„Daremne żale…”

Miała w tym miejscu powstać wielka, epicka notka będąca podsumowaniem moich rozważań w pewnej dręczącej mnie od dawna materii, ale jakoś się doń zebrać nie mogłem. Poza tym byłoby w niej za dużo biadolenia. Tak właściwie to w tej też go nie zabraknie.
Już na samym początku warto zaznaczyć, iż notka nie powstaje zupełnie z mej własnej, wolnej woli, ale nie czuję się też do tego jakoś szczególnie zmuszony (i tak muszę jakoś odreagować cztery godziny kucia i trzaskania zadanek z genetyki). W tym miejscu pragnąłbym pozdrowić spiritus movens tego wpisu (robię to tylko dla Ciebie :P).
Temat przewodni raczej nie będzie zbyt porywający, ale niestety stał się to swoisty leitmotiv mojej egzystencji, jeśli nawet nie w całości, to przynajmniej w znacznej jej części. I niestety zmartwię tu co poniektórych, bo całe te wypociny będą strasznie egocentryczną paplaniną na temat, nie czego innego, jak tylko dalszej ścieżki edukacyjnej, nad wyborem której się biedzę coraz bardziej.
Pytanie numer jeden: dlaczego nie napisałem wprost, że chodzi o studia? Przecież każdy inteligentny, młody człowiek pragnie zostać magistrem (ewentualnie mgr. inż.)… Założenie jest rzecz jasna kłamliwe, jak większość uogólnień, tudzież generalizacji. Niemniej jednak w odniesieniu do mojej (skromnej, a jakże ;P) osoby, jest ono, przynajmniej częściowo, słuszne. Jednak należy uwzględnić kilka czynników, które coraz silniej do mnie przemawiają. Najistotniejszym z nich jest to, że wyższe wykształcenie, w naszych czasach, bynajmniej nie zapewnia adekwatnej (słowo celowo użyte bez doprecyzowania) pracy, co samo w sobie nie tłumaczy jeszcze, dlaczego ktoś chciałby z niego rezygnować. Przecież wiedza dla samej siebie, możliwości (nawet jeśli teoretyczne) i w końcu poszerzenie horyzontów… Tak, to też jest coś, gdyby nie to, że zacząłem zdawać sobie sprawę z motywów, które mnie ku temu kierują. Cały mój wysiłek, ślęczenie nad książkami i inne tego typu bzdety zabierające czas, który mógłbym poświęcić na cokolwiek innego (choćby zalewanie się w trupa), motywowane są przez zwykły strach (albo, nazywając to ładniej: negatywną perspektywę temporalną). Doszedłem do wniosku, że spokój (utożsamiany ze szczęściem) przyniesie mi tylko stabilizacja. I boje się, że nie będę w stanie jej osiągnąć. Oczywiście mam tu na myśli stabilizacje pojmowaną archetypicznie, stereotypowo. Czyli etat (im godziwiej płatny, tym lepiej). Gdy jednak spojrzeć na to z drugiej strony, okaże się, że etat, to żadna stabilizacja, bo przecież zwolnienia, redukcje i tym podobne, mogą zniszczyć wszystko. Biorąc to pod uwagę, jestem w kompletnym arschu, bo życie chwilą i wszelkie, epikurejskie carpe diem (tak, wiem, że to Horacy, ale chodzi mi o współczesny wydźwięk tej postawy) nie są dla mnie. W związku z czym lepiej się nad tym nie zastanawiać i dążyć do utopi (nie, nie mam na myśli tu „uprawiania swojego ogródka”, gdyż ta „stabilizacja dająca szczęście” mogłaby stać się podstawą do budowania dalszych fantasmagorii [to chyba równie skomplikowane jak witkiewiczowska „jedność w wielości”]).
Powracając do pytania rozpoczynającego poprzedni akapit: chodzi o coś takiego co się studium nazywa. Jak niektórzy wiedzą, swoje najbliższe pięć lat zamierzałem związać z farmacją. Studia (pięcioletnie) dają szerokie perspektywy zatrudnienia, a w najgorszym (na pewno?) wypadku zostaje apteka. Tyle teorii. W praktyce zostaje właściwie tylko apteka. I tu pojawia się szczwany plan w postaci studium farmacji. Dwa lata zamiast pięciu, w aptekach pracodawcy chętniej zatrudniają (rzecz jasna bazuję na zebranych i zasłyszanych opiniach), bo mniej trzeba takiemu płacić. I fakt, pensja nieco niższa, niż magistra, ale tylko nieco.
Ale jednak ten brak tytułu (chociażby inżyniera!) nazbyt by mi doskwierał. Jednak i na to można znaleźć receptę. Skoro zdecydowanie zacząłem przedkładać chemię nad biologię (jeszcze dwa lata temu było zupełnie na odwrót), to pójdę na trzyletnie studia (najchętniej chyba technologia chemiczna na PW), a potem albo będę je kontynuował (w między czasie powinienem zdobyć lepsze rozeznanie w sytuacji na rynku pracy), albo pójdę do studium.
Gdyby to tylko było takie proste… Jest to wszak tylko pójście po najmniejszej linii oporu. W najśmielszych dążeniach trzeba mierzyć wyżej… kogo ja próbuję oszukać, na lekarski i tak raczej nie mam szans się dostać . Jeszcze opanowanie chemii i matematyki na te 90%, teoretycznie przynajmniej, miałoby szanse się udać. Ale biologia? Nie dość, że materiału jest od cholery (co innego gdybym mógł się zajmować tylko nim, lecz tak nie jest), to jeszcze trzeba nauczyć się odpowiadać tak, żeby wpasować się w klucz.
Na zakończenie można przejść do tak zwanej prywaty: właśnie z tych powodów muszę rekuzować jeżeli chodzi o X-box-party (właściwie nie tylko w ten piątek, ale w każdy dzień, aż do 23 maja).

P.S.: Wybaczcie ten niekoherentny bełkot szaleńca. Na nic więcej mnie już nie stać…

Published in: on Luty 19, 2013 at 10:33 pm  Dodaj komentarz  
Tags:

The URI to TrackBack this entry is: https://cobytujeszcze.wordpress.com/2013/02/19/tempus-fugit/trackback/

RSS feed for comments on this post.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: