Biadolenie uderza ponownie

Tak się potoczyło moje życie, że wylądowałem w ogólniaku w klasie o profilu biologiczno-chemicznym. Do początku trzeciej klasy gimnazjum nic nie wskazywało, że tak to się skończy. Zawsze było mówione, że jestem humanistą, że powinienem pisać, albo gadać, a najlepiej jedno i drugie. Z perspektywy czasu nie mogę w pełni tego zanegować, jednak muszę temu humanizmowi przydać nieco inny sens. Po prostu trzeba wspiąć się wyżej w semiotykę. Humanizm przecież nie może być pojmowany tylko jako zdolności oratorskie, tudzież okołoliterackie. I właśnie w swym pierwotnym znaczeniu, to jest jako stawianie w centrum rozważań człowieka i jego problemów, przemawia do mnie właśnie ostatnimi czasy. Do mnie: MIZANTROPA! Tu oczywiście można się rozwodzić nad tym, czy to wynika z filozofii egzystencjalnej, z takiego a nie innego pojmowania wiary (tu Rieux by się ze mną najbardziej rozmijał), albo z czegoś co zasługiwałoby na miano „doktryny egoistycznego altruizmu”. Można, tylko po co? Wszak „po owocach ich poznacie”.

Stąd rzecz jasna pomysł z tą całą medycyną. Dochodzi do tego kwestia „powołania”. Ale o ile do kapłaństwa powołanie jest czyś nieodzownym, o tyle dla lekarza nie wydaje się ono aż tak kluczowe (abstrahuje od przeczytanej gdzieś sentencji, że „lekarz żywi się powołaniem, a do pracy przyjeżdża etyką”). Szczerze powiedziawszy (napisawszy) nie wiem, czy odczuwam je w taki sposób, by rzucić wszystko dla kierunku lekarskiego, niemniej coś mi mówi, że powinienem spróbować zawalczyć. Jeśli się nie dostane, to trudno, raczej nie będę próbował drugi raz. Jeśli jednak się dostanę, potraktuję to jako znak od losu (i nie oszukujmy się, od Tego, który nim zawiaduje) i wtedy dopiero nabiorę przekonania, iż jest to właściwy wybór.

A co mnie skłoniło do napisania kolejnej notki o wątpliwych walorach (jakichkolwiek)? Gdy we wrześniu dowiedziałem się, że na WUM-owski lekarski, przy rekrutacji, wystarczy matma zamiast fizyki, nadal nie sądziłem, że mam jakiekolwiek szanse się dostać. Od tego czasu jest lepiej, ale nie wiele. Jednak już wtedy powiedziałem sobie, że jeżeli uda mi się wywalczyć stypendium (spokojnie, szkolne, a nie ministerialne) będę mógł to potraktować jako dobry prognostyk w kwestii wyników maturalnych. Stypendium miało być za pierwszy semestr trzeciej klasy. Semestr skończył się wiele tygodni temu, a tej „nagrodzie” ani widu, ani słychu. Troszkę podłamało mnie też to, że zabrakło mi do pierwszych widełek jednej dziesiątej w średniej (czyli: „ech… pewnie na studia też mi zabraknie jednego procenta z jakiejś matury…”). Dziś jednak dowiedziałem się, iż się udało (musieli doliczyć ocenę z łaciny). Nie są to miliony złotych (nawet starych), ale liczy się sam fakt. Oczywiście nie przesądza to o niczym. Pokazuje jednak, że „uczciwością i pracą, ludzie się bogacą”. Także na razie nie ma mowy o przepijaniu tych pieniędzy. Zostaje tylko arbeit, ten arbeit, który ma nas doprowadzić do wolności (Diefenbacha wolno cytować i parafrazować nie tylko zbrodniarzom).

Reklamy
Published in: on Marzec 5, 2013 at 10:17 pm  Dodaj komentarz  
Tags:

The URI to TrackBack this entry is: https://cobytujeszcze.wordpress.com/2013/03/05/biadolenie-uderza-ponownie/trackback/

RSS feed for comments on this post.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: