Krwawy doktorek

Philip K. Dick jest postacią tak emblematyczną dla gatunku science-fiction, tak znaną i popularną w tym światku, że ktoś mający się za miłośnika gatunku powinien być zaznajomiony z przynajmniej kilkoma jego najważniejszymi pracami. Jednak, tak się jakoś złożyło, że w mojej wędrówce po bezdrożach literatury dopiero teraz zawędrowałem w jego, na swój osobliwy sposób gościnne, progi. Owszem, kiedyś zdarzyło mi się czytać „Do Androids Dream of Electric Sheep?”, ba nawet po angielsku, ale jak zorientowałem się już po fakcie, było to uproszczone wydanie, dostosowane do możliwości osób dysponujących znajomością lengłydża na dość niskim poziomie; zatem się nie liczy.

Poznawanie tekstów Dicka rozpocząłem od raczej mało znanej (jak na niego) książki pod tytułem „Doktor Bluthgeld”. Kierowałem się przy tym opisem z tyłu okładki (co, jak wszyscy wiemy, jest praktyką naganną i nieprzystojącą yntelektualiście), który głosił jakoby była to najbardziej przystępna książka tegoż autora. To doskonale wróży mojemu dalszemu zapoznawaniu się z jego twórczością, bo książka jest momentami tak dziwna i anormalna, że czyta się ją z najwyższą przyjemnością. Nie chodzi tu o jakieś wysublimowane wizje prowadzące czytelnika w stronę skojarzeń z twardym SF. Tego jest w niej niewiele. Mam tu na myśli raczej ten narkotyczny pierwiastek obrazów rodem z sennego koszmaru, sprawiający, iż jestem w stanie uwierzyć, że powieść pisana była na amfetaminie (jak podobno wszystkie jego prace przed latami siedemdziesiątymi).

Utwór napisany w 1964 roku, a zatem przed doznaną przez autora serią objawień, lub jak chcą niektórzy chorób psychicznych, obfituje w rozmaite „dziwności”. Jedna z osiowych postaci jest fokomelikiem (człowiekiem urodzonym bez rąk i nóg), co najmniej dwóch bohaterów posiada zdolności parapsychiczne (narracja jest poprowadzona w ten sposób, że w zasadzie może im się to tylko wydawać), a córka jednej z protagonistek utrzymuje kontakt z bratem, którego większość osób nie dostrzega, a który odegra w swoim czasie znaczącą rolę. W porównaniu z tym, post nuklearna apokalipsa, na tle której rozgrywa się akcja powieści, wydaje się dość nijaka. Może to z powodu delikatności autora oszczędzającego nam jej opisów. Albo też dla tego, że akcja dzieje się w dużej mierze już po siedmiu latach od wojny, więc pewna część zniszczeń mogła zostać zniwelowana. W każdym razie realia pozostawiają wrażenie niedosytu.

Sama fabuła jest przyzwoita, w końcówce wręcz świetna, momentami nieco fragmentaryczna, co jednak nie przeszkadza w jej odbiorze. Jedynym zgrzytem mogą być socjologiczne rozwodzenia się nad losami bohaterów i momentami „telenowelowość” ich losów („Czy mam zostawić męża i dziecko? Zdradzić go jeszcze raz, czy może już nie? Przeprowadzić się ze wsi do miasta?”). Nie jest tego dużo i w zasadzie to tylko takie moje czepialstwo. Takie wstawki służą prawdopodobnie wykazaniu, że nawet gęsty opad radioaktywny nie może przykryć typowych, ogólnoludzkich rozterek.

„Doktor Bluthgeld” jest książką solidną, może nie wybitnie porywającą, ale chyba całkiem niezłą, by to od niej rozpocząć zagłębianie się w świat ekstraordynaryjnych fantasmagorii jednego z najsłynniejszych pisarzy SF zeszłego wieku.

Published in: on Wrzesień 9, 2013 at 8:34 pm  Dodaj komentarz  
Tags:

The URI to TrackBack this entry is: https://cobytujeszcze.wordpress.com/2013/09/09/krwawy-doktorek/trackback/

RSS feed for comments on this post.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: