Plemię Sasów

 Zespół Saxon jest po dziś dzień jednym z ważniejszych filarów nurtu New Wave Of British Heavy Metal, chociaż jego debiutancki album nie zapowiadał tego zbyt dobitnie. Zanim jednak przejdziemy do omawiania wspomnianego krążka, warto pochylić się nieco nad historią zawiązania się samego zespołu, który powstał na skutek fuzji dwóch innych formacji.

Jedną z nich była, preferująca progresywne brzmienia, grupa Coast. W połowie lat siedemdziesiątych jej szeregi opuścił perkusista, który postanowił poświęcić rockową karierę na rzecz pracy w charakterze kierowcy ciężarówki. W składzie pozostał tylko gitarzysta Paul Quinn i grający na basie wokalista Peter „Biff” Byford. Mniej więcej w tym samym czasie, skłaniający się ku bluesowym korzeniom, zespół Son Of A Bitch stracił śpiewającego gitarzystę i postanowił uzupełnić swój skład o „Biffa” i Quinna. Panowie przystali na tę propozycję i jako kwintet (oprócz pozyskanych wokalisty i gitarzysty skład stanowili basista Steve Dawson, perkusista Pete Gill i drugi wioślarz Graham Oliver) związali się z francuską wytwórnią Carrere, rozpoczynając nagrywanie materiału na płytę pod tytułem „Saxon”. Długotrwałe naciski wywarły decyzja o zmianie nazwy grupy na nieco „milej” brzmiącą; po jakimś czasie zaczerpnięto ją prosto z longplaya.

Muzycy jako swoje inspiracje wskazywali hardrockową klasykę taką jak wczesne dokonania Black Sabbath i Deep Purple (jak zresztą większość postaci zasilających scenę NWOBHM). Deklarowali również sprzeciw punk rockowi kojarzonemu z bezsensownym hałasem wydawanym przez ludzi, którzy nie za bardzo potrafią posługiwać się instrumentami. Jednakowoż sami przyznają się również do inspiracji tym, popularnym wówczas, gatunkiem, z którego czerpali zadziorną prędkość utworów.

Debiutancki album zaczyna się dość energetycznie, by już chwilę potem przyhamować i wpaść w nieco liryczny nastrój. „Rainbow Theme” wita słuchacza iście magicznym klimatem. Nie inaczej jest w warstwie tekstowej, opowiadającej o ukrytym w górach, intrygującym sekrecie. Utwór przechodzi we „Frozen Rainbow” o odwrotnej konstrukcji. Zaczyna się progresywnymi gitarami, by pod koniec nabrać motorycznego rytmu. Znać po tym zamiłowanie muzyków do takich zespołów jak choćby Yes (BTW „90125” mogę uznać za płytę swojego wczesnego dzieciństwa).

Opisujący pannę lubiącą bawić się młodymi chłopcami „Big Teaser” to już porządny, riffowy numer, co prawda jeszcze niezbyt ciężki, ale dający jakieś pojęcie o kierunku, który potem został obrany przez grupę.

Kolejnym utworem ze zmianami tempa jest „Judgement Day”, którego tekst, jako nawiązujący do zagadnienia wiary, jest dość niejednoznaczny. Można go na przykład zinterpretować jako przytyk do typowych dla metalu piosenek z gatunku „przyjdź szatanie i zjedz moje śniadanie”. Faktycznie, Saxon nie ma zbyt wielu utworów odwołujących się do sił  nieczystych, a nawet jeśli, to raczej nie można ich nazwać „bluźnierczymi”. Może po prostu posprzeczali się z kolegami z zespołów takich jak Angel Witch (rozpoczynającego karierę pod nazwą Lucifer).

W „Stallions Of The Highway” można dopatrzyć się wielu elementów charakterystycznych dla późniejszej działalności grupy. Muzycznie mamy tu do czynienia z typowym dla NWOBHM dynamicznym rytmem i nieprzytłoczoną nim melodią. Nadal nie ma tu jednak dostatecznego ciężaru. Ponadto tekst o motocyklach (wariacje na ten temat pojawiają się na naprawdę wielu ich płytach) jest zaśpiewany jakoś tak… mało satysfakcjonująco i jakby na siłę niedbale.

Momentami nieco skotłowany „Backs To The Wall”, o fajnie rozedrganym, pulsującym rytmie, tekstowo przywodzi mi na myśl „Never Surrender” z ich czwartej płyty. Niemniej jest to kolejna piosenka o tym, by twardo obstawać przy swoim.

„Still Fit To Boogie” znowu porusza podobny temat jak poprzednik, jednak tym razem remedium na osłabłą wole przeżycia ma być muzyka. Całość podana jest zamaszyście, z rockowym nerwem.

Rozpoczynający się werblami „Militia Guard” jest chyba moim ulubionym utworem z tej płyty. Wstawka gitary akustycznej robi świetne wrażenie, podobnie jak wielogłosy w końcówce. Zafrapować mogą dynamiczne zmiany nastroju; frapujący na pewno jest też tekst o trudach walki o pokojowe współżycie (eee… zabrzmiało to niczym: „Będziemy walczyć o pokój do ostatniego żołnierza”, ale niech tam).

Wydana w 2009 reedycja wzbogacona została o bonusowy materiał. Mamy więc dostęp do demka z 1978, a więc jeszcze z czasów, gdy zespół nosił dumne miano Son Of A Bitch. Jakość jest całkiem przyzwoita. Dzięki temu doszukać możemy się zmian jakie zaszły w kilku utworach. Zasadniczo rok pracy wyszedł wszystkim kompozycjom na dobre. Może wokal w „Stallions Of The Highway” jest nieco przyjemniejszy, może wydłużone „Rainbow Theme” ma jeszcze lepszy klimacik od oryginału (głównie dla tego, że jest dłuższe :P), ale w większości są to uproszczone wersje tego, co trafiło na album.

Dalej mamy rejestrację występu we Friday Rock Show z lutego 1980. Zespół nagrywał już wtedy materiał na drugą płytę, stąd obecność „747” i „Motorcycle Man”. Utwory zagrane zostały z koncertową werwą i pazurem. Są, przynajmniej miejscami, szybsze i bardziej zwarte. Z ciekawostek: w „Stallions Of The Highway” wytłumiono wyraz „shit”, a w „747” zagrano inny wstęp niż w wersji studyjnej.

Następny jest b-side jednego z singli w postaci „Judgement Day” odegranego na żywca. Niestety jakość już nie jest taka dobra; wokal jest przytłumiony i wepchnięty gdzieś tam z tyłu. Okej, czepiam się… Jeżeli pominąć technikalia to wykonanie jest więcej niż w porządku.

Na koniec dostajemy trzy koncertówki z festiwalu Monsters Of Rock. Czuć, że muzycy dają z siebie wszystko. Opis swoich wrażeń z tego wydarzenia zawarli w późniejszym utworze „And The Bands Played On”.

Cóż rzec można o tej płycie? Jak na debiut udana, chociaż w obecnym czasie nie powala aż tak, jak to miało zapewne miejsce te kilka dekad temu. Słychać na niej pewne zaczątki tego, co będzie kojarzone z zespołem już za kilka lat. Jednak ten longplay jest dość różny od tego co można usłyszeć na następnej płycie, a co dopiero na takim „Metalheadzie”. Kompozycje są lżejsze, mniej w nich tego „heavy”. Przy czym nie ma tu takiego wygładzenia jak np. na „Destiny”… ale to są już dywagacje na inną notkę.

Rozpisałem się co niemiara, ale to pierwszy tekst, który piszę tak naprawdę dla siebie od kwartału, jak nie lepiej. Po takim odwyku chyba wreszcie wróciły mi siły. Żeby jednak nie było: na blogu notki będą lądować nieregularnie, ale do końca czerwca tak z osiem (sic!) powinno przybyć.

Niniejszym żegnam się, a płytę polecam!

Published in: on Maj 2, 2012 at 6:37 pm  2 Komentarze  
Tags: ,

The URI to TrackBack this entry is: https://cobytujeszcze.wordpress.com/2012/05/02/plemie-sasow/trackback/

RSS feed for comments on this post.

2 KomentarzeDodaj komentarz

  1. Przyznam się bez bicia że nie zdzierżyłem całego artykułu, ale masz plusa za reaktywację bloga 🙂

  2. Mojego wodolejstwa nie musisz czytać, ale płyty prznajmniej byś posłuchał.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: