilka tytułów. Oczywiście są jeszcze gry, na które czekam. Takie „Diablo 3” na przykład 🙂 Jest też gra szczególnie przeze mnie wyczekiwana. Będę o niej jeszcze nie raz wspominał, więc na razie ograniczę się do napisania, że rzezczoną grą jest „Deus Ex 3”.

Kiedyś miałem ambicje zostać pisarzem. Każdy kto czytał moje wypociny pewnie cieszy się, że sobie odpuściłem. Niemniej broni jeszcze nie składam, biorę się za siebie i solennie obiecuje napisać do września najmniej trzy nowelki, które wylądują gdzieś na sieci.

Nie zabraknie tu też moich opinii o muzyce. Z pewnością kilka notek w miesiącu będzie miało formę mini-quasi-recenzji płyty. Lubię raczej starsze przmienia: Woodstock, lata 70/80.

Jak już się zoriętowaliście będzie trochę oldschoolowo. Nie żebym żałował, że nie urodziłem się wcześniej. Po prostu lubię ten klimacik 🙂

A co do tego bloga, to mam nadzieję, że pojawiać się będzie statystycznie jedna notka na dwa dni (czyli pół notki dziennie, ale za to myślę, że będą dłuższe niż byle tweet).

Tak więc, „niech się dzieje wola nieba”!

Published in: on Maj 30, 2011 at 8:10 pm  Dodaj komentarz  
Tags: , , ,