Transformacyjne absurdy

Nigdy nie byłem wielkim fanem Transformersów. Widziałem kilka (no dobra, może więcej niż kilka) odcinków kreskówki i właściwie to tyle. Jednak gdy głos z telewizora przemówił słowami: „Na początku był sześcian…” stwierdziłem, że w sumie mogę obejrzeć pierwszą część fabularnej wersji tej bajki o robotach.

Całość zaczyna się szkicowym wstępem mówiącym o wielkim źródle energii tj. o tymże sześcianie, zwanym inaczej iskrą. Potem dowiadujemy się o deceptikonach, które chcą zdobyć kostkę, zniszczyć autoboty i zawładnąć wszechświatem. Taka sztampa, jeśli idzie o science-fiction. Jednak im dalej, tym ciekawiej…

Może nie doświadczymy tu wielkich zwrotów akcji, zapadających w pamięć, czy też misternej fabuły poruszającej serce i rozum widza, ale znajdziemy tu wiele innych elementów godnych uwagi.

Cały film jawi się w moich oczach jako karykatura fantastyki naukowej i satyra na jej temat. Takie trochę kino klasy B (czyli tak odpałowy i kiczowaty, jak chociażby „Martwe Zło” nie jest, ale niewiele mu brakuje). Twórcy chyba wzięli największe absurdy z różnych standardów sf, podnieśli je do kwadratu i wrzucili do jednego worka. Nie chodzi mi tylko o efekty specjalne, za które z resztą film był nominowany do Oskara, ale o motywy i zdarzenia. Wszystko jest przerysowane i potrafi przyprawić o głośne wybuchy śmiechu.

Gdy akcja zwalnia, z ekranu zaczyna się sączyć sztucznie nadmuchana epickość, czasem jakiś taki patos, co często przewija się przez kiepskie pozycje tego gatunku, które chcą udawać, że jednak mają jakieś ambicje. W przypadku „Transformersów” widz od razu widzi o co w takich scenach chodzi i może świadomie rozkoszować się tą kiczowatością.

Może czasem logika kuleje, coś się nie spina i jest niekonsekwentne, ale to jest film o wielkich, gadających, zmieniających się w auta robotach, napierdzielających się ze sobą, o biednych nastolatkach, które znalazły się przypadkiem w środku całego zamieszania, a także o amerykańskim wojsku i rządzie.

W tym dziele, ta trudna do scharakteryzowania nerdowatość jest aż namacalna. Mamy zahukanego chłopaczka, który wyrywa ją za sprawą samochodu zmieniającego się w robota, a wszystko dla tego, że tajna, rządowa organizacja ukryła pod tamą Hoovera energetyczny sześcian. Absurd, na absurdzie…

Dzięki temu film trafił w moje gusta i poprawił mi kiepski humor.

To było takie połączenie „Supersamca” z odrobinką „Facetów w Czerni” i… ja wiem? Może „Godzilli”. Jest to na tyle specyficzne, że nie każdemu mogę polecić oglądanie, ale jeżeli ktoś czuje w sobie pierwiastek nerdyzmu, powinien zobaczyć.

Pozdrowienia z planety Ziemia!

Published in: on Czerwiec 1, 2012 at 10:19 pm  Dodaj komentarz  
Tags:

The URI to TrackBack this entry is: https://cobytujeszcze.wordpress.com/2012/06/01/transformacyjne-absurdy/trackback/

RSS feed for comments on this post.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: