Co jest w górze zapisane?

 Wiek XVIII uznawany jest za wiek rozumu, wiek filozofii, wiek, w którym odrzucano wszystko, czego umysł nie mógł pojąć. Jednocześnie myśliciele tego okresu musieli dostawać niewypowiedzianej ekstazy na wspomnienie o potędze ludzkiej myśli. Uznawali ją przecież za najdoskonalsze (w sumie to i jedyne) narzędzie poznania otaczającego świata, którego moc jest nieograniczona. Można by rzec, że dla nich wszystko dało się pojąć rozumem, a to co wymykało się takiemu pojmowaniu, po prostu nie istniało, stanowiąc w najlepszym wypadku chorą fantasmagorię.

Takie założenie wydaje się zbyt optymistyczne (?) nawet jak na dzisiejsze standardy, kiedy nauka rozszerzyła znacząco zakres swojej dominacji. Okazało się, że im więcej wiemy, tym tak naprawdę wiemy mniej, gdyż każdy ogólnik, którego znaczenie odkrywamy obfituje w szczegóły, których pojęcie zajmuje więcej czasu, a gdy dociekamy intensywnie w materii konkretnego szczegółu dochodzimy do wniosków, że ten szczegół kryje w sobie następne niuanse, a one kolejne.

Niemniej jednak, w owym czasie, filozofia potęgi rozumu stanowiła podwaliny pod liberalizację obyczajów i parę innych czynników, które miały przyczynić się do gruntownej przebudowy świata biorącej swe początki u końca wieku XVIII i nabierającej prędkości rozruchowej we Francji między 1789, a 1799. Generalnie wyszło to raczej na plus, niż na minus, jednak obecny kształt świata jest, mimo wszystko, nie do końca satysfakcjonujący, przynajmniej jak dla mnie (nie, nie żeby miał być bardziej liberalny, ale po prostu inny).

Ta rewolucja, której hasła były tak szczytne jak wolność i egalitaryzm skończyła się w sposób jaki pisany jest większość (wszystkim?) rewolucjom: zjadła swoje dzieci, a kastę panów, z którą walczyła zastąpiła swoją własną, chyba niewiele lepszą.

Jednak, jak mawiał pewien pan, „nie uprzedzajmy faktów” i powróćmy na chwilę do propagandy, bo tak to trzeba nazwać, która poprzedziła to powstanie mas. Dzieła jakie można do niej zaliczyć znajdują się dziś w kanonie lektur, których znajomość przystoi współczesnemu inteligentowi (lub pseudointeligentowi, zależy jak do tego podejść).

Jako że w wakacje postanowiłem zapoznać się bliżej z pismami wieków zeszłych (matura za rok, a okres od starożytności do oświecenia został w mojej szkole tak przerobiony, że właściwie nic o nim nie wiem) na mojej liście znalazł się zarówno „Kandyd” Arouet’a (tak się naprawdę zwał autor), jak i „Kubuś Fatalista i jego pan” Diderot’a.

Obie te powiastki są niemiłosiernie chaotyczne. Fabuła jest fragmentaryczna i nie widać w niej ciągłości. O ile „Kandyd” opowiada jedną historie, to losy Kubusia i jego pana stanowią zbiór luźno (często wcale nie) powiązanych ze sobą opowieści wygłaszanych przez różne postacie. Fabuła jest miałka, więc nie za jej sprawą te książki zyskały taką sławę.

Można by myśleć, że autorzy piszą w jakiś pociągający czytelnika sposób. I tym razem omyłka. Wolter jeszcze jako tako daje sobie radę z pisarskim rzemiosłem, natomiast Diderot sili się na humorystyczne nawiązanie kontaktu z czytelnikiem, co niezupełnie mu wychodzi. Facet jest po prostu irytujący! Chce być zabawny, a jest śmieszny. I nie jest to wina tłumacza, gdyż obie książki czytałem w przekładzie Boy’a.

Usprawiedliwiać autorów może fakt, że czasy się nieco zmieniły. To co szokowało im współczesnych, dziś jest blade i niezbyt wyraziste.

Zostaje więc tylko ta rzecz, która w powiastkach filozoficznych stanowi rzecz kluczową, a więc koncept filozoficzny. „Kandyd” jest bezpośrednią odpowiedzią na filozofię optymistyczną i pokazuje, że nie wszystko jest „najlepsze na tym najlepszym ze światów”. „Kubuś Fatalista…” skupia się na konflikcie przeznaczenia z wolną wolą (widać to zresztą w obu utworach).

To główne wątki opowieści. Celem pobocznych jest krytyka kościoła, piętnowanie hipokryzji i promowanie równości. Zasadniczo słuszne. Kościół tworzą ludzie, którzy są skłonni do grzechu (zła), a zatem jako instytucja jest niedoskonały. W tamtych czasach kapłani i zakonnicy mieli większą władze niż dzisiaj, więc jeśli byli zepsuci, bardziej rzucało się to w oczy. Ale takie generalizowanie jest niezbyt precyzyjne i krzywdzące. W swoim życiu spotkałem księży dobrych i złych, takich, którzy myśleli i takich, którzy starali się tępić wszystko co nie mieściło się w ich światopoglądzie. Także panowie filozofowie nieco przesadzili. Ale czy można powiedzieć, że przesadzili, skoro przekazywana przez nich wizja miała służyć określonym celom? Oni po prostu zrealizowali swoje założenia. Co nie znaczy, że trzeba się z tym zgodzić.

Co do hipokryzji, nietolerancji i nierówności. Ich piętnowanie zdaje się dziś być oczywiste i mniej lub bardziej powszechne. Wtedy sprawy miały się nieco inaczej i dlatego taka krytyka takich postaw, a nawet li tylko ich uwidacznianie zakrawało na obyczajowy skandal. Poniekąd odwagę (dyskusyjną wziąwszy pod uwagę to, że kryli się w obcych krajach) można uznać za pozytyw buntowniczego (jakkolwiek głupio to brzmi w odniesieniu do klasycyzmu) charakteru ich twórczości.

Jednak jeśli pójść w drugą stronę niż autorzy i nie odrzucać tego, co niepojęte, czyli przyjąć istnienie Boga za pewnik (to się nazywa wiarą)? Życie na ziemi jest karą. Zostaliśmy wygnani z Raju i teraz po prostu musimy swoje odcierpieć, przy czym naszego świata nie pojmowałbym jako więzienia, a raczej jako boską szalkę petriego. Oczywiście wszechwiedzący i wszechmogący Bóg nie musi dokonywać zwyczajnych obserwacji laboratoryjnych. Jest ponad to.

W ten sposób dochodzimy do clue obu książek („Kubusia Fatalisty…” bardziej), a więc do fatalizmu, wiary w przeznaczenie.

Diderot i Wolter skłaniają się do tego, że człowiek nie ma własnej woli, a postępuje podług tego, co zostało (w taki, lub inny sposób) „zapisane w górze”. Osobiście jestem wewnętrznie rozdarty między tymi dwiema koncepcjami. Z jednej strony wolna wola. Gdy nie chce (mi się) czegoś zrobić, to mogę się albo przymusić do tego, albo nie. Skutki zazwyczaj są łatwe do przewidzenia. Nie wykonałem zleconej pracy, nie otrzymam wynagrodzenia. Chciałem i zrobiłem to co miałem, otrzymałem nagrodę. Czyli wolna wola jest w człowieku.

Z drugiej jednak strony można to wszystko przypisać losowi. Było zapisane, że tego nie zrobię, to nie zrobiłem, było że zrobię i takoż się stało. Wszelkie rozterki i rozmyślania, czy wykonać daną czynność, czy nie również są zrządzeniami losu.

Obie te drogi są równie wiarygodne. I co teraz powinien człowiek począć? Niestety, nie jestem filozofem, tylko ograniczonym zwierzęciem i nie umiem udzielić odpowiedzi na własne pytanie. Czuję jednak (tak jest, czuję, a nie rozumuję), że jest to bardziej skomplikowane i stanowi pewną osobliwą synergie wspomnianych konceptów. W końcu człowiek nie jest w stanie zrozumieć siebie (ściślej: własnego mózgu) i wątpliwe jest czy kiedykolwiek do tego dojdzie (a jeśli nawet to zapewne z niewielką pomocą elektronicznych przyjaciół), więc jakim cudem miałby pojąć Boga/mechanizmy rządzące światem na poziomie wyższym, niż fizyka?

Idąc dalej tym tropem i ekstrapolując go, dojdziemy do tego czym swe utwory zakończyli zacni filozofowie Voltaire i Diderot. Mianowicie: po co myśleć, skoro albo („Kandyd”) i tak nie jesteśmy w stanie pojąć niektórych rzeczy, albo („Kubuś…”) Wszystko jest już zdeterminowane prawami przyrody i i tak nie mamy na to wpływu?

Obaj ci wielcy i oświeceni, nakłaniają czytelnika by nie myślał? Ci, którzy wierzą i propagują potęgę rozumu nakłaniają do zaprzestania myślenia? Coś tu chyba jest nie tak, a jedynym wytłumaczeniem jakie mogę znaleźć, jest to, że swe dzieła tworzyli na rzecz jakiejś grupy wpływów. Łatwiej sterować ludźmi, którzy nie myślą. Taka konkluzja popycha do dociekań nad ową grupą i naprawdę ciężko jest tu nie wspomnieć osób pieczętujących się cyrklem i węgielnicą.

Jednak chwilowo dajmy spokój tym dywagacją i powróćmy jeszcze na koniec do samej materii fatalizmu. Bo skoro wszystko co się zdarza zdarzyć się miało, to jak można mówić o moralności, o tym co dobre, a co złe? Jeżeli przyjąć krańcowy fatalizm za filozofię (religie?) panującą, to każdy występek można wytłumaczyć w bardzo prosty sposób: „Tak było zapisane w górze.”.

Jakżeż życie byłoby prostsze i szczęśliwsze, gdybym nie musiał się zastanawiać nad takimi kwestiami. Właściwie „Kandyd”, oraz „Kubuś Fatalista i jego pan” można nazwać poradnikami człowieka szczęśliwego. Skłaniają czytelnika do zostania głupcem, a czyż tacy ludzie nie są najszczęśliwsi?

Pora kończyć. Pozdrawiam i zmykam „uprawiać swój ogródek”.

Reklamy
Published in: on Lipiec 20, 2012 at 1:08 pm  Dodaj komentarz  
Tags: ,

The URI to TrackBack this entry is: https://cobytujeszcze.wordpress.com/2012/07/20/co-jest-w-gorze-zapisane/trackback/

RSS feed for comments on this post.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: