Używać tylko zgodnie z instrukcją!

„Ubik” to chyba najbardziej znana pozycja w dorobku Philipa K. Dicka. Wiadomo „Łowca Androidów” rozsławił „Blade Runnera” (a i tak niewielu jest tych, którzy kojarzą tytuł „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?”), ale już ekranizacja książki „Przez ciemne zwierciadło” z Reevsem, a co za tym idzie i ona sama, są raczej niezbyt znane, nie wspominając o filmach pokroju „Nexta”. Jednak jeśli chodzi o książki to właśnie „Ubik” jest sztandarową pozycją, z którą utożsamiany jest autor.

Akcja powieści, o której mowa rozpoczyna się w latach dziewięćdziesiątych, więc niewiele ponad dwie dekady później, niż Dick ją opisywał. Nie jest to jednak czysto futurologiczne rozwinięcie koncepcji technologicznych ze schyłku lat sześćdziesiątych, a coś na kształt świata alternatywnego, gdzie psionicy (telepaci, jasnowidzowie i reszta tego tałatajstwa) i przeciwdziałający im inercjałowie zrzeszają się w korporacje i nikt nie widzi w tym nic dziwnego. Ubiór ludzi tam żyjących też jest dość eklektyczny, a widok kogoś w bojówkach, sandałach i dwurzędowej marynarce, oraz w berecie na głowie nie wywołałby konsternacji.

W pewnym momencie cały ten osobliwy świat zaczyna się sypać. Pierwsze symptomy są raczej mało alarmujące i ani postacie, ani czytelnik nawet nie przeczuwają tego, co nadejdzie później. Żeby nie zdradzać za wiele, wystarczy jeśli powiem, że bohaterowie doświadczają dziwnych zmian w płaszczyźnie czasowej i zaczynają cofać się przez lata pięćdziesiąte aż do 1939 roku. To tak w największym skrócie i w wielkim uproszczeniu, bo cały proces jest dużo bardziej skomplikowany i frapujący. W każdym razie impresyjnie ukazuje obraz rozpadającej się rzeczywistości. Z każdym rozdziałem, mimo iż wiemy coraz więcej, mamy wrażenie jakby ta wiedza była pozorna, ergo coraz mniejsza. I zaczynamy się zastanawiać, wraz z osiową postacią pracującego dla inercjałów Joego Chipa, co jest rzeczywiste, a co już takie nie jest…

Tego rodzaju rozmyślania muszą pociągać za sobą nawiązania do Platona i Arystotelesa. Nie inaczej jest w „Ubiku”. Może nie zawsze wprost, ale jednak znajdujemy tu konflikt między teorią idei, a teorią formy. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że autor optuje za hilemorfizmem (kolejne fajne słówko do zapamiętania :P), ale tylko dopóki uznajemy istnienie materii za oczywiste. Jeśli zaczniemy je kwestionować, to faktycznie pozostaną idee i ich kopie, a cały świat zacznie jawić się jako konstrukt psychiki. Tylko dla czego, pomimo pełni władz umysłowych, nadal nie możemy zmieniać od tak tego co pojmujemy za materialne? Czy tylko z tego powodu, iż nie władamy dostatecznie dobrze naszą psyche?

Dalej jest jeszcze ciekawiej, bo oto okazuje się, że równolegle mogą egzystować dwa światy, kontaktujące się ze sobą w dość ograniczony sposób, z odmiennymi prawami rządzącymi w każdym z nich, a tylko jedne może być „tym prawdziwym”. Chyba, że żaden…
Poziom dziwności wzrasta przez całą książkę w tempie wykładniczym, czasem przyspieszając do przyrostu geometrycznego, tak że ostatni rozdział miażdży mózg czytelnika na papkę. Czyli wszystkie moje oczekiwania zostały spełnione 🙂

Tu mała dygresja: te światy równoległe (prawdziwe, czy też tylko pozorne) przywodzą mi na myśl nieodparte skojarzenie z odcinkiem kreskówki Liga Sprawiedliwych pt. „Legendy”. Skojarzenie jest o tyle przyjemne, że serial ów oglądałem w dziecięcych czasach podstawówki, których beztroska niestety chyba nigdy już nie powróci. W każdym razie, jeśli klimaty z „Ubika” są Ci bliskie i możesz sobie pozwolić na odrobinę infantylizmu, to polecam zerknąć na wspomniany odcinek, zwłaszcza końcówkę.

Wielu twierdzi, że „Ubik” jest najlepszą powieścią P. K. Dicka. Nie zgłębiłem jeszcze wystarczającej liczby jego dzieł by podtrzymać, lub zanegować takie stwierdzenie, jednak uważam, że jest to pozycja, z którą bez wątpienia należy się zapoznać.

Reklamy
Published in: on Wrzesień 25, 2013 at 7:38 pm  Dodaj komentarz  
Tags: , ,

Transformacyjne absurdy

Nigdy nie byłem wielkim fanem Transformersów. Widziałem kilka (no dobra, może więcej niż kilka) odcinków kreskówki i właściwie to tyle. Jednak gdy głos z telewizora przemówił słowami: „Na początku był sześcian…” stwierdziłem, że w sumie mogę obejrzeć pierwszą część fabularnej wersji tej bajki o robotach.

Całość zaczyna się szkicowym wstępem mówiącym o wielkim źródle energii tj. o tymże sześcianie, zwanym inaczej iskrą. Potem dowiadujemy się o deceptikonach, które chcą zdobyć kostkę, zniszczyć autoboty i zawładnąć wszechświatem. Taka sztampa, jeśli idzie o science-fiction. Jednak im dalej, tym ciekawiej…

Może nie doświadczymy tu wielkich zwrotów akcji, zapadających w pamięć, czy też misternej fabuły poruszającej serce i rozum widza, ale znajdziemy tu wiele innych elementów godnych uwagi.

Cały film jawi się w moich oczach jako karykatura fantastyki naukowej i satyra na jej temat. Takie trochę kino klasy B (czyli tak odpałowy i kiczowaty, jak chociażby „Martwe Zło” nie jest, ale niewiele mu brakuje). Twórcy chyba wzięli największe absurdy z różnych standardów sf, podnieśli je do kwadratu i wrzucili do jednego worka. Nie chodzi mi tylko o efekty specjalne, za które z resztą film był nominowany do Oskara, ale o motywy i zdarzenia. Wszystko jest przerysowane i potrafi przyprawić o głośne wybuchy śmiechu.

Gdy akcja zwalnia, z ekranu zaczyna się sączyć sztucznie nadmuchana epickość, czasem jakiś taki patos, co często przewija się przez kiepskie pozycje tego gatunku, które chcą udawać, że jednak mają jakieś ambicje. W przypadku „Transformersów” widz od razu widzi o co w takich scenach chodzi i może świadomie rozkoszować się tą kiczowatością.

Może czasem logika kuleje, coś się nie spina i jest niekonsekwentne, ale to jest film o wielkich, gadających, zmieniających się w auta robotach, napierdzielających się ze sobą, o biednych nastolatkach, które znalazły się przypadkiem w środku całego zamieszania, a także o amerykańskim wojsku i rządzie.

W tym dziele, ta trudna do scharakteryzowania nerdowatość jest aż namacalna. Mamy zahukanego chłopaczka, który wyrywa ją za sprawą samochodu zmieniającego się w robota, a wszystko dla tego, że tajna, rządowa organizacja ukryła pod tamą Hoovera energetyczny sześcian. Absurd, na absurdzie…

Dzięki temu film trafił w moje gusta i poprawił mi kiepski humor.

To było takie połączenie „Supersamca” z odrobinką „Facetów w Czerni” i… ja wiem? Może „Godzilli”. Jest to na tyle specyficzne, że nie każdemu mogę polecić oglądanie, ale jeżeli ktoś czuje w sobie pierwiastek nerdyzmu, powinien zobaczyć.

Pozdrowienia z planety Ziemia!

Published in: on Czerwiec 1, 2012 at 10:19 pm  Dodaj komentarz  
Tags:

A imię jego brud i optymizm

 

 „Joe Dirt” może nie jest filmem pełnym wysublimowanych aluzji, lub też błyskotliwego humoru, ale mimo to warto go obejżeć.

 Technicznie czepić się nie można. Żadnych zgrzytów ani w pracy kamery, ani w warstwie muzycznej. Na plus można zaliczyć śliczne plenery. Estetyczna ekstaza to to nie jest, ale bywa naprawde pięknie.

 Historia prostego chłopaka o niecodziennej fryzurze (swoją drogą świetnej), który w młodym wieku został zgubiony podczas rodzinnej wycieczki i od tamtego momentu szuka rodziców, nie jest szczytem wyrafinowania. Ot, opowiedziana z perspektywy czasowej historia z wątkami kina drogi. Film za to ładnie pokazuje jak z byle kogo można zrobić niewiadomo jakiego celebrytę. Czasem zabawne, ale bez szału.

 Jednak jeśli pokuść się o spojrzenie na całość, jak na metafore dążenia do celu? Obraz uwypukla, że z pomocą chęci i samozaparcia można osiągnąć wiele. Jak zwykle, trzeba być miłym dla odpowiednich ludzi (hola, hola, ostrożnie z tą wazeliną), ale wszystko to jest w zasięgu ręki. It’s all in your mind! Na mnie takie filmy działają niezwykle motywująco.

 Mi do gustu przypadła również kreacja bohaterów. Z główną postacią łatwo można się zżyć. Pozostałe prezentują wiele ludzkich typów. W połączeniu z całością daje to niezły film, ze sporym pozytywnym ładunkiem.

 Po za tym, to dzięki niemu odkryłem zespół Def Leppard (jak często bywa, pierwsze 4 płyty świetne, dalej bywało różnie), więc darze go też względami sentymentalnymi.

 Polecam wszystkim, którym czasem się nie chce 🙂

Published in: on Lipiec 25, 2011 at 9:18 pm  Dodaj komentarz  
Tags:

Epoka Pottera

 

 Ostatnia część przygód Harrego Pottera weszła na ekrany naszych kin co prawda kilka dni temu, ale ja obejrzałem ją dopiero dziś.

Druga część „Insygniów śmierci” została bardzo ładnie zrealizowana. Efekty specjalne cieszą oko, miejsca, w których toczy się akcja, wyglądają nadwyraz adekwatnie. Do gry aktorskiej nie ma się co przyczepić. Postacie zostały dobrze ucharakteryzowane i odegrane. Całość świetnie wygląda na wielkim ekranie, w 3D. Wizualnie satysfakcjonuje.

 Muzyka trzyma poziom tej z poprzednich części, czyli wyższy, niż typowe brzdąkanie w filmach. Do dziś nie rozumiem czemu „The social network” dostał Oskara za muzyke, ale cóż…

 Jeśli chodzi o historię opowiedzianą w filmie, to fruniemy od włamania do banku gringotta, przez bitwę w Hogwarcie i walkę, która musiała się zdarzyć (żeby nie robić za dużego spoilera, ale każdy wie o co chodzi xD), po, w sumie, szczęśliwe zakończenie.

 Nie będę szczególnie oryginalny mówiąc, że w książce wszystko było lepiej i dokładniej opowiedziane. W końcu film nie powinien być za długi (nawet jeśli robiny w dwóch częściach), taka już uroda tej formy przekazu. „Titanica”, czy „C.K. Dezerterów” ogląda mi się lepiej w wersji podzielonej na dwie części, gdy między nimi mogę mieć chociarz chwilę przerwy.

 Wracając do Harrego. Druga część „Insygniów” ma inny klimat, niż pierwsza. Tamta była bardziej sentymentalna, tutaj mamy więcej walki; mimo to film rozkręca się dość powoli.

 Filmowy koniec sagi jest też końcem pewnej epoki. Przynajmniej dla mnie 🙂 Dwa pierwsze tomy poznałem ledwie na kilka miesięcy przed filmem, więc zżyłem się bardziej z kinową adaptacją. Niemniej patrząc z dzisiejszej perspektywy książki mnie bardziej kręcą. Zwłaszcza ostatnie tomy. Jak dla mnie mają ambicje bycia czymś więcej, niż tylko czytadłem dla egzaltowanej dzieciarni. W sumie to przeczytałbym wszystkie tomy jeszcze raz, ale stety, niestety chcę jeszcze przeczytać kupę innych lektur, a szkoła zaczyna się już za niewiele ponad miesiąc. Mam przynajmniej to szczęście, że nie sprawia mi przykrości czytanie tych wszystkich Szekspirów i Edypów, do których zmuszają w szkole. Jednakowoż wolałbym mieć więcej czasu na czytanie książek, które sam sobie wybiorę :\

 Pozostaje mi nadzieja, że kiedyś wrócę do tej serii. W końcu spędziłem z nią, w tej, czy innej formie, kawał życia. Ciekaw jestem, czy przetrwa ona próbę czasu, i czy ludzie kiedyś do niej wrócą?

Published in: on Lipiec 19, 2011 at 9:32 pm  Dodaj komentarz  
Tags: ,

Metafora do Sześcianu

 „Cube” jest kolejnym filmem z gatunku TYCH dziwnych. Niby mamy prosty thriller w klimatach science-fiction. Sześciu, właściwie nieznanych sobie ludzi trafia do dziwacznego kompleksu złożonego z wielu podobnych do siebie sześcianów. Dzięki takiej koncepcji budżet mógł być dość skromny. Kilku aktorów, jedno pomieszczenie, podświetlane na kilka sposobów i scenariusz. W sumie nic szczególnego, gdyby nie ów ostatni element.

 Film dobrze trzyma w napięciu, także patrząc nań jak na „ot, kolejny thriller” też daje rade. Ale tak naprawdę chodzi o metaforę. Film, jak dla mnie, jest nadzwyczajny, gdzyż można go interpretować na różne sposoby. Próbując spojrzeć całościowo, dostrzec można odbicie życia jako takiego, gdzie jeden wybór wpycha nas w następne, a każdy z nich może zakończyć się mniej, lub bardziej, tragicznie. Jednakowoż może to być tylko paraboliczne zobrazowanie celu, dowolnego, do którego dążąc podejmujemy decyzje, które mogą mieć wpływ na dalsze nasze postępowanie, a w konsekwencji, na reszte naszego życia.

 Nawet rozpatrując poszczególne sceny, ba, poszczególne ujęcia kamery, możemy odnieść wrażenie, że film przemawia do nas wielopłaszczyznowo, wywołując długie ciągi skojarzeń. Ot czarnoskóry policjant, który szybko staje się przywódcą grupy, a potem… żeby nie spalić filmu, powiem tylko, że nie dzieje się z nim najlepiej. A jeśli szwankuje góra, to całemu zespołowi nie jest to na ręke. Wracając do naszego gliny, jego działania mogą również zostać zinterpretowane na różne sposoby. Na ten przykład, jako metafora słuszności wolnych wyborów, w których berło władzy winno zmieniać właściciela by wszystko działało, albo po prostu jako metafora nałogu, gdzie wszystko jest fajnie, dopóki nie zacznie się rozpadać i niszczyć.

 Czasem i praca kamery niejako prowadzi skojarzenia widza na właściwe tory. Właściwie nie ma tu scen, ani ujęć przypadkowych. Wszystko tworzy całość, która działa i skłania do refleksji.

 Początkowo nie byłem przekonany do tego filmu. Gdy skończyłem go oglądać miałem wrażenie, że był jakiś taki niemrawy, krzywo zrobiony. Akcja jakaś tam jest, a to ktoś padnie, a to inny się zdeformuje, ale to nie o nią tu chodzi. Do jako takich wniosków dochodzi się kilka godzin po filmie, gdy człowiek zastanawia się, myśli, kojarzy to i owo.

 Może i to nie jest arcydzieło, ale takie filmy powinno się robić i takie filmy ludzie powinni oglądać. Wiadomo, ze wszystkiego można wyciągnąć jakieś wnioski, wszędzie można zobaczyć metaforę, odkryć ukryte dno; jednak lepiej, gdy nie trzeba robić tego na siłe.

 Niektórzy pewnie wezmą mnie za odpowiednik pani lekarz z tego filmu. Ja jednak nadal obstaję przy tym, że rząd wyłożył, przynajmniej trochę kasy na ten film. W końcu takie promowanie matematyki… no, po prostu ktoś musiał maczać w tym paluchy 😛

 W każdym razie film polecam, mimo iż notka wyszła przeintelektualizowana i nieco na chama ambitna. Od czasu do czasu można się chyba powygłupiać xD

 Pozdrawiam i powodzenia w zmaganiach z Rubikiem 🙂

Published in: on Lipiec 15, 2011 at 9:01 pm  Dodaj komentarz  
Tags:

Międzystanowa jazda!

 Film „Interstate 60” jest kolejną ofiarą naszych tłumaczy. Polski tytuł „Ale jazda!”, w moim odczuciu, słabo sprawdza się jako chwyt marketingowy, kojarzy się z kiepską komedią piłkarsko-erotyczną, lub skrzyżowaniem kina drogi z amatorskim pornosem. Najlepiej obejrzeć ten film w oryginale, gdyż w ten sposób można wychwycić wiele smaczków, których nie da nam polskie tłumaczenie. No i oczywiście tytuł będzie mniej siarowy 😛

 Co do samego filmu: jest on niesamowity! Rozkręca się dość długo, ale potem jest już tylko lepiej. Postać głównego bohatera jest naszkicowywana w taki sposób, że widz łatwo się z nim utożsamia. Młody chłopak (Neal, grany przez Jamesa Marsdena) stoi przed wyborem ścierzki, którą będzie prawdopodobnie kroczył przez dalsze swe życie. Z góry (czyli od rodziców) płyną naciski, by robił karierę jako prawnik. Neal wolałby jednak zostać malarzem. Zapewne wielu młodych ludzi przerabiało podobne sytuacje.

 W dniu swoich urodzin ma jedno, proste, ale jakże filozoficzne, życzenie: chce poznać odpowiedzi! W sumie kto by nie chciał? Wiedza to jedna z tych rzeczy, które mają wpływ na to kim człowiek może się stać. Ona rzutuje na nasze postępowanie i na podejmowane przez nas decyzje. Jednak niewielu ludzi ma możność poznania odpowiedzi od tak, w jednej chwili, tuż po zadaniu pytania… dowolnego pytania. Jednak życzenie naszego bohatera zostaje usłyszane i podchwycone przez pewnego tajemniczego osobnika, granego przez Garego Oldmana, O. W. Granta (nota bene jego imie jest jednym ze wspomnianych wcześniej anglojęzycznych smaczków). Postanawia on wspomóc Neala w jego fascynującej podróży na oparach absurdu.

 Film jest reżyserskim debiutem Boba Galea, znanego z serii „Pwrót do przyszłości”. Facet, który pomagał pisać scenariusz do tak znamienitego dzieła, nie mógł zrobić kiepskiego filmu. „Interstate 60” obfituje również w nawiązania do tych filmów.

 Obraz jest naładowany niezwykle pozytywną energią. Niektórym może wydać się nudny, może przegadany. Faktycznie niewiele w nim akcji, ma oniryczny klimat, ale właśnie dzięki temu ma taki… filozoficzny feeling. Ja oglądałem go z przyjemnością. Do tego zostawia on jakiś ślad, zmusza do refleksji, w przeciwieństwie do większości wszechogarniającej ciamciaramci 😛 W każdym razie polecam. Przynajmniej można wyrobić sobie wtedy zdanie.

 Pozdrawiam i miłego oglądania!

Published in: on Lipiec 13, 2011 at 6:00 pm  Dodaj komentarz  
Tags: ,

Ależ Benjaminie…!

Notka przedwyjazdowa, więc jest przepięknie chaotyczna 🙂 Mam jednak nadzieję, że da radę się przeczytać. Jeśli mi się uda, to jutro też się coś pojawi. Ale do rzeczy:

 Zwykle niespecjalnie przepadam za filmami, w których główny bohater popada w kabałę i to stanowi główną oś fabuły. Jednak „Absolwent” z 1967 jest filmem nadwyraz udanym.

 Młody Benjamin właśnie zakończył swoje zmagania z collegem i wrócił do domu, a starzy z tej okazji urządzili mu przyjęcie, na które zaprosili… swoich znajomych. No lepszego prezentu nie mogli mu sprawić. A nie, jednak mogli. Kupili mu skafander do nurkowania, który jakoś na nim wrażnia nie zrobił.

 Z przyjęcia odwiózł pewną kobiete do jej domu. I tak jakoś wyszło, że, z początku nieśmiało, nawiązuje z nią romansem.

 Potem akcja nabiera jeszcze większych rumieńców, przeradzając się w istne szaleństwo. Końcówka to prawdziwa jazda na krawędzi. Każdy, kto film pamięta, powinien uśmiechnąć się już na samo wspomnienie o alternatywnym zastosowaniu krzyża 🙂

 Oczywiście główny bohater nie wie co ze sobą, przeżywa jakiś tam kryzys, martwi się o swoją przyszłość i tak dalej, więc może dla tego film klasyfikowany jest jako dramat obyczajowy, ale ja jakoś powagi przy nim nie mogłem zachować. Obraz kipi nieszablonowym humorem, który może nie odpowiadać każdemu, ale w moje gusta trafia. Fakt faktem, nie są one może zbyt wysublimowane, ale moje, prywatne, więc co tam 😛

 Gra aktorska też jest niezła, ujęcia ciekawe, a muzyka, to majstersztyk. Nie bez powodu film zdobył Oscara, za reżyserię, kilka Złotych Globów, oraz wiele nominacji. Hoffman odgrywa postać Benjamina z gracją i polotem. Pozostali aktorzy odwalają również dobrą robote. Kamera pracuje czasem niekonwencjonalnie, ale nie pozostawia to wrażenia nieładu, czy przekombinowania. Muzyka Simona i Garfunkela jest świetna, a utwór „Mrs Robinson” często słychać w radiu.

 Film wart jest obejrzenia z kilku powodów. Chodźby z tego, że to klasyk, ale też dla tego, iż jest on dość zabawny i przyjemny w odbiorze. Pokazuje on również lata sześćdziesiąte, nie oczami hipisów, a w miarę normalnych (lol, teoretycznie między Panią Robinson, a Benjaminem jest co najmniej 20lat różnicy) ludzi.

 To by było tyle na dziś.

Published in: on Czerwiec 23, 2011 at 9:15 pm  Dodaj komentarz  
Tags: ,

„Miś! Miś!… Świńska rura, nie miś!”

 Wczoraj obejrzałem „Misia”. Po raz nie-wiem-który. Kultowe filmy można przeca oglądać bez końca. Kultowy to on jest, ale chyba też nieźle obrazuje idiotyczność tamtych lat, tamtego systemu. Pamiętam jak w przedszkolu śpiewało się piosenkę wesołego Romka, niemal codziennie. I wszyscy się śmiali, mimo że wtedy jeszcze nie ogarnialiśmy jak dobrze w filmie przedstawiony został przełom lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Jak na moje oko to taka pigułka absurdu, niezbędna każdemu Polakowi, do ogarnięcia się w realiach jego, własnego kraju (swoją drogą, to chyba znak, że niewiele się zmieniło. Ale przynajmniej jest towar na półkach i to w takich ilościach, że nawet RWPG miałaby kłopot z jego zagospodarowaniem).

 Właśnie uświadomiłem sobie, jak wielu moich znajomych zaczynało edukacje historyczną od tego filmu. Jakież to dzieło ma wpływ na całe pokolenia. To chyba jeden z niewielu obrazów, które działają na młodszych obywateli, czyniąc to jednocześnie we właściwy sposób.

 Oceniam to wszystko tylko z perspektywy dzieciaka, który urodził się już w wolnej Polsce, na kilka miesięcy przed uchwaleniem ustawy o denominacji; jednak zawsze lubiłem poznawać historię naszego kraju, gdyż uważam, że pomaga ona zrozumieć to, co dzieje się dookoła, w dzisiejszych czasach.

 Oczywiście nie ma to jak oglądanie „Misia” w towarzystwie ludzi, którzy pamiętają tamten okres. Ach, te utyskiwania na gównianość system, poparte soczystymi przykładami, działającymi na wyobraźnie 😛

 Śmiałem się przy filmie jak zwykle, ale mniej beztrosko. Kurde, tyle absurdów, a niemal każdy miał odbicie w rzeczywistości. Cała fabuła filmu zasadza się właściwie na przekręcie, na cwaniactwie, które jest jednym z tych elementów tamtych dni, które mają się dobrze nawet teraz. Ale taka prawda ekranu, taka awaria, jako „okazja do zaprezentowania artystycznego programu”… czy to nie zdarza się i dzisiaj?

 Artystycznie film zrobiony jest świetnie. Dobre dialogi, niezła muzyka, dość standardowa praca kamery, acz ujęcia „transformacji” Rysia w Murzyna i na odwrót są zrobione bardzo przyjemnie.

 Jako że jest to komedia, mamy tu humor. Humor tak dopasowany do polskich gustów, tak doszlifowany, tak wyrobiony w ogniu komuny, że nie znam wielu ludzi, którzy nie zaśmialiby się po przytoczeniu jakiegoś dowcipu, dialogu, piosenki, gagu, czy czego tam, z „Misia”. Właśnie humor świadczy o kultowości tego filmu, o tym, że mimo upadku systemu, mimo ponad 25 lat na karku, jest zabawny i dobrze się go ogląda.

 Aktorzy zagrali świetnie swoje postacie, a Ochódzki, Jarząbek i kilka innych przeszło do naszej popkultury.

 Według mnie jest to arcydzieło. Można je odbierać na różnych poziomach i na każdym z nich gra dobrze swoją rolę. Sprawdza się jako komedia, sprawdza się też jako szybka lekcja historii. Po prostu kultowy klasyk.

 Może i ma jakieś mankamenty, ale mimo tego jest filmem świetnym, wartym oglądania częściej niż raz.

 Pozdrawiam, a „parówkowym skrytożercom mówię: NIE”! xD

Published in: on Czerwiec 14, 2011 at 9:15 pm  Dodaj komentarz  
Tags: , ,

Film nie-dla-frajerów

 Nie ma to jak film, który ogląda się po raz któryśtam, a mimo to jest dobry. Fabuła mimo, iż znana, nie nudzi. W moim przypadku, takie filmy, to często komedie. Dziwne, bo przecierz gag sytuacyjny, widziany kolejnny już raz, nie powinien zaskakiwać, a przez co i śmieszyć. Jednak nie zawsze tak jest.

 Film „Zemsta Frajerów” toważyszy mi od kąd pamiętam. No, to teraz już wiadomo, dlaczego jestem taki nienormalny 😛 Tłumaczenie tytułu jest niefajne, ale jak inaczej przełożyć słówko „nerd” na nasz język? Fakt faktem film jest trochę hermetyczny, więc chyba nikt by się nie obraził za „Zemstę Nerdów”, ale niech będą i frajerzy.

 Lata osiemdziesiąte, o których opowiada film, to czas ekspansji komputerów i ludzi, którzy je rozumieli. Nic dziwnego, że wtedy powstało też wiele filmów ukazujących informatyków jako właśnie frajerów. W dzisiejszych czasach słowo „nerd” zmieniło nieco swoje naczenie, ale nadal mówi się tak o osobach słabo przystosowanych do społeczeństwa, mających trudności w kontaktowaniu się z innymi… no, krótko mówiąc o takich jak ja. Może jeszcze nie, ale jestem blisko 🙂

 Film zaczyna się dość dziwną, jak dla mnie sceną, w której syn rozmawia ze swoją matką, ale robi to w taki sposób, że skojarzenia z kompleksem edypa, nasunęły mi się same. Ale może to tylko ja jestem dziwny…

 Widz bombardowany jest skretyniałym humorem już od drugiej minuty filmu. Ja w sumie nie mam nic przeciwko temu, a nawet mi to pasuje. Czasem żarty są naprawdę nieśmieszne, ale ogólnie trafiają w mój gust (to, że jestem dziwny, chyba już ustaliliśmy? Nie :P?).

 Mocną stroną filmu jest muzyka. Kawałki nie osiągają jakichś szczytów wysublimowania, ale są po prostu w klimacie tamtych dni. Utwór w pierwszych minutach filmu, gdy główni bohaterowie jadą do college’u jest nader sympatyczny, a kawałki grane na imprezach AlfaBeta kojarzą mi się z Def Leppard. „Finałowa piosenka”, grana przez bohaterów poprzebieranych za postacie z popkultury (mam nadzieję, że każdy, kto widział ten film, rozpoznał Kraftwerk, Jacksona, Presleya itp?), jest też niczego sobie.

 Znakiem rozpoznawczym całej serii jest debilny śmiech, który chyba, powoli wchodzi mi w krew 🙂

 Postacie z tego filmu są bardzo archetypiczne. Mamy tu typowych nerdów jak Lewis i Gilbert, flejtuchów – Glut, mięśniaków, takich jak Ogre… nawet homoseksualiści się załapali.

 Tak, żeby nie spoilować, powiem tyle, że dość dziwne jest zakładanie przez głównie białych, bractwa pod auspicjami Afroamerykanów. Podejrzewam, że w realu by to nie przeszło, głownie ze względu na możliwość osłabienia szeregów, bractwa, które najwyraźniej pełniło rolę „Czarnych Panter” w collegach. Z resztą, sam mistrzu LambdaLambdaLambda okazywał niechęć frajerom. Ale to nie dla tego, że są biali, lecz z powodu tego, że są frajerami 😛

 Każdy, kto nie widział tego filmu, powinien go zobaczyć. Ja oglądnąłem go dziś po raz dziesiąty i nie żałuję 🙂

 Życzę miłego oglądania i pozdrawiam!

Published in: on Czerwiec 12, 2011 at 7:00 pm  Dodaj komentarz  
Tags: ,