Pewien odcień Purpury

Zespół Deep Purple kojarzony jest głównie z latami siedemdziesiątymi. W zasadzie słusznie, bo przecież wtedy nagrywali swoje największe przeboje. Jednak niewielu wie co działo się z zespołem przed słynnym longplayem „In Rock”. A działo się na tyle dużo, że powstały z tego trzy płyty studyjne. A że niedawno ukazał się nowy album, stwierdziłem, iż warto by było cofnąć się odrobinę w czasie i napisać co nieco o debiucie Głębokiej Purpury.
„Shades of Deep Purple” ukazał się jeszcze za owianych mgłą legendy czasów MK I, czyli pierwszego składu. Nazwisk takich jak Blackmore, Paice, czy Lord (Panie świeć nad Jego duszą) tłumaczyć chyba nie trzeba. Za to warto zaznaczyć, że wtedy basistą był niejaki Nick Simper. Natomiast faktem od razu rzucającym się w uszy podczas słuchania jest nieobecność Iana Gillana na wokalu. Do połowy 1969 tę pozycję okupował Rod Evans.
Wydany w 1968 roku krążek zawiera sporą dawkę coverów, co było zgodne z ówczesną strategią zespołu, który drugą płytę z tego samego roku nagrał według podobnego schematu. Metoda wypaliła wprost świetnie, jeżeli chodzi o rynek amerykański, jednak Brytyjczykom raczej nie przypadła do gustu.
Całość otwiera instrumentalny utwór własnego pomysłu o nazwie „And The Address”. Porządna dawka rytmicznego rocka zapowiadająca już po trosze klimat z późniejszych płyt. Następne jest purpurowe wykonanie „Hush” zmarłego rok temu Joe Southa. Całkiem niezłe, acz mniej frywolne niż oryginał. Kolejne „One More Rainy Day”, maluje przed słuchaczem obraz szarego, deszczowego dnia, który zaczyna się zmieniać za sprawą wychodzącego zza chmur słońca. A metaforycznie? Może chodzi o to, że dobre rzeczy jawią się jako takie głównie dzięki temu, że jeszcze przed chwilą było źle, czyli (ekstrapolując) bez zła niema dobra. A może o coś innego…
„I’m So Glad” poprzedzone prawie trzyminutowym, opierającym się na klawiszach „Prelude: Happines” jest kolejnym coverem, tym razem piosenki znanej głównie dzięki triu Cream. Niby wesoły, ale zwolnienia nie pozwalają na zbyt radosne uniesienia. Nie będę się upierał czy to wykonanie jest lepsze od oryginału, jednak mi na pewno do gustu bardziej przypadł śpiew Evansa, niż Brucea.
Wreszcie, z numerem 5, pojawia się bodaj najlepszy utwór z tego wydawnictwa. „Mandrake Root” zaczynający się tak, jakby miał być kolejną przeróbką, tym razem „Foxy Lady”. Szczęśliwie tak nie jest. Pierwsze dwie minuty są tylko hardrockowym wstępem do psychodelicznej jazdy bez trzymanki, zapewne świetnie korespondującej z efektami występującymi po spożyciu tytułowego korzenia. Dalej rzecz w podobnym klimacie, ale już spokojniejsza, czyli „Help”, w którym aranżacja odeszła dość znacząco od bazowego utworu The Beatles. Na tyle, że zdarzyło mi się słyszeć jak ktoś przypisał ten kawałek nie Purplom, ani nawet nie Beatlesom, ale… zespołowi King Crimson. Zatem dość sennie, onirycznie.
Album kończą dwa utwory o miłości. Bardzie wprost sprawa wyłożona jest we własnym „Love Help Me”, dynamicznym utworze, proponującym miłość jako rozwiązanie wszystkich problemów. Natomiast „Hey Joe” chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Poza dodaniem przyciężkiego wstępu ta wersja niewiele różni się od dokonań Hendrixa.
We wznowieniu jakie wydała EMI w 2000 obecnych jest pięć utworów bonusowych. Z nich najbardziej wyróżnia się kawałek „Shadows”. Psychodelizujący, z ciekawym wielogłosem, spokojnie mógłby zastąpić któryś z coverów na właściwym albumie. Reszta to wariacje na temat standardowej zawartości krążka. Wszystkie pozbawione wstępów. Na uwagę zasługiwać może „Hej Joe” wykonane dla radia BBC z wyczuwalnym podbiciem nastrojów (gdzie miało być spokojnie jest spokojniej, a gdzie dramatycznie, tam dramatyzm podniesiony jest o stopień wyżej). Ciekawie prezentuje się też zamykający całość, zagrany w telewizji „Hush”. Słychać, że czas nie obszedł się zbyt łagodnie z nagraniem; całość jest przytłumiona i taka obscur.
Płycie brakuje trochę do najsłynniejszych dokonań grupy, a osobiście stawiam ją nawet niżej od „The Battle Rages On…”, jednak jak na debiut, nagrywany do tego w dwa dni, raptem po kilku miesiącach wspólnego grania, jest nieźle. Jeśli ktoś jest fanem purpli, albo lubi amerykański rock schyłku lat sześćdziesiątych powinien zapoznać się z tą płytą. Reszta znajdzie dla siebie w dorobku Deep Purple wiele ciekawszych pozycji, nawet jeśli chodzi o MK I (konkretnie trzecią płytę, pod tytułem „Deep Purple”).
Mi nie pozostaje nic innego, jak kupić „Now What?!” i czekać na wrocławski koncert.

Reklamy
Published in: on Czerwiec 30, 2013 at 6:34 pm  Dodaj komentarz  
Tags: ,

„Na Croma!”

Pierwsza wakacyjna lektura za mną. Jak na wakacje, które rozpoczęły się koło 22 maja, czyli po ostatnim ustnym egzaminie, nie jest to zbyt oszałamiający rezultat. Na swoje usprawiedliwienie mogę tylko dodać (pomijając to, że w między czasie zapoznawałem się z grecką filozofią), iż wolumin miał ponad 750 stron formatu niemal A4. Mam na myśli książkę „Conan Barbarzyńca” wydawnictwa Rea. Jak na tak pokaźne gabaryty opakowane do tego w twardą okładkę, waga całości jest zaskakująco nieduża. To w dużej mierze zasługa żółtawego papieru, który nie reprezentuje sobą raczej zbyt wysokiej jakości, ale nie sprawia też szczególnie złego wrażenia. Po jednym przeczytaniu nie udało mi się go w żadnym miejscu uszkodzić.

Wydanie jest więc całkiem przyzwoite, poprzetykane tu i tam ilustracjami (z grubsza po jednej na opowiadanko), które są czarnobiałe i dość oszczędne. Mi przypadły do gustu, ale nie każdemu muszą.

Inną kwestią jest tłumaczenie. W recenzjach, z którymi zapoznawałem się przed zakupem książki podnoszono głosy jakoby nie było zbyt udane. Mimo to postanowiłem zaryzykować. I… hmm… W zasadzie nie jest tragicznie, ALE: po pierwsze patrzę na to z perspektywy osoby, która z anglojęzycznym oryginałem miała kontakt niemal zerowy (niemal, bo, tu ciekawostka, wiele opowiadań i wierszy Howarda dostępne jest na wikisource, legalnie, za darmo). Po drugie, nawet taki ja, może się przyczepić do paru uchybień. Na przykład, w dość brutalny sposób zostanie nam uświadomione, że przekładu dokonała kobieta. Mianowicie w kilku miejscach Conan używa odnośnie siebie czasowników w formie żeńskiej. Za pierwszym razem wprawiło mnie to w niemałą konsternację, ale szczęśliwie szybko ustało (pojawia się to może w dwóch, trzech opowiadaniach).

Nierzadko też używane są dość niefortunne zwroty, które niezbyt pasują do miejsca, gdzie występują. Zapewne w języku angielskim brzmiałyby w takiej formie sensownie, jednak po polsku dałoby się znaleźć, przynajmniej dla niektórych, lepiej pasujące słowa.

Teksty zostały ułożone w takiej kolejności, w jakiej publikowane były w magazynie literackim, do którego pisywał autor. Warto wspomnieć, że są to tylko te teksty, które się tam ukazały, a więc zbiorek nie zawiera kilku pozycji stanowiących dla fanów część kanonu, niemniej dla kogoś, kto z Conanem w wersji papierowej ma styczność po raz pierwszy jest to materiał w zupełności wystarczający.

Osobiście podmieniłbym troszkę kolejność na bardziej chronologiczną z punktu widzenia akcji utworów (pomijam tu chronologie utworzone przez badaczy twórczości Howarda). Jak dla mnie dwa pierwsze opowiadanka, czyli „Feniks na mieczu” i „Szkarłatna Cytadela” powinny znaleźć się na samym końcu (po „Godzinie Smoka”) [tam Conan jest już królem, a wcześniej głównie najmitą], a po „Królowej Wybrzeża” powinien być „Stalowy Demon”, potem „Cienie w Księżycowej Poświacie” i „Ludzie z Czarnego Kręgu”. Reszta tak jak jest. To tylko takie moje czepialstwo.

Tja, przydługi wstęp za nami, a cały czas nie wiadomo o czym to tak mniej więcej jest. Ano, sporo tutaj tego „barbarzyństwa”, które kojarzy się laikowi z Conanem właściwie samo z siebie. W zasadzie w każdym opowiadaniu jest opis jakiejś walki. Od pojedynków jeden na jeden, które są bardzo dobrze opisywane, co nie powinno dziwić zważywszy na fakt, iż autor był pasjonatem boksu, a i sam uprawiał tę dyscyplinę (od lat młodzieńczych, by przeciwstawić się fali przemocy jaka dosięgała go, jako kujona, ze strony rówieśników), po monumentalne bitwy.

Częstym motywem jest również ratowanie nieporadnych kobitek z łap podłych ludzi, tudzież innych, ponadnaturalnych sił. Jednak niekiedy pojawiają się także silne postacie kobiece, takie jak Waleria z Czerwonego Bractwa (Red Sonja to wprawdzie też ten sam autor, ale nie ten cykl opowiadań).

Wiele jest też elementów horroru, które nie pozwalają zapomnieć o tym, że Robert Howard należał do grona znajomych H. P. Lovecrafta. Conan nie boi się przeciwników z krwi i kości, jednak jego serce przepełnia groza na myśl o pomiotach spoza czasu przywoływanych przez mrocznych czarnoksiężników.

Postać Conana z Cymmerii nie jest pozbawiona, przynajmniej pewnych znamion, głębszego rysu psychologicznego. Momentami można dostrzec bajroniczną aurę otaczającą tego bohatera. Buntowniczo-romantyczny charakter uwypuklony jest na przykład w „Ludziach z Czarnego Kręgu”, gdzie pierwotną przyczyną pojawienia się w miejscu akcji Conana jest chęć wzniecenia powstania przeciw ciemiężącemu małą rasę krajowi.

W cyklu opiewającym historie barbarzyńcy z północy, autor dość wyraźnie zarysował swój pogląd na cywilizację, przywodzący na myśl skojarzenia z Rousseau. Dla nich obu cywilizacja wykrzywiała pierwotnie dobrego człowieka, sprawiając, że stał się gnuśny, pazerny i niemoralny. W swym stanie naturalnym ludzie byli czystsi i mniej podatni na złe skłonności. Dlatego to Conan jest tym dobrym, walczącym przeciw zdeprawowanym królom i baronom. Stanowisko względem niszczącej siły cywilizacji wprost jest wyłożone w „Za Czarną Rzeką”, a bardziej subtelnie ukazane w „Domu Pełnym Łotrów”, tudzież w antywojennych „Czerwonych Ćwiekach”.

Generalnie próżno szukać w „Conanie Barbarzyńcy” jakiś głębszych przemyśleń, ale nikogo to chyba nie zaskakuje. Jest to raczej przykład niezłego czytadła, które może trafić do sporej grupy odbiorców. Co ciekawe, jak dla mnie, niekoniecznie może się spodobać archetypicznym czytaczom post-tolkienowskiej fantastyki. Nie ma tu orków, elfów i tego typu klimatów. Akcja osadzona jest, można powiedzieć, w Erze Hyboryjskiej naszego świata, co nawet jest zarysowane w eseju otwierającym zbiorek, gdzie autor wręcz łączy rasy ze swego świata z nacjami znanymi nam ze szkolnych lekcji geografii. Howard podobno lubił pisywać fikcje historyczne, ale nie lubił tracić czasu na przekopywanie książek w poszukiwaniu informacji dających mu osadzenie w realiach. Dlatego wykreował coś w rodzaju świata równoległego, gdzie wiele elementów zaczerpnięte jest z rzeczywistości (Ishtar i Mitra to przedchrześcijańskie bóstwa, a wcale bym się nie zdziwił, gdyby Shemici w którymś z opowiadań wznosili synagogę).

Spora część tych tekstów powinna przypaść do gustu fanom historii przygodowo-awanturniczych takich jak „Piraci z Karaibów” (pomijając to, że w kilku opowiadaniach, jak w „Królowej Czarnego Wybrzeża” Conan sam piraci). Są niemal nietknięte ludzką stopą lądy, są morskie bitwy, jest abordaż i porywanie statków. Wszystko jak się należy.

Z drugiej strony mamy treści trafiające do miłośników klimatów rodem z Edgara Alana Poego. Takie dzieła jak „Feniks na Mieczu”, „Wieża Słonia”, czy „Pełzający Cień” (chyba mój faworyt) mają niesamowitą atmosferę. I, tak, tu też występują goryle 😉

Tomik godny polecenia jako naprawdę fajne czytadło. I do tego ładnie prezentuje się na półce.

Published in: on Czerwiec 29, 2013 at 10:02 am  Dodaj komentarz  
Tags: ,