Jonowe silniki napędzane absurdem

Dawno temu, za górami, za lasami… czytałem „Bajki Robotów” znanego nie tylko w naszej części świata, a uznawanego przez wielu za wybitnego pisarza, Stanisława Lema. Nie wywarły one na mnie jakiegoś szczególnie pozytywnego wrażenia. Ani nie wciągnęły, ani nie zafrapowały. Może to kwestia młodego wieku i okoliczności jakie mu towarzyszyły, wszak był to beztroski czas gimbazy. Teraz jednak, już jako (za jakieś 14 dni) student, odczułem potrzebę zapoznania się, przynajmniej pobieżnie, z dorobkiem tego twórcy. Pragnienie to zdaje się mieć swe korzenie w podświadomej chęci zgłębienia, niepojętego dla mego wątłego umysłu, fenomenu jego sławy i wielkiej popularności.

Na pierwszy ogień poszły „Dzienniki gwiazdowe” w wydaniu bazującym zdaje się na tym z 1971 roku. I… nadal nie za bardzo wiem z jakich powodów mam uważać Lema za Wielkiego Prozaika. Nie chodzi o to, że te tak zwane „dzienniki” z formą dziennika nie mają nic wspólnego (nie licząc „Podróży czternastej”), wpisy, choć ponumerowane, nadal nie tworzą chronologicznego ciągu, a fabularnie całość spaja jedynie postać Ijona Tichego. Takie przymioty tylko odrobine wytrącają z równowagi, a to i tak tylko do czasu, aż się przywyknie. Są jednak inne atrybuty, które sprawiają, że to dzieło do mnie nie przemawia.

Jednym z nich jest rodzaj humoru jakim operuje autor, w tej sadze o kosmicznym podróżniku, zdobywającym sławę i rozgłos też nie za bardzo wiadomo z jakich przyczyn. Osobliwa groteska i absurdalność mogą przypaść do gustu, jednak jest to taki ich rodzaj, który popycha skojarzenia odbiorcy nie w stronę Brytyjczyków z grupy Monty Pythona, nawet nie Mrożka, ale Gombrowicza, którego nigdy nie zdołałem polubić, mimo, iż jego wkład w moje 90% z ustnego polskiego jest niezaprzeczalny.

Momentami Lem wikła się w nieścisłości i sprzeczności. W jednym opowiadaniu kosmiczna podróż trwająca niespełna rok jest uznana za niebotycznie długą, kiedy w innym trzydzieści lat lotu mija bez większego rozwodzenia się nad tym. Albo dla czego na Wspanialię ziemska społeczność wysyłała po jednym agencie, a nie jakieś większe komando do zadań specjalnych? Mosad może, a cała Ziemia nie? Z prof. Zazulem też jest problem.

Już abstrahując od zarzutów merytorycznych (przynajmniej w zamierzeniu) muszę dodać, że najzwyczajniej w świecie zabrakło mi w tym zbiorku „tego czegoś”. Nie odczułem działania tej porywającej siły przyciągania, jaka płynie z tych wszystkich książek, które wywołują syndrom „jeszcze jednej strony” i nie pozwalają się oderwać czytelnikowi do innych zajęć. Tu mamy głównie do czynienia z solidnym rzemiosłem pozbawionym jednak „magii” (i nie chodzi tu o ciskanie fajerbolami).

Nie mogę jednak powiedzieć, iż nic mi się w „Dziennikach Gwiazdowych” nie podobało, a przez to, że jest to zbiorek opowiadań właściwie ze sobą nie powiązanych, nie ma konieczności czytania ich wszystkich, a istnieje przeto szansa dokonania odpowiedniej selekcji. Ośmielę się ze swojej strony zaproponować wybór tych, które przypadły mi szczególnie do gustu, a jeśli ktoś planuje zapoznać się tylko z częścią „Dzienników Gwiazdowych”, to szczerze polecam zacząć od nich właśnie:
„Podróż jedenasta” – satyra na PeeReLowskie donosicielstwo i życie pod okupacją, w ciągłym strachu i nieufności
„Podróż trzynasta” – o trudnościach z przystosowaniem się do wytycznych totalitarnej władzy, ale też o indywidualności i wieczności
„Podróż dwudziesta czwarta” – niby paszkwil wymierzony w kapitalizm (jednak gospodarka wolnorynkowa dała sobie radę ze stawianymi problemami), ale istotniejszy jest wymiar, nazwijmy go, socjologiczny. W skrócie o tępocie ludzkiej
„Podróż dwudziesta ósma” – niezła gimnastyka dla filozoficznej części erudycji czytelnika.
Godne uwagi wydają się być również opowiadania „Ze wspomnień Ijona Tichego” II i IV, jako te mniej humorystyczne.
Ewentualnie jeszcze „Podróż dwudziesta pierwsza” jeśli ktoś lubi długie około-teologiczne rozważania. Swoją drogą w tej „Podróży”, jak i w choćby 8, 18, oraz 23 można wyczuć, że Lem ma głęboki żal do Boga. Może za całe zło i cierpienie tego świata, może za coś bardziej osobistego, albo jest to konsekwencja bycia agnostyckim Żydem wychowanym w wierze katolickiej…

W każdym razie w starciu Dick : Lem jest 1 : 0. I nadal mam wrażenie, że na przykład taki Zajdel zjada Lema na śniadanie.

Reklamy
Published in: on Wrzesień 16, 2013 at 6:15 pm  Dodaj komentarz  
Tags: ,

The URI to TrackBack this entry is: https://cobytujeszcze.wordpress.com/2013/09/16/jonowe-silniki-napedzane-absurdem/trackback/

RSS feed for comments on this post.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: