„Na Croma!”

Pierwsza wakacyjna lektura za mną. Jak na wakacje, które rozpoczęły się koło 22 maja, czyli po ostatnim ustnym egzaminie, nie jest to zbyt oszałamiający rezultat. Na swoje usprawiedliwienie mogę tylko dodać (pomijając to, że w między czasie zapoznawałem się z grecką filozofią), iż wolumin miał ponad 750 stron formatu niemal A4. Mam na myśli książkę „Conan Barbarzyńca” wydawnictwa Rea. Jak na tak pokaźne gabaryty opakowane do tego w twardą okładkę, waga całości jest zaskakująco nieduża. To w dużej mierze zasługa żółtawego papieru, który nie reprezentuje sobą raczej zbyt wysokiej jakości, ale nie sprawia też szczególnie złego wrażenia. Po jednym przeczytaniu nie udało mi się go w żadnym miejscu uszkodzić.

Wydanie jest więc całkiem przyzwoite, poprzetykane tu i tam ilustracjami (z grubsza po jednej na opowiadanko), które są czarnobiałe i dość oszczędne. Mi przypadły do gustu, ale nie każdemu muszą.

Inną kwestią jest tłumaczenie. W recenzjach, z którymi zapoznawałem się przed zakupem książki podnoszono głosy jakoby nie było zbyt udane. Mimo to postanowiłem zaryzykować. I… hmm… W zasadzie nie jest tragicznie, ALE: po pierwsze patrzę na to z perspektywy osoby, która z anglojęzycznym oryginałem miała kontakt niemal zerowy (niemal, bo, tu ciekawostka, wiele opowiadań i wierszy Howarda dostępne jest na wikisource, legalnie, za darmo). Po drugie, nawet taki ja, może się przyczepić do paru uchybień. Na przykład, w dość brutalny sposób zostanie nam uświadomione, że przekładu dokonała kobieta. Mianowicie w kilku miejscach Conan używa odnośnie siebie czasowników w formie żeńskiej. Za pierwszym razem wprawiło mnie to w niemałą konsternację, ale szczęśliwie szybko ustało (pojawia się to może w dwóch, trzech opowiadaniach).

Nierzadko też używane są dość niefortunne zwroty, które niezbyt pasują do miejsca, gdzie występują. Zapewne w języku angielskim brzmiałyby w takiej formie sensownie, jednak po polsku dałoby się znaleźć, przynajmniej dla niektórych, lepiej pasujące słowa.

Teksty zostały ułożone w takiej kolejności, w jakiej publikowane były w magazynie literackim, do którego pisywał autor. Warto wspomnieć, że są to tylko te teksty, które się tam ukazały, a więc zbiorek nie zawiera kilku pozycji stanowiących dla fanów część kanonu, niemniej dla kogoś, kto z Conanem w wersji papierowej ma styczność po raz pierwszy jest to materiał w zupełności wystarczający.

Osobiście podmieniłbym troszkę kolejność na bardziej chronologiczną z punktu widzenia akcji utworów (pomijam tu chronologie utworzone przez badaczy twórczości Howarda). Jak dla mnie dwa pierwsze opowiadanka, czyli „Feniks na mieczu” i „Szkarłatna Cytadela” powinny znaleźć się na samym końcu (po „Godzinie Smoka”) [tam Conan jest już królem, a wcześniej głównie najmitą], a po „Królowej Wybrzeża” powinien być „Stalowy Demon”, potem „Cienie w Księżycowej Poświacie” i „Ludzie z Czarnego Kręgu”. Reszta tak jak jest. To tylko takie moje czepialstwo.

Tja, przydługi wstęp za nami, a cały czas nie wiadomo o czym to tak mniej więcej jest. Ano, sporo tutaj tego „barbarzyństwa”, które kojarzy się laikowi z Conanem właściwie samo z siebie. W zasadzie w każdym opowiadaniu jest opis jakiejś walki. Od pojedynków jeden na jeden, które są bardzo dobrze opisywane, co nie powinno dziwić zważywszy na fakt, iż autor był pasjonatem boksu, a i sam uprawiał tę dyscyplinę (od lat młodzieńczych, by przeciwstawić się fali przemocy jaka dosięgała go, jako kujona, ze strony rówieśników), po monumentalne bitwy.

Częstym motywem jest również ratowanie nieporadnych kobitek z łap podłych ludzi, tudzież innych, ponadnaturalnych sił. Jednak niekiedy pojawiają się także silne postacie kobiece, takie jak Waleria z Czerwonego Bractwa (Red Sonja to wprawdzie też ten sam autor, ale nie ten cykl opowiadań).

Wiele jest też elementów horroru, które nie pozwalają zapomnieć o tym, że Robert Howard należał do grona znajomych H. P. Lovecrafta. Conan nie boi się przeciwników z krwi i kości, jednak jego serce przepełnia groza na myśl o pomiotach spoza czasu przywoływanych przez mrocznych czarnoksiężników.

Postać Conana z Cymmerii nie jest pozbawiona, przynajmniej pewnych znamion, głębszego rysu psychologicznego. Momentami można dostrzec bajroniczną aurę otaczającą tego bohatera. Buntowniczo-romantyczny charakter uwypuklony jest na przykład w „Ludziach z Czarnego Kręgu”, gdzie pierwotną przyczyną pojawienia się w miejscu akcji Conana jest chęć wzniecenia powstania przeciw ciemiężącemu małą rasę krajowi.

W cyklu opiewającym historie barbarzyńcy z północy, autor dość wyraźnie zarysował swój pogląd na cywilizację, przywodzący na myśl skojarzenia z Rousseau. Dla nich obu cywilizacja wykrzywiała pierwotnie dobrego człowieka, sprawiając, że stał się gnuśny, pazerny i niemoralny. W swym stanie naturalnym ludzie byli czystsi i mniej podatni na złe skłonności. Dlatego to Conan jest tym dobrym, walczącym przeciw zdeprawowanym królom i baronom. Stanowisko względem niszczącej siły cywilizacji wprost jest wyłożone w „Za Czarną Rzeką”, a bardziej subtelnie ukazane w „Domu Pełnym Łotrów”, tudzież w antywojennych „Czerwonych Ćwiekach”.

Generalnie próżno szukać w „Conanie Barbarzyńcy” jakiś głębszych przemyśleń, ale nikogo to chyba nie zaskakuje. Jest to raczej przykład niezłego czytadła, które może trafić do sporej grupy odbiorców. Co ciekawe, jak dla mnie, niekoniecznie może się spodobać archetypicznym czytaczom post-tolkienowskiej fantastyki. Nie ma tu orków, elfów i tego typu klimatów. Akcja osadzona jest, można powiedzieć, w Erze Hyboryjskiej naszego świata, co nawet jest zarysowane w eseju otwierającym zbiorek, gdzie autor wręcz łączy rasy ze swego świata z nacjami znanymi nam ze szkolnych lekcji geografii. Howard podobno lubił pisywać fikcje historyczne, ale nie lubił tracić czasu na przekopywanie książek w poszukiwaniu informacji dających mu osadzenie w realiach. Dlatego wykreował coś w rodzaju świata równoległego, gdzie wiele elementów zaczerpnięte jest z rzeczywistości (Ishtar i Mitra to przedchrześcijańskie bóstwa, a wcale bym się nie zdziwił, gdyby Shemici w którymś z opowiadań wznosili synagogę).

Spora część tych tekstów powinna przypaść do gustu fanom historii przygodowo-awanturniczych takich jak „Piraci z Karaibów” (pomijając to, że w kilku opowiadaniach, jak w „Królowej Czarnego Wybrzeża” Conan sam piraci). Są niemal nietknięte ludzką stopą lądy, są morskie bitwy, jest abordaż i porywanie statków. Wszystko jak się należy.

Z drugiej strony mamy treści trafiające do miłośników klimatów rodem z Edgara Alana Poego. Takie dzieła jak „Feniks na Mieczu”, „Wieża Słonia”, czy „Pełzający Cień” (chyba mój faworyt) mają niesamowitą atmosferę. I, tak, tu też występują goryle 😉

Tomik godny polecenia jako naprawdę fajne czytadło. I do tego ładnie prezentuje się na półce.

Reklamy
Published in: on Czerwiec 29, 2013 at 10:02 am  Dodaj komentarz  
Tags: ,

The URI to TrackBack this entry is: https://cobytujeszcze.wordpress.com/2013/06/29/na-croma/trackback/

RSS feed for comments on this post.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: