Co jest w górze zapisane?

 Wiek XVIII uznawany jest za wiek rozumu, wiek filozofii, wiek, w którym odrzucano wszystko, czego umysł nie mógł pojąć. Jednocześnie myśliciele tego okresu musieli dostawać niewypowiedzianej ekstazy na wspomnienie o potędze ludzkiej myśli. Uznawali ją przecież za najdoskonalsze (w sumie to i jedyne) narzędzie poznania otaczającego świata, którego moc jest nieograniczona. Można by rzec, że dla nich wszystko dało się pojąć rozumem, a to co wymykało się takiemu pojmowaniu, po prostu nie istniało, stanowiąc w najlepszym wypadku chorą fantasmagorię.

Takie założenie wydaje się zbyt optymistyczne (?) nawet jak na dzisiejsze standardy, kiedy nauka rozszerzyła znacząco zakres swojej dominacji. Okazało się, że im więcej wiemy, tym tak naprawdę wiemy mniej, gdyż każdy ogólnik, którego znaczenie odkrywamy obfituje w szczegóły, których pojęcie zajmuje więcej czasu, a gdy dociekamy intensywnie w materii konkretnego szczegółu dochodzimy do wniosków, że ten szczegół kryje w sobie następne niuanse, a one kolejne.

Niemniej jednak, w owym czasie, filozofia potęgi rozumu stanowiła podwaliny pod liberalizację obyczajów i parę innych czynników, które miały przyczynić się do gruntownej przebudowy świata biorącej swe początki u końca wieku XVIII i nabierającej prędkości rozruchowej we Francji między 1789, a 1799. Generalnie wyszło to raczej na plus, niż na minus, jednak obecny kształt świata jest, mimo wszystko, nie do końca satysfakcjonujący, przynajmniej jak dla mnie (nie, nie żeby miał być bardziej liberalny, ale po prostu inny).

Ta rewolucja, której hasła były tak szczytne jak wolność i egalitaryzm skończyła się w sposób jaki pisany jest większość (wszystkim?) rewolucjom: zjadła swoje dzieci, a kastę panów, z którą walczyła zastąpiła swoją własną, chyba niewiele lepszą.

Jednak, jak mawiał pewien pan, „nie uprzedzajmy faktów” i powróćmy na chwilę do propagandy, bo tak to trzeba nazwać, która poprzedziła to powstanie mas. Dzieła jakie można do niej zaliczyć znajdują się dziś w kanonie lektur, których znajomość przystoi współczesnemu inteligentowi (lub pseudointeligentowi, zależy jak do tego podejść).

Jako że w wakacje postanowiłem zapoznać się bliżej z pismami wieków zeszłych (matura za rok, a okres od starożytności do oświecenia został w mojej szkole tak przerobiony, że właściwie nic o nim nie wiem) na mojej liście znalazł się zarówno „Kandyd” Arouet’a (tak się naprawdę zwał autor), jak i „Kubuś Fatalista i jego pan” Diderot’a.

Obie te powiastki są niemiłosiernie chaotyczne. Fabuła jest fragmentaryczna i nie widać w niej ciągłości. O ile „Kandyd” opowiada jedną historie, to losy Kubusia i jego pana stanowią zbiór luźno (często wcale nie) powiązanych ze sobą opowieści wygłaszanych przez różne postacie. Fabuła jest miałka, więc nie za jej sprawą te książki zyskały taką sławę.

Można by myśleć, że autorzy piszą w jakiś pociągający czytelnika sposób. I tym razem omyłka. Wolter jeszcze jako tako daje sobie radę z pisarskim rzemiosłem, natomiast Diderot sili się na humorystyczne nawiązanie kontaktu z czytelnikiem, co niezupełnie mu wychodzi. Facet jest po prostu irytujący! Chce być zabawny, a jest śmieszny. I nie jest to wina tłumacza, gdyż obie książki czytałem w przekładzie Boy’a.

Usprawiedliwiać autorów może fakt, że czasy się nieco zmieniły. To co szokowało im współczesnych, dziś jest blade i niezbyt wyraziste.

Zostaje więc tylko ta rzecz, która w powiastkach filozoficznych stanowi rzecz kluczową, a więc koncept filozoficzny. „Kandyd” jest bezpośrednią odpowiedzią na filozofię optymistyczną i pokazuje, że nie wszystko jest „najlepsze na tym najlepszym ze światów”. „Kubuś Fatalista…” skupia się na konflikcie przeznaczenia z wolną wolą (widać to zresztą w obu utworach).

To główne wątki opowieści. Celem pobocznych jest krytyka kościoła, piętnowanie hipokryzji i promowanie równości. Zasadniczo słuszne. Kościół tworzą ludzie, którzy są skłonni do grzechu (zła), a zatem jako instytucja jest niedoskonały. W tamtych czasach kapłani i zakonnicy mieli większą władze niż dzisiaj, więc jeśli byli zepsuci, bardziej rzucało się to w oczy. Ale takie generalizowanie jest niezbyt precyzyjne i krzywdzące. W swoim życiu spotkałem księży dobrych i złych, takich, którzy myśleli i takich, którzy starali się tępić wszystko co nie mieściło się w ich światopoglądzie. Także panowie filozofowie nieco przesadzili. Ale czy można powiedzieć, że przesadzili, skoro przekazywana przez nich wizja miała służyć określonym celom? Oni po prostu zrealizowali swoje założenia. Co nie znaczy, że trzeba się z tym zgodzić.

Co do hipokryzji, nietolerancji i nierówności. Ich piętnowanie zdaje się dziś być oczywiste i mniej lub bardziej powszechne. Wtedy sprawy miały się nieco inaczej i dlatego taka krytyka takich postaw, a nawet li tylko ich uwidacznianie zakrawało na obyczajowy skandal. Poniekąd odwagę (dyskusyjną wziąwszy pod uwagę to, że kryli się w obcych krajach) można uznać za pozytyw buntowniczego (jakkolwiek głupio to brzmi w odniesieniu do klasycyzmu) charakteru ich twórczości.

Jednak jeśli pójść w drugą stronę niż autorzy i nie odrzucać tego, co niepojęte, czyli przyjąć istnienie Boga za pewnik (to się nazywa wiarą)? Życie na ziemi jest karą. Zostaliśmy wygnani z Raju i teraz po prostu musimy swoje odcierpieć, przy czym naszego świata nie pojmowałbym jako więzienia, a raczej jako boską szalkę petriego. Oczywiście wszechwiedzący i wszechmogący Bóg nie musi dokonywać zwyczajnych obserwacji laboratoryjnych. Jest ponad to.

W ten sposób dochodzimy do clue obu książek („Kubusia Fatalisty…” bardziej), a więc do fatalizmu, wiary w przeznaczenie.

Diderot i Wolter skłaniają się do tego, że człowiek nie ma własnej woli, a postępuje podług tego, co zostało (w taki, lub inny sposób) „zapisane w górze”. Osobiście jestem wewnętrznie rozdarty między tymi dwiema koncepcjami. Z jednej strony wolna wola. Gdy nie chce (mi się) czegoś zrobić, to mogę się albo przymusić do tego, albo nie. Skutki zazwyczaj są łatwe do przewidzenia. Nie wykonałem zleconej pracy, nie otrzymam wynagrodzenia. Chciałem i zrobiłem to co miałem, otrzymałem nagrodę. Czyli wolna wola jest w człowieku.

Z drugiej jednak strony można to wszystko przypisać losowi. Było zapisane, że tego nie zrobię, to nie zrobiłem, było że zrobię i takoż się stało. Wszelkie rozterki i rozmyślania, czy wykonać daną czynność, czy nie również są zrządzeniami losu.

Obie te drogi są równie wiarygodne. I co teraz powinien człowiek począć? Niestety, nie jestem filozofem, tylko ograniczonym zwierzęciem i nie umiem udzielić odpowiedzi na własne pytanie. Czuję jednak (tak jest, czuję, a nie rozumuję), że jest to bardziej skomplikowane i stanowi pewną osobliwą synergie wspomnianych konceptów. W końcu człowiek nie jest w stanie zrozumieć siebie (ściślej: własnego mózgu) i wątpliwe jest czy kiedykolwiek do tego dojdzie (a jeśli nawet to zapewne z niewielką pomocą elektronicznych przyjaciół), więc jakim cudem miałby pojąć Boga/mechanizmy rządzące światem na poziomie wyższym, niż fizyka?

Idąc dalej tym tropem i ekstrapolując go, dojdziemy do tego czym swe utwory zakończyli zacni filozofowie Voltaire i Diderot. Mianowicie: po co myśleć, skoro albo („Kandyd”) i tak nie jesteśmy w stanie pojąć niektórych rzeczy, albo („Kubuś…”) Wszystko jest już zdeterminowane prawami przyrody i i tak nie mamy na to wpływu?

Obaj ci wielcy i oświeceni, nakłaniają czytelnika by nie myślał? Ci, którzy wierzą i propagują potęgę rozumu nakłaniają do zaprzestania myślenia? Coś tu chyba jest nie tak, a jedynym wytłumaczeniem jakie mogę znaleźć, jest to, że swe dzieła tworzyli na rzecz jakiejś grupy wpływów. Łatwiej sterować ludźmi, którzy nie myślą. Taka konkluzja popycha do dociekań nad ową grupą i naprawdę ciężko jest tu nie wspomnieć osób pieczętujących się cyrklem i węgielnicą.

Jednak chwilowo dajmy spokój tym dywagacją i powróćmy jeszcze na koniec do samej materii fatalizmu. Bo skoro wszystko co się zdarza zdarzyć się miało, to jak można mówić o moralności, o tym co dobre, a co złe? Jeżeli przyjąć krańcowy fatalizm za filozofię (religie?) panującą, to każdy występek można wytłumaczyć w bardzo prosty sposób: „Tak było zapisane w górze.”.

Jakżeż życie byłoby prostsze i szczęśliwsze, gdybym nie musiał się zastanawiać nad takimi kwestiami. Właściwie „Kandyd”, oraz „Kubuś Fatalista i jego pan” można nazwać poradnikami człowieka szczęśliwego. Skłaniają czytelnika do zostania głupcem, a czyż tacy ludzie nie są najszczęśliwsi?

Pora kończyć. Pozdrawiam i zmykam „uprawiać swój ogródek”.

Reklamy
Published in: on Lipiec 20, 2012 at 1:08 pm  Dodaj komentarz  
Tags: ,

365 dni w wieku XVII

 Rzadko która gra jest mnie w stanie utrzymać przy sobie przez rok; nawet jeśli chodzi tylko o rok czasu gry. Ta sztuka udała się produkcji pod tytułem Mount & Blade: Ogniem i Mieczem – Dzikie Pola. W sumie, to nadal nie mam dosyć i spędzę przy niej pewnie jeszcze nie jeden wieczór.

Dlaczego ten wirtualny, szlachecki świat zdołał mnie wciągnąć na tak wiele dni (tych realnych, jak i tych drugich)? Pewnie przyczyniły się do tego te same elementy, które zdecydowały o sukcesie (może niezbyt kasowym, ale jednak) całej serii. Wszystkie Mount & Bladey proponują sandboksowy mechanizm osadzony w kontekście historycznym. Tłem Ogniem i Mieczem, jak nie trudno się domyślić, są konflikty trawiące Rzeczpospolitą na początku drugiej połowy XVII wieku, a zatem w czasie, w którym osadzona jest sienkiewiczowska trylogia. Od jakiegoś czasu to właśnie klimat Polski sarmackiej znajduje w mym sercu szczególne miejsce, więc pod tym względem gra od razu do mnie trafiła. Tak na marginesie: uważam, że historia naszego kraju zaczyna robić się najciekawsza w okolicy wieku XVII i potem jest już tylko coraz bardziej wciągająca (tak jest, aż do dziś).

Największym plusem gry jest czysta radocha, którą można z niej ciągnąć. Składa się na to nie tylko wspomniany klimat, ale również mechanika rozgrywki. Mimo wielu wytykanych bugów, w obecnej wersji grywalność stoi na wysokim poziomie.

Na mapie strategicznej możemy walczyć dla każdej ze stron, a do wyboru mamy nie tylko Rzeczpospolitą, Kozaków i Szwedów, ale również Księstwo Moskiewskie i Chanat Krymski. Po niejakich staraniach możemy złożyć przysięgę wierności jednemu z władców i oficjalnie wojować w jego barwach, zwiększając potęgę wybranego państwa. Równie dobrze możemy opowiedzieć się za jednym z pretendentów do tronu (po jednym na państwo; my mamy Radziwiłła). Niestety nie możemy być podwładnymi Jana Kazimierza i jednocześnie wspomagać „wrogów naszych wrogów”, czyli tych, którzy chcieliby objąć władzę w innych państwach. To okrojenie aspektu dworskiej polityki nie jest szczególnie uciążliwe, niemniej miło by było, gdyby można było wspomagać na przykład pro Polskie opcje w innych krajach.

Wierność wybranej stronie to też jedyny sposób na otrzymanie wsi, a w późniejszych etapach nawet miast. Żeby nie było, to odnośnie miast, to tylko moje spekulacje, gdyż nawet po oblężeniu i zdobyciu miasta możemy jedynie wystąpić o jego nadanie do władcy pod którym służymy. Mi jaśnie panujący Jan Kazimierz raczył już parę razy odmówić. W takim wypadku możemy wymówić współpracę  i zawłaszczyć miasto dla siebie. Nie jest to najlepsze rozwiązanie, bo bez wsparcia któregoś ze stronnictw wszyscy stają się nam wrogami i nie mamy żadnego oparcia. Wtedy jest ciężko.

Otrzymane miasta i wsie można ulepszać, wznosząc budowle i zatrudniając odpowiednich ludzi na określone posady, takie jak sędzia, czy skarbnik. Niestety władcy nie są zbyt hojni i po niemal roku służby dochrapałem się całej, jednaj wsi, do tego znajdującej się blisko ziemi należących do Szwedów, a zatem często padającej ofiarą grabieży. Takie już moje życie :\

Majątek można gromadzić różnymi drogami. Na początku przyjdzie nam wykonywać odpłatne zadania dla innych szlachciców, lub wiejskich wójtów. Inną drogą jest handel. W różnych miastach i wsiach można trafić na bardzo różne ceny. Wystarczy je poznać i dalej już standardowo: taniej kupować, drożej sprzedawać. Oczywiście ceny nie są sztywne i ulegają wahaniom, zależnym na przykład od tego, ile danego towaru jest już u handlarza. Najprostszym sposobem pozyskiwania dóbr na handel, jest łupienie cudzych osad. Smutne, ale jakże prawdziwe.

Walka jest również jakimś sposobem zarobku. Po pokonaniu wroga dostajemy pieniądze i trochę sprzętu. Jednak częściej, niż dla zarobku, przyszło mi ścierać wrogów na pył z pobudek, powiedzmy, patriotycznych, ale także… po prostu dla frajdy, ponieważ starcia toczone w czasie rzeczywistym wypadają wprost fenomenalnie. Oponentów możemy rzezać z pomocą pokaźnego wachlarza broni białej takiej jak szable, szpady, pałasze i wielki dwuręczniaki, ale nie brakuje też broni zasięgowej zarówno cięciwowej (mnogość łuków), jak i palnej (od samopałów, po muszkiety z zamkami kołowymi). Mi najbardziej przypadła walka z grzbietu wierzchowca za pomocą kopii.

Bitew nie staczamy rzecz jasna sami. Rozkazujemy takiej liczbie żołnierzy, na jaką pozwalają nam zdolności przywódcze protagonisty. Możemy ich rekrutować w miastach, jak i najmować w obozach najemników. Dla tych ostatnich można dokupić lepsze wyposarzenie, by zwiększyć ich skuteczność.

Wspomniane zdolności przywódcze (a właściwie dowodzenie) są jednym ze współczynników naszej postaci. Rozwijamy ją według prostego schematu, będącego klasycznym dla gier z elementami RPG. Z kolejnymi poziomami możemy zwiększyć cechy (siłę, zręczność, intelekt i charyzmę) i umiejętności. Bardzo sympatycznym patentem jest oddzielenie umiejętności posługiwania się konkretnymi grupami oręża (broń drzewcowa, palna itp.) od innych i wydzielenie im osobnej puli punktów.

Technicznie niema co nastawiać się na wielkie fajerwerki. Grafika jest przyzwoita, ale nie powala, dzięki czemu gra śmiga na słabszych kompach bez zarzutu (gdyby jeszcze mój laptop miał lepsze chłodzenie…). Muzyka stwarza bardzo dobry nastrój, tak samo jak okrzyki wojowników podczas boju.

Gra, chociaż stanowi tylko modyfikację innego tytułu (oryginał M&B opowiadał o średniowieczu) jest produkcją wciągającą poprzez swoją otwartość i klimat. Obecnie można ją znaleźć w pewnej, taniej serii, więc jeśli ktoś lubi sarmackie klimaty i udane połączenia strategii z action-eRPeGami, powinien sięgnąć bez dłuższego wahania.

Pozdrawiam i wracam do wyganiania Szweda z Polski.

Published in: on Czerwiec 24, 2012 at 10:21 am  Dodaj komentarz  
Tags:

Transformacyjne absurdy

Nigdy nie byłem wielkim fanem Transformersów. Widziałem kilka (no dobra, może więcej niż kilka) odcinków kreskówki i właściwie to tyle. Jednak gdy głos z telewizora przemówił słowami: „Na początku był sześcian…” stwierdziłem, że w sumie mogę obejrzeć pierwszą część fabularnej wersji tej bajki o robotach.

Całość zaczyna się szkicowym wstępem mówiącym o wielkim źródle energii tj. o tymże sześcianie, zwanym inaczej iskrą. Potem dowiadujemy się o deceptikonach, które chcą zdobyć kostkę, zniszczyć autoboty i zawładnąć wszechświatem. Taka sztampa, jeśli idzie o science-fiction. Jednak im dalej, tym ciekawiej…

Może nie doświadczymy tu wielkich zwrotów akcji, zapadających w pamięć, czy też misternej fabuły poruszającej serce i rozum widza, ale znajdziemy tu wiele innych elementów godnych uwagi.

Cały film jawi się w moich oczach jako karykatura fantastyki naukowej i satyra na jej temat. Takie trochę kino klasy B (czyli tak odpałowy i kiczowaty, jak chociażby „Martwe Zło” nie jest, ale niewiele mu brakuje). Twórcy chyba wzięli największe absurdy z różnych standardów sf, podnieśli je do kwadratu i wrzucili do jednego worka. Nie chodzi mi tylko o efekty specjalne, za które z resztą film był nominowany do Oskara, ale o motywy i zdarzenia. Wszystko jest przerysowane i potrafi przyprawić o głośne wybuchy śmiechu.

Gdy akcja zwalnia, z ekranu zaczyna się sączyć sztucznie nadmuchana epickość, czasem jakiś taki patos, co często przewija się przez kiepskie pozycje tego gatunku, które chcą udawać, że jednak mają jakieś ambicje. W przypadku „Transformersów” widz od razu widzi o co w takich scenach chodzi i może świadomie rozkoszować się tą kiczowatością.

Może czasem logika kuleje, coś się nie spina i jest niekonsekwentne, ale to jest film o wielkich, gadających, zmieniających się w auta robotach, napierdzielających się ze sobą, o biednych nastolatkach, które znalazły się przypadkiem w środku całego zamieszania, a także o amerykańskim wojsku i rządzie.

W tym dziele, ta trudna do scharakteryzowania nerdowatość jest aż namacalna. Mamy zahukanego chłopaczka, który wyrywa ją za sprawą samochodu zmieniającego się w robota, a wszystko dla tego, że tajna, rządowa organizacja ukryła pod tamą Hoovera energetyczny sześcian. Absurd, na absurdzie…

Dzięki temu film trafił w moje gusta i poprawił mi kiepski humor.

To było takie połączenie „Supersamca” z odrobinką „Facetów w Czerni” i… ja wiem? Może „Godzilli”. Jest to na tyle specyficzne, że nie każdemu mogę polecić oglądanie, ale jeżeli ktoś czuje w sobie pierwiastek nerdyzmu, powinien zobaczyć.

Pozdrowienia z planety Ziemia!

Published in: on Czerwiec 1, 2012 at 10:19 pm  Dodaj komentarz  
Tags:

Rocznica

Hura, hura, ten blog ma już rok. Nie sądziłem, że dożyję tej chwili. Z różną częstotliwością, ale dotrwałem w tym dziele do teraz. Mogę chyba być z siebie dumny 😛

Wielu rzeczy, które zaplanowałem sobie przed rokiem, nie zrealizowałem dotychczas. Ale sporo innych mi wyszło. Generalnie jest lepiej, niż gorzej, co nie znaczy, że nie mogłoby być jeszcze lepiej.

Po rezygnacji z części ambicji, życie poczęło płynąć leniwszym rytmem. Odwyk od twórczości literacko-beletrystycznej wszedł mi chyba na dobre, ale wakacje są świetną okazją by pocierpieć, a więc tworzyć (jak wiadomo, artysta by tworzyć, musi cierpieć). Mam nadzieję, że tym razem się uda dociągnąć parę utworów do końca.

Jednakowoż patrząc w przyszłość, mianowicie w maj przyszłego roku, dostaję niejakiej paniki. No nic, w pewnym momencie trzeba będzie odłożyć bajdurzenia na bok i zakuwać do matury.

W każdym razie będzie dobrze. To będzie również tyle, jeśli chodzi o dziś.

Pozdrawiam każdego kto tu kiedyś zawitał.

Published in: on Maj 28, 2012 at 7:36 pm  Comments (1)  
Tags:

W czym zawinił Ikar?

„Zbrodnia i Kara” była zapowiadana jako najlepsza lektura z pozytywizmu. Twierdzili tak wszyscy: koledzy, nauczyciele i wiele innych osób. Stety, niestety, okazało się inaczej.

Pozytywizm jako epoka nie przypadł mi do gustu. Literacko nie dostajemy nic ciekawego. Nowele maja tę zaletę, że są krótkie, ale cóż z tego, jeżeli nie potrafią wciągnąć, a treści przez nie przekazywane może i są dobre, ale… dla czterdziestolatków pokroju Wokulskiego. Większość powieści tamtego czasu znam raczej w zarysie, niemniej dalekie są one od zainteresowania mnie. Przez „Lalkę” nie przebrnąłem (akurat w tym przypadku broni jeszcze nie składam), „Nad Niemnem” zrobiło na mnie negatywne wrażenie pomimo całkiem niezłej fabuły (to co udało mi się wynieść ze streszczenia świadczy dość dobrze o tym aspekcie). Wina leży tu w narracji. Maniera literacka Orzeszkowej nie trafia w mój gust. Przychylam się również do ogólnego hejta na długie opisy przyrody.

Najlepsze co odnalazłem w powieściopisarstwie końca dziewiętnastego stulecia to „Potop”. Zapewne spora w tym zasługa stylizacji na realia historyczne. Oczywiście całość można było napisać zwięźlej, lecz w porównaniu z innymi, swoimi rówieśnikami wypada to dość przyzwoicie.

Czym innym jest liryka tamtego okresu, znana mi niestety tylko z dokonań Asnyka, jednak tym zajmę się kiedy indziej.

Kończąc ten przydługi wstęp i przechodząc do sedna odnieść się mogę do oczekiwań jakie zostały we mnie zbudowane. Po powieści Dostojewskiego spodziewałem się przeszywających na wskroś opisów psychologicznych i obfitującego w niuanse gabinetu osobowości.

A co dostałem?

Cóż… pozycję przeciętną pod względem głębi, a przy tym nie porywającą warsztatowo. Może to wina autora, a może tłumacza (Podgórzec), ale czyta się to tragicznie. Nie zamierzam tu pisać o „Panu Tadeuszu”, którego samo czytanie sprawiło mi całkiem sporą frajdę (to przecież inny rodzaj literacki), lecz nawet takie gnioty jak „W pustyni i w puszczy”, czy „Ania z Zielonego Wzgórza” były przyjemniejsze w odbiorze. Takim zabiegiem można było chcieć skłonić czytelnika do wnikliwszego zapoznania się z treścią tego „dzieła”. Tylko z czym się tu zapoznawać? (spojlery w dalszej części są nagminne)

Jakiś idiota (obstawiam, że tytuł „Idiota” powieści tegoż samego autora, ma głębszy sens autobiograficzny) to jest Raskolnikow, będący głównym protagonistą, postanawia zabić starszą panią parającą się lichwą. Motywy tego czynu nie są w pełni jasne. Podobno Dostojewski, poprzez usunięcie wszechwiedzącego narratora, chciał wymusić na czytelniku jak najintensywniejszą refleksję nad czynem bohatera. Odbiorca sam powinien zanalizować wszelkie, uprawdopodobnione rozważaniami postaci i dialogami między nimi, motywy zbrodni  i zastanowić się nad ich sensownością dla głównego bohatera. Jednak w efekcie nie mamy o co się oprzeć. Mój Raskolnikow może być zupełnie kim innym, niż Raskolnikow powstały w wyobraźni innego czytającego. I w tym ma tkwić siła tej powieści? To ma być doskonałość powieści polifonicznej?

Koniec końców sprowadzić to można do stwierdzenia, że „wszystko jest względne”. Taki też relatywizm jest przez tę książkę promowany. Cała ta teoria głównego bohatera, zaczerpnięta po części z Nietzschego (fragmentarycznie rzecz jasna; tak samo czynił np.: A. Hitler, a jego jakoś nam w szkołach nie każą czytać) jest, mówiąc metaforycznie, tak samo do „nietzschego”. Ludzie będący w większości nic nie znaczącą masą? Dobra, na to, to i ja wpadłem, jednak co daje komukolwiek prawo do decydowania o tym, że to on jest jednostką wybitną, motorem napędowym świata? On sam? Obiektywne jak cholera… ale od czego mamy tu relatywizm? Każdy sam decyduje o swoim nadczłowieczeństwie i o normach jakie go ograniczają. W pewnych ramach jest to słuszne. Jeśli jednak i te ramy wyznaczy sobie sam…? Paranoja!

A co jeśli przyjąć, że Rodion dokonał napadu, na tle rabunkowym, a poprzez niedoskonałości w jego przebiegu, autor chciał pokazać, że niema zbrodni doskonałej i jednocześnie, że istnieje sumienie? W tym wypadku główny bohater wychodzi znowu na ćwierć inteligenta. Ze słuchu rozpoznał gdzie lichwiarka chowa pieniądze? Jasne… Do tego plan od początku mu się sypał. Spóźnił się i w związku z tym znacząco wzrosły szanse na obecność Lizawiety w mieszkaniu. I w ten sposób uzyskał dwa trupy, nie jednego. Oj, naszemu bohaterowi daleko do tuzów świata przestępczego.

Reszta postaci to w większości miałkie tło. Co z tego, że sporo o nich się dowiadujemy, jeżeli są one nijakie i nie wzbudzają jakichkolwiek uczuć. Czasem można się skrzywić nad postępowaniem co poniektórych i to w zasadzie tyle. Otrzymujemy mniej więcej to, czym raczą nas komercyjne stacje telewizyjne. Wybijają się Razumichin i Porfiry, przy czym ten drugi jest zarysowana raczej w złym świetle (zły pan policjant, który śmie dedukować o winie naszego wybitnego nadczłowieka. Jak on tak może?).

Przychylić się mogę do podejrzeń, jakoby książka ta propagowała treści socjalistyczne w jak najgorszym tego słowa znaczeniu (Piłsudski też był socjalistą, a on mnie bynajmniej nie mierzi). „Zbrodnia i Kara” jest lewacka (nie lewicowa w ówczesnym znaczeniu liberalno-postępowym, lecz właśnie lewacka) nawet jak na dzisiejsze standardy. Prawdopodobnie dla tego cieszy się tak przychylnymi opiniami i szeroką reklamą.

Sama kara realizowana jest wielowymiarowo i można się jej dopatrywać w wielu rzeczach, które spotykają zabójcę po, a nawet przed popełnieniem zbrodni. Jednakowoż jej wymiar wydaje się być cokolwiek niski i pozostawiający niedosyt. Z pewnością wiele zależy tu od rozumienia pokuty, które u prawosławnych jest inne, niż u wiernych wyznania rzymskokatolickiego. Słabo do mnie jednak przemawia koncepcja jakoby pokuta mogła stworzyć nowego człowieka. Skłaniam się raczej ku: „wybaczamy, ale nie zapominamy”.

Podsumowując: „dzieło” to mi się nie spodobało. Po przeczytaniu w gimnazjum „Potulnej/ Łagodnej” miałem mieszane uczucia co do pisarstwa Dostojewskiego, teraz wiem, że nie jest ono specjalnie zachwycające.

Jest tyle świetnych książek na tym świecie; dlaczego w szkołach faszerują nas taką tandetą?

P.S.: (adnotacja do tytułu) Do niedawna myślałem, że ludzie myślący, iż tytułową zbrodnie popełnił Ikar występują tylko w żartach. Okazało się jednak, że byłem w błędzie. Kilka dni temu jeden z ludzi chodzących ze mną do klasy przyznał, iż był święcie o tym przekonany… Czy ja naprawdę chodzę do tak kiepskiego liceum?!?

Published in: on Maj 22, 2012 at 9:08 pm  Dodaj komentarz  
Tags: ,

Plemię Sasów

 Zespół Saxon jest po dziś dzień jednym z ważniejszych filarów nurtu New Wave Of British Heavy Metal, chociaż jego debiutancki album nie zapowiadał tego zbyt dobitnie. Zanim jednak przejdziemy do omawiania wspomnianego krążka, warto pochylić się nieco nad historią zawiązania się samego zespołu, który powstał na skutek fuzji dwóch innych formacji.

Jedną z nich była, preferująca progresywne brzmienia, grupa Coast. W połowie lat siedemdziesiątych jej szeregi opuścił perkusista, który postanowił poświęcić rockową karierę na rzecz pracy w charakterze kierowcy ciężarówki. W składzie pozostał tylko gitarzysta Paul Quinn i grający na basie wokalista Peter „Biff” Byford. Mniej więcej w tym samym czasie, skłaniający się ku bluesowym korzeniom, zespół Son Of A Bitch stracił śpiewającego gitarzystę i postanowił uzupełnić swój skład o „Biffa” i Quinna. Panowie przystali na tę propozycję i jako kwintet (oprócz pozyskanych wokalisty i gitarzysty skład stanowili basista Steve Dawson, perkusista Pete Gill i drugi wioślarz Graham Oliver) związali się z francuską wytwórnią Carrere, rozpoczynając nagrywanie materiału na płytę pod tytułem „Saxon”. Długotrwałe naciski wywarły decyzja o zmianie nazwy grupy na nieco „milej” brzmiącą; po jakimś czasie zaczerpnięto ją prosto z longplaya.

Muzycy jako swoje inspiracje wskazywali hardrockową klasykę taką jak wczesne dokonania Black Sabbath i Deep Purple (jak zresztą większość postaci zasilających scenę NWOBHM). Deklarowali również sprzeciw punk rockowi kojarzonemu z bezsensownym hałasem wydawanym przez ludzi, którzy nie za bardzo potrafią posługiwać się instrumentami. Jednakowoż sami przyznają się również do inspiracji tym, popularnym wówczas, gatunkiem, z którego czerpali zadziorną prędkość utworów.

Debiutancki album zaczyna się dość energetycznie, by już chwilę potem przyhamować i wpaść w nieco liryczny nastrój. „Rainbow Theme” wita słuchacza iście magicznym klimatem. Nie inaczej jest w warstwie tekstowej, opowiadającej o ukrytym w górach, intrygującym sekrecie. Utwór przechodzi we „Frozen Rainbow” o odwrotnej konstrukcji. Zaczyna się progresywnymi gitarami, by pod koniec nabrać motorycznego rytmu. Znać po tym zamiłowanie muzyków do takich zespołów jak choćby Yes (BTW „90125” mogę uznać za płytę swojego wczesnego dzieciństwa).

Opisujący pannę lubiącą bawić się młodymi chłopcami „Big Teaser” to już porządny, riffowy numer, co prawda jeszcze niezbyt ciężki, ale dający jakieś pojęcie o kierunku, który potem został obrany przez grupę.

Kolejnym utworem ze zmianami tempa jest „Judgement Day”, którego tekst, jako nawiązujący do zagadnienia wiary, jest dość niejednoznaczny. Można go na przykład zinterpretować jako przytyk do typowych dla metalu piosenek z gatunku „przyjdź szatanie i zjedz moje śniadanie”. Faktycznie, Saxon nie ma zbyt wielu utworów odwołujących się do sił  nieczystych, a nawet jeśli, to raczej nie można ich nazwać „bluźnierczymi”. Może po prostu posprzeczali się z kolegami z zespołów takich jak Angel Witch (rozpoczynającego karierę pod nazwą Lucifer).

W „Stallions Of The Highway” można dopatrzyć się wielu elementów charakterystycznych dla późniejszej działalności grupy. Muzycznie mamy tu do czynienia z typowym dla NWOBHM dynamicznym rytmem i nieprzytłoczoną nim melodią. Nadal nie ma tu jednak dostatecznego ciężaru. Ponadto tekst o motocyklach (wariacje na ten temat pojawiają się na naprawdę wielu ich płytach) jest zaśpiewany jakoś tak… mało satysfakcjonująco i jakby na siłę niedbale.

Momentami nieco skotłowany „Backs To The Wall”, o fajnie rozedrganym, pulsującym rytmie, tekstowo przywodzi mi na myśl „Never Surrender” z ich czwartej płyty. Niemniej jest to kolejna piosenka o tym, by twardo obstawać przy swoim.

„Still Fit To Boogie” znowu porusza podobny temat jak poprzednik, jednak tym razem remedium na osłabłą wole przeżycia ma być muzyka. Całość podana jest zamaszyście, z rockowym nerwem.

Rozpoczynający się werblami „Militia Guard” jest chyba moim ulubionym utworem z tej płyty. Wstawka gitary akustycznej robi świetne wrażenie, podobnie jak wielogłosy w końcówce. Zafrapować mogą dynamiczne zmiany nastroju; frapujący na pewno jest też tekst o trudach walki o pokojowe współżycie (eee… zabrzmiało to niczym: „Będziemy walczyć o pokój do ostatniego żołnierza”, ale niech tam).

Wydana w 2009 reedycja wzbogacona została o bonusowy materiał. Mamy więc dostęp do demka z 1978, a więc jeszcze z czasów, gdy zespół nosił dumne miano Son Of A Bitch. Jakość jest całkiem przyzwoita. Dzięki temu doszukać możemy się zmian jakie zaszły w kilku utworach. Zasadniczo rok pracy wyszedł wszystkim kompozycjom na dobre. Może wokal w „Stallions Of The Highway” jest nieco przyjemniejszy, może wydłużone „Rainbow Theme” ma jeszcze lepszy klimacik od oryginału (głównie dla tego, że jest dłuższe :P), ale w większości są to uproszczone wersje tego, co trafiło na album.

Dalej mamy rejestrację występu we Friday Rock Show z lutego 1980. Zespół nagrywał już wtedy materiał na drugą płytę, stąd obecność „747” i „Motorcycle Man”. Utwory zagrane zostały z koncertową werwą i pazurem. Są, przynajmniej miejscami, szybsze i bardziej zwarte. Z ciekawostek: w „Stallions Of The Highway” wytłumiono wyraz „shit”, a w „747” zagrano inny wstęp niż w wersji studyjnej.

Następny jest b-side jednego z singli w postaci „Judgement Day” odegranego na żywca. Niestety jakość już nie jest taka dobra; wokal jest przytłumiony i wepchnięty gdzieś tam z tyłu. Okej, czepiam się… Jeżeli pominąć technikalia to wykonanie jest więcej niż w porządku.

Na koniec dostajemy trzy koncertówki z festiwalu Monsters Of Rock. Czuć, że muzycy dają z siebie wszystko. Opis swoich wrażeń z tego wydarzenia zawarli w późniejszym utworze „And The Bands Played On”.

Cóż rzec można o tej płycie? Jak na debiut udana, chociaż w obecnym czasie nie powala aż tak, jak to miało zapewne miejsce te kilka dekad temu. Słychać na niej pewne zaczątki tego, co będzie kojarzone z zespołem już za kilka lat. Jednak ten longplay jest dość różny od tego co można usłyszeć na następnej płycie, a co dopiero na takim „Metalheadzie”. Kompozycje są lżejsze, mniej w nich tego „heavy”. Przy czym nie ma tu takiego wygładzenia jak np. na „Destiny”… ale to są już dywagacje na inną notkę.

Rozpisałem się co niemiara, ale to pierwszy tekst, który piszę tak naprawdę dla siebie od kwartału, jak nie lepiej. Po takim odwyku chyba wreszcie wróciły mi siły. Żeby jednak nie było: na blogu notki będą lądować nieregularnie, ale do końca czerwca tak z osiem (sic!) powinno przybyć.

Niniejszym żegnam się, a płytę polecam!

Published in: on Maj 2, 2012 at 6:37 pm  2 Komentarze  
Tags: ,

Deus Ex: Bunt Ludzkości

 Wreszcie uporałem się z Deus Exem: Bunt Ludzkości. Pisząc „wreszcie”, nie mam na myśli, że była to męczarnia i przymusowe przedzieranie się przez grę na siłę. Wręcz przeciwnie. Zajęło mi to grubo ponad cztery miesiące, gdyż nie mogłem znaleźć czasu na granie. Zajmowałem się zyliardem innych rzeczy, a nie tym czym powinienem, czyli obcowaniem z tą nadwyraz zacną produkcją. Teraz dostrzegam mój błąd 😛

 Human Revolution spełnił moje oczekiwania. Dostałem dobrą grę, pozwalającą na różnorodne podejście do rozwiązywania stawianych przez nią problemów. Mechanicznie, kooperatywa Square Enix i Eidos Montreal, spisała się znakomicie. Zarówno skradanie się, jak i otwarta walka, sprawiają dużo frajdy. Ilość wszczepów jest optymalna: nie jesteśmy przytłaczani ogromem decyzji, a jednocześnie, nawet jeśli nasz wybór nie był w pełni przemyślany, dostajemy modyfikację, która gdzieś się przyda. Bardzo dobrze wypadł system chowania się za osłoną, połączony ze zmianą perspektywy na TPP.

 Grafika i fizyka gry, jak na moje oko, są w porządku. Szału może na codzień nie ma, ale momentami jest bardzo ładnie. Oprawy wizualna i dźwiękowa trzymają wysoki poziom; muzyka podkreśla nastój miejsc, które zazwyczaj prezentują się klimatycznie. Jednakowoż wolałem muzyczkę z pierwszego Deusa 😉

 Troszkę zawiodłem się na otwartości lokacji. Swoboda w poruszaniu się obejmuje zwykle tylko daną lokację. Dwa główne huby są spore, co zaciera wrażenie zbyt małej wolności w łażeniu tu i tam, natomiast inne miejsca, w których wykonujemy misje, są może i trochę za małe, ale pozwala to na lepsze prowadzenie fabuły.

 No właśnie, fabuła. Wielu gderało, że będzie nazbyt uproszczona i dostosowana do gustu ogółu. Chyba jednak nie mieli racji. Widać dużą uwage przywiązaną tak do zadań pobocznych, jak i do wątku głównego. Małe questy wciągają, opowiadając zwarte i ciekawe historie. Fabuła przewodnia ma za to niezły rozmach. Początkowe śledztwo szybko przeradza się w osobiste zmagania Jensena z resztą świata. Przez rozgrywkę przewiną się wielkie korporacje, organizacje o podwójnych, niejasnych celach, a nawet sami ILUMINACI. Są spiski, knowania i walka każdego z każdym o swój własny interes, w której częstokroć Adam stanie się narzędziem jednej ze stron. Wyborów jest sporo, a każdy ma konsekwencje. Gra stawia pytania, które można interpretować dosłownie, tzn. na płaszczyźnie uniwersum Ziemi a.d. 2027, ale równie dobrze przenośnie, w kontekście czasów obecnych, a kwestie moralności są ponadczasowe.

 Poutyskiwać mogę sobie jeszcze na nawiązania. Miałem nadzieję na więcej tych odnoszących się do pierwszego Deus Exa. Było ich ledwie kilka, a w pamięci zostały mi trzy. Puszczanie oka do gracza na tle popkulturowym, też wyszło raczej ubogo, ale rozmowa dwóch policjantów o Robo-Copie, może to zrekompensować.

 Podsumowując: grę polecam właściwie każdemu, chyba, że ktoś toleruje tylko strzelaniny w stylu rambo. Rozgrywka zapewnia dużo satysfakcji, a fabuła zrealizowana została na bardzo wyskokim poziomie.

 Pozdrawiam i niech cyberprzestrzeń lekką Wam będzie!

Published in: on Styczeń 8, 2012 at 7:11 pm  Dodaj komentarz  
Tags:

Przemyślenia pokxavrasowe

 Właśnie skończyłem czytać dukajowe opowiadanko „Xavras Wyżryn” w tomiku wraz z „i innymi fikcjami narodowymi”. Ostatnio błądziłem gdzieś w rejonach rozmyślań o patriotyźmie i Ojczyźnie, a że Dukaja poznałem już z „Króla Bólu” (stosowanego w za dużych dawkach, co wykrzywiło efekt, ale dało mi nauczkę, by dzieła tego pisarza pochłaniać w subtelniejszych porcjach), postanowiłem sięgnąć po jego przemyślenia w tej materii.

 Intrygujące były już cytaty, z recenzji, na okładce. Jeden ukazujący ten utwór jako bodziec do odrzucenia patriotyzmu będącego siłą destruktywną, a samego autora jako „epigona polskiego romantyzmu” (przytaczam cytat, gdyż słowo „epigon” jest po prostu… niesamowite), podczas gdy drugi uznaje opowiadanie o Wyżrynie za niezwykły „boost” patriotyczny. Nasuwa się pytanie: jak jest na prawdę?

 Tak na prawdę, nikt nie może udzielić prawidłowej odpowiedzi na postawione pytanie. Prawda, zwłaszcza w kontekście „Xavrasa”, jawi się nad wyraz relatywnie… Każdy ma swoją. Jedni są gotowi za nią zginąć, inni z łatwością zmieniają swoją dotychczasową, na tę, która zostanie im wciśnięta. Ten utwór literacki nie daje odpowiedzi na żadne pytanie, nieważne, czy postawione przed, w trakcie, czy po lekturze. Sam postawi dodatkowe, zmusi do wymyślenia na nie odpowiedzi i zostawi nas li-tylko z marnym cieniem tejże, alibo nawet bez niego. Chyba, że to ja niczego nie rozumiem… Póki co uznajmy, że coś tam jednak zatrybiłem i pojmuję co nieco.

 Gdy przebrnąłem przez kilkanaście pierwszych stron zacząłem myśleć, że okaże się, iż Xavrasa wcale nie ma, że będzie tylko legenda, którą Smith (główny bohater – reporter) pod koniec zdemaskuje. Mit rozsypie się, udowadniając, że każda śmierć w jego imie była nic nie warta… To byłoby jednak zbyt proste. W zamian za to, czytelnik otrzymuje niezłe pranie mózgu. Walka o wolną Polskę, po przegranej z bolszewikami w 1920 (wszak mamy tu doczynienia z dość smutną historią alternatywną), wreszcie nabiera tempa. Amerykańscy dziennikarze, wpuszczani pojedyńczo w środkowo-wschodznio-europejską strefę walk, przynoszą swojej stacji krociowe zyski z reportarzy wojennych. Kolejny z nich przybywa właśnie na miejsce, a my wraz z nim poznajemy psychikę aresowego zwierzęcia. W końcu spotykamy i samego przywódce, nieuchwytnego Xavrasa.

 Akcja toczy się dosyć wartkim strumieniem. Tu bombardowanie, tam mała bitwa. Pod względem fabuły jest nieźle. Całość ma lekki, postapokaliptyczny posmak, a przy całej swojej naukowej fantastyczności nie jest przesycone hi-techowymi gadżetami (nie żeby wcale, ale jest tego mało, a w konfrontacji z dzisiejszą techniką nie razi). Rzecz nie rozchodzi się jednak o akcje, fabułę, czy setting. To nie jest fajne czytadełko.

 Całość skałania do refleksji nad patriotyzmem, wlką o wolność Ojczyzny, a w końcu i nad ideą państwowości jako takiej. Ubiera we współczesne szaty koncepcję wallenrodyzmu, podsypaną szczyptą profetyzmu, może i mesjanizmu. Mickiewiczowskie rysy ma sam przywódca rebeliantów, a jego przyjaciel kreowany jest niemal na wypisz-wymaluj Towiańskiego.

 Idea walki o wolność wszelkimi, dostępnymi środkami w zderzeniu z rozwojem broni jądrowej staje się szaleńczym obłędem. Gdy cel przesłania potencjalne ofiary cywilne, ich liczbę i ogrom innych zniszczeń, dochodzi do wielkich rzezi i bezsensownego równania niemal wszystkiego z ziemią. Czy napewno to wszystko jest takie absurdalne? Mają swój cel i chcą go osiągnąć. By zwiększyć prawdopodobieństwo zdobycia nagrody, jaką jest wolna ojczzyzna, są w stanie zrobić wszystko. Czy cel, dla którego poświęca się życie swoje i innych jest czymś złym? No niby tak, bo zabija się ludzi, a to zawsze jest złe. Co jednak by było, gdyby tego celu nie mieć? Życie bez celu przeradza się w nonsensowną egzystencje, w pochłanianie zasobów, trawienie ich i defekowanie resztkami, które zostały. A czyż cel buntowników nie jest szczytny? Wolna ojczyzna dla milionów. Czym przy tym jest poświęcenie mieszkańców kilku nawet miast? Pozbawiając ich żywota, niosą szanse na godne życie w wolności wielu przyszłych pokoleń. Lecz czy w wolności? Bardziej w idei, którą sobie umyślili. Rysowana w pewnym momęcie wizja kraju po przewrocie i odzyskaniu niepodległości nie jest taka różowa. Przecież uzyskaną suwerenność trzeba jeszcze utrzymać. A wrogiem nie będą tylko państwa ościenne. Skuteczniej zniszczyć wszystko można, będąc w środku tego. Skąd pewność, że obywatele nie rozsadzą od wewnątrz państwowego organizmu? Z takiego rozumowania łatwo można przejść przez autorytaryzm do totalitaryzmu. Ale czy nie o to chodzi? Walka idzie przecież o wolny i silny kraj. W końcu to w ojczyźnie chcemy mówić w języku za używanie którego groziła do tej pory kula w łeb. Jeśli się komuś nie podoba, droga wolna, nikt trzymać nie powinien. Wydaje się, że cała kwestja leży w proporcjach. Umiar, nie tylko tutaj, ale i w całym życiu, jest gwarancją kompromisowego, ale jednak szczęścia. Ludu nie można ciemiężyć, jednak, gdy ktoś chce żyć w kraju swoich ojców i utożsamiać się z nimi, powinien znać tego konsekwencjie. Powinien wiedzieć, że żeby uniknąć kolejnej, przymusowej, zbrojnej walki o wolność, musi wykazać się patriotyczną szermierką słowną, już od etapu budowania suwerenności i przez okres jej utrzymywania… czyli póki państwo istnieje.

 Nikt nie powinien pochwalać morderstw, zwłaszcza tych na masową skalę. Co jednak, gdy inne drogi zawiodą, a cel nadal będzie priorytetowy?… Pytrania, pytania… z nikąd odpowiedzi. Kwestie takie jak ta, o której była tu mowa, każdy powinien rozważać indywidualnie, w swojej głowie i w swoim sercu. Prawda, a może jedna z jej wersji, wyjdzie na jaw dopiero, gdy trzeba będzie się opowiedzieć po którejś ze stron. Wtedy dopiero okaże się kim jesteśmy…

 Oczywiście to, co tu napisałem nie jest inspirowane tylko „Xavrasem Wyżrynem”. To opowiadanie pobudziło to, co we mnie już było. Dla tego jest godne polecenia. Pokazuje nam samym, przynajmniej część tego, czym jesteśmy. Przynamniej w kilku kwestiach.

 Co do innych opowiadań ze zbiorku, to jeszcze nie przeczytałem. Jak przeczytam, może coś o nich napiszę.

 A tak jeszcze przy okazji: ten post nie jest oficjalną reaktywacją bloga. Właściwie jego działalność została zawieszona. Przez najbliższy czas postów, albo nie będzie, a najpewniej pojawiać się będą żadko i nieregularnie.

Pozdrawiam!

Published in: on Grudzień 29, 2011 at 4:54 pm  Dodaj komentarz  
Tags: ,

Ognistym mieczem pisane

Właśnie uporałem się z „Ogniem i Mieczem” Sienkiewicza. Czasem lubię udowodnić sobie, że czytanie uznanych książek nie jest takie trudne i nudne, jak to niektórzy twierdzą i zabieram się za znane dzieła literatury (najchętniej polskiej, ale czasem i zagranicznej).

Początek trylogii nie wzbudził we mnie szczególnie negatywnych emocji. Dość zgrabnie spleciono tu wątek militarny z wątkiem miłosnym. Nie jest to szczególnie odkrywcze i nowatorskie nawet jak na tamtą epokę, ale mimo to nie nuży. Na tle kozackiego buntu, którego jedną z przyczyn (historycznych), było nota bene porwanie ukochanej Bohdana Chmielnickiego przez polskiego szlachcica, rozgrywa się podobna historia Jana Skrzetuskiego. Jego ukochaną porywa Bohun, który wspina się potem dość wysoko w hierarhii wojsk kozackich. W epilogu przejmuje nawet rolę Chmielnickiego, jako głównodowodzącego Kozakami.

Mamy tu więc niezłe opisy batalistyczne, połączone z intrygami, knowaniami i uganianiem się za kniaziówną Heleną, która przechodzi z rąk kozackich do rąk szlacheckich i spowrotem.

Całości nie można odmówić polotu, jednak nie czyta się tego lekko. Zapewne jest to zasługa stylu pisarza (widoczny we wszystkich jego książkach) i nagromadzenia dużej ilości archaizmów. Lektury nie ułatwia duża ilość padających nazwisk. Miłośnikom historii tamtego okresu będą one w większości znane, jednak przeciętnego czytelnika będzie to zapewne nieco odrzucało.

Do minusów książki zaliczyć można sporą rozwlekłość. Wiele jest tu ozdobników, które stanowią o klimacie książki i w sumie dobrze, że są. Jednak akcja momentami jest zbyt rozciągana i taka mało zwarta. Zapewne jest to wynikiem pierwotnej formy publikowania utworu. Sienkiewicz pewnie dostawał gażę za każdy odcinek nadesłany do gazety, więc nie w jego interesie była zwięzłość wątków i kompozycji.

Generalnie książka jest okej i nie ma co na nią sarkać, jednak nie porwała mnie ona na tyle, bym miał wypisywać jakieś peany na jej temat. Można przeczytać, lecz gdyby nie to, że jest tak znzana i ceniona przez środowisko kulturalne, znalazłoby się wiele lepszych książek okołohistorycznych. Osobiście lubię martyrologię i to zaliczyłbym na plus, ale jak pokazuje historia, nie każdemu przypadnie to do gustu.

Pozdrawiam

Published in: on Sierpień 31, 2011 at 6:42 pm  Dodaj komentarz  
Tags:

Bunt Ludzkości: odparować, czy wydestylować?

 No, to Steama już poznałem. W związku z tym, mogę z czystym sumieniem przyłączyć się do ogólno-graczowego hejta na rzeczony system. Co prawda, bez większego entuzjazmu, bo jak już wiadomo o co chodzi, to nie taka para straszna, jak ją malują. Steam jest oczywiście nieintuicyjny i non-user-frendly, a żeby zainstalować grę z płyty (a nie ściągać ją 8 godzin z internetu) trzeba się sporo napocić, ale mimo to, spodziewałem się czegoś jeszcze gorszego.

 Inna kwestia jest taka, że szukając w googlu porad i tutoriali do Steama, natknąłem się na wiele stron, z których można było pobrać najnowszego Deus Ex’a, omijając wszelkie zabezpieczenia. Nosz, po kiego wała robić zabezpieczenia, które są łamane w dzień po światowej premierze?

 Także fanem Steama nie zostanę, niemniej nie zamierzam rezygnować z gier, które z niego korzystają, tylko dla tego, że jest niedopracowany. Polska biurokracja również pozostawia wiele do życzenia, a z kraju nie zamierzam się wyprowadzać.

 Przejdźmy jednak do pierwszych wrażeń z Deus ex: Bunt Ludzkości. Gdy doprowadziłem już do odpalenia gry, bez konieczności podpinania się do neta, przysiadłem i właściwie nie wstawałem przez kilka godzin. Wciągnęło mnie, czyli jest dobrze. Początek nie wywarł co prawda najlepszego wrażenia. Akcja, która rozgrywa się jeszcze nim Adam zostanie odrutowany, nie wzbudza zbyt wielu emocji, co jest trochę dziwne, gdyż trup bogu ducha winnych naukowców ściele się gęsto, a laboratorium atakowane jest znienacka przez nie do końca normalnych ludzi (i nie chodzi mi tu tylko o to, że trzeba być strasznym popaprańcem, by mordować innych). Jako zawiązanie fabuły działa nieźle, ale przyjemności z grania dużej nie daje.

 Prawdziwa zabawa zaczyna się 6 miesięcy później, gdy dla ratowania naszego życia powszczepiano nam to i owo. Musimy zająć się pro-ludzkimi działaczami, którzy nie są specjalnie humanitarni, gdyż zakładników, których wzieli w punkcie wysyłkowym firmy Sarif Industries, wymordowali niemal co do sztuki. Główne zadanie polega na wejściu do budynku i zabezpieczeniu wszczepu Tajfun (cudo dla wojska, pozwalające na załatwienie kilku ludzi jednocześnie). Przy okazji możemy uratować ostatnią zakładniczkę, która pozostała przy życiu. Niby nic nadzwyczajnego, jednak w trakcie wykonywania tego zadania, wychodzi na jaw kilka nader ciekawych rzeczy.

 Osobiście starałem się grać cicho. Skradanie się zrealizowano w grze dobrze. Nie jest to takie łatwe i chcąc zainkasować bonusy za nie wywołanie alarmu, musiałem kilka (-naście) razy wczytywać grę. Do tego ten styl gry daje nam więcej pedeków (tak mi się coś zdaje). Warto eksplorować wszelkie miejsca, gdyż jest to sowicie premiowane.  Miłym bonusem są punkty doświadczenia przyznawane, za czytanie wywodów naukowych na e-bookach. Po za tym, dzięki temu, lepiej wczówamy się w świat.

 Póki co, wrażenia z prequela słynnego Deus Ex’a są conajmniej bardzo dobre. Zobaczymy, jak to się potoczy dalej.

Published in: on Sierpień 27, 2011 at 11:36 am  Dodaj komentarz  
Tags: ,