Rocznica

Hura, hura, ten blog ma już rok. Nie sądziłem, że dożyję tej chwili. Z różną częstotliwością, ale dotrwałem w tym dziele do teraz. Mogę chyba być z siebie dumny 😛

Wielu rzeczy, które zaplanowałem sobie przed rokiem, nie zrealizowałem dotychczas. Ale sporo innych mi wyszło. Generalnie jest lepiej, niż gorzej, co nie znaczy, że nie mogłoby być jeszcze lepiej.

Po rezygnacji z części ambicji, życie poczęło płynąć leniwszym rytmem. Odwyk od twórczości literacko-beletrystycznej wszedł mi chyba na dobre, ale wakacje są świetną okazją by pocierpieć, a więc tworzyć (jak wiadomo, artysta by tworzyć, musi cierpieć). Mam nadzieję, że tym razem się uda dociągnąć parę utworów do końca.

Jednakowoż patrząc w przyszłość, mianowicie w maj przyszłego roku, dostaję niejakiej paniki. No nic, w pewnym momencie trzeba będzie odłożyć bajdurzenia na bok i zakuwać do matury.

W każdym razie będzie dobrze. To będzie również tyle, jeśli chodzi o dziś.

Pozdrawiam każdego kto tu kiedyś zawitał.

Reklamy
Published in: on Maj 28, 2012 at 7:36 pm  Comments (1)  
Tags:

W czym zawinił Ikar?

„Zbrodnia i Kara” była zapowiadana jako najlepsza lektura z pozytywizmu. Twierdzili tak wszyscy: koledzy, nauczyciele i wiele innych osób. Stety, niestety, okazało się inaczej.

Pozytywizm jako epoka nie przypadł mi do gustu. Literacko nie dostajemy nic ciekawego. Nowele maja tę zaletę, że są krótkie, ale cóż z tego, jeżeli nie potrafią wciągnąć, a treści przez nie przekazywane może i są dobre, ale… dla czterdziestolatków pokroju Wokulskiego. Większość powieści tamtego czasu znam raczej w zarysie, niemniej dalekie są one od zainteresowania mnie. Przez „Lalkę” nie przebrnąłem (akurat w tym przypadku broni jeszcze nie składam), „Nad Niemnem” zrobiło na mnie negatywne wrażenie pomimo całkiem niezłej fabuły (to co udało mi się wynieść ze streszczenia świadczy dość dobrze o tym aspekcie). Wina leży tu w narracji. Maniera literacka Orzeszkowej nie trafia w mój gust. Przychylam się również do ogólnego hejta na długie opisy przyrody.

Najlepsze co odnalazłem w powieściopisarstwie końca dziewiętnastego stulecia to „Potop”. Zapewne spora w tym zasługa stylizacji na realia historyczne. Oczywiście całość można było napisać zwięźlej, lecz w porównaniu z innymi, swoimi rówieśnikami wypada to dość przyzwoicie.

Czym innym jest liryka tamtego okresu, znana mi niestety tylko z dokonań Asnyka, jednak tym zajmę się kiedy indziej.

Kończąc ten przydługi wstęp i przechodząc do sedna odnieść się mogę do oczekiwań jakie zostały we mnie zbudowane. Po powieści Dostojewskiego spodziewałem się przeszywających na wskroś opisów psychologicznych i obfitującego w niuanse gabinetu osobowości.

A co dostałem?

Cóż… pozycję przeciętną pod względem głębi, a przy tym nie porywającą warsztatowo. Może to wina autora, a może tłumacza (Podgórzec), ale czyta się to tragicznie. Nie zamierzam tu pisać o „Panu Tadeuszu”, którego samo czytanie sprawiło mi całkiem sporą frajdę (to przecież inny rodzaj literacki), lecz nawet takie gnioty jak „W pustyni i w puszczy”, czy „Ania z Zielonego Wzgórza” były przyjemniejsze w odbiorze. Takim zabiegiem można było chcieć skłonić czytelnika do wnikliwszego zapoznania się z treścią tego „dzieła”. Tylko z czym się tu zapoznawać? (spojlery w dalszej części są nagminne)

Jakiś idiota (obstawiam, że tytuł „Idiota” powieści tegoż samego autora, ma głębszy sens autobiograficzny) to jest Raskolnikow, będący głównym protagonistą, postanawia zabić starszą panią parającą się lichwą. Motywy tego czynu nie są w pełni jasne. Podobno Dostojewski, poprzez usunięcie wszechwiedzącego narratora, chciał wymusić na czytelniku jak najintensywniejszą refleksję nad czynem bohatera. Odbiorca sam powinien zanalizować wszelkie, uprawdopodobnione rozważaniami postaci i dialogami między nimi, motywy zbrodni  i zastanowić się nad ich sensownością dla głównego bohatera. Jednak w efekcie nie mamy o co się oprzeć. Mój Raskolnikow może być zupełnie kim innym, niż Raskolnikow powstały w wyobraźni innego czytającego. I w tym ma tkwić siła tej powieści? To ma być doskonałość powieści polifonicznej?

Koniec końców sprowadzić to można do stwierdzenia, że „wszystko jest względne”. Taki też relatywizm jest przez tę książkę promowany. Cała ta teoria głównego bohatera, zaczerpnięta po części z Nietzschego (fragmentarycznie rzecz jasna; tak samo czynił np.: A. Hitler, a jego jakoś nam w szkołach nie każą czytać) jest, mówiąc metaforycznie, tak samo do „nietzschego”. Ludzie będący w większości nic nie znaczącą masą? Dobra, na to, to i ja wpadłem, jednak co daje komukolwiek prawo do decydowania o tym, że to on jest jednostką wybitną, motorem napędowym świata? On sam? Obiektywne jak cholera… ale od czego mamy tu relatywizm? Każdy sam decyduje o swoim nadczłowieczeństwie i o normach jakie go ograniczają. W pewnych ramach jest to słuszne. Jeśli jednak i te ramy wyznaczy sobie sam…? Paranoja!

A co jeśli przyjąć, że Rodion dokonał napadu, na tle rabunkowym, a poprzez niedoskonałości w jego przebiegu, autor chciał pokazać, że niema zbrodni doskonałej i jednocześnie, że istnieje sumienie? W tym wypadku główny bohater wychodzi znowu na ćwierć inteligenta. Ze słuchu rozpoznał gdzie lichwiarka chowa pieniądze? Jasne… Do tego plan od początku mu się sypał. Spóźnił się i w związku z tym znacząco wzrosły szanse na obecność Lizawiety w mieszkaniu. I w ten sposób uzyskał dwa trupy, nie jednego. Oj, naszemu bohaterowi daleko do tuzów świata przestępczego.

Reszta postaci to w większości miałkie tło. Co z tego, że sporo o nich się dowiadujemy, jeżeli są one nijakie i nie wzbudzają jakichkolwiek uczuć. Czasem można się skrzywić nad postępowaniem co poniektórych i to w zasadzie tyle. Otrzymujemy mniej więcej to, czym raczą nas komercyjne stacje telewizyjne. Wybijają się Razumichin i Porfiry, przy czym ten drugi jest zarysowana raczej w złym świetle (zły pan policjant, który śmie dedukować o winie naszego wybitnego nadczłowieka. Jak on tak może?).

Przychylić się mogę do podejrzeń, jakoby książka ta propagowała treści socjalistyczne w jak najgorszym tego słowa znaczeniu (Piłsudski też był socjalistą, a on mnie bynajmniej nie mierzi). „Zbrodnia i Kara” jest lewacka (nie lewicowa w ówczesnym znaczeniu liberalno-postępowym, lecz właśnie lewacka) nawet jak na dzisiejsze standardy. Prawdopodobnie dla tego cieszy się tak przychylnymi opiniami i szeroką reklamą.

Sama kara realizowana jest wielowymiarowo i można się jej dopatrywać w wielu rzeczach, które spotykają zabójcę po, a nawet przed popełnieniem zbrodni. Jednakowoż jej wymiar wydaje się być cokolwiek niski i pozostawiający niedosyt. Z pewnością wiele zależy tu od rozumienia pokuty, które u prawosławnych jest inne, niż u wiernych wyznania rzymskokatolickiego. Słabo do mnie jednak przemawia koncepcja jakoby pokuta mogła stworzyć nowego człowieka. Skłaniam się raczej ku: „wybaczamy, ale nie zapominamy”.

Podsumowując: „dzieło” to mi się nie spodobało. Po przeczytaniu w gimnazjum „Potulnej/ Łagodnej” miałem mieszane uczucia co do pisarstwa Dostojewskiego, teraz wiem, że nie jest ono specjalnie zachwycające.

Jest tyle świetnych książek na tym świecie; dlaczego w szkołach faszerują nas taką tandetą?

P.S.: (adnotacja do tytułu) Do niedawna myślałem, że ludzie myślący, iż tytułową zbrodnie popełnił Ikar występują tylko w żartach. Okazało się jednak, że byłem w błędzie. Kilka dni temu jeden z ludzi chodzących ze mną do klasy przyznał, iż był święcie o tym przekonany… Czy ja naprawdę chodzę do tak kiepskiego liceum?!?

Published in: on Maj 22, 2012 at 9:08 pm  Dodaj komentarz  
Tags: ,

Plemię Sasów

 Zespół Saxon jest po dziś dzień jednym z ważniejszych filarów nurtu New Wave Of British Heavy Metal, chociaż jego debiutancki album nie zapowiadał tego zbyt dobitnie. Zanim jednak przejdziemy do omawiania wspomnianego krążka, warto pochylić się nieco nad historią zawiązania się samego zespołu, który powstał na skutek fuzji dwóch innych formacji.

Jedną z nich była, preferująca progresywne brzmienia, grupa Coast. W połowie lat siedemdziesiątych jej szeregi opuścił perkusista, który postanowił poświęcić rockową karierę na rzecz pracy w charakterze kierowcy ciężarówki. W składzie pozostał tylko gitarzysta Paul Quinn i grający na basie wokalista Peter „Biff” Byford. Mniej więcej w tym samym czasie, skłaniający się ku bluesowym korzeniom, zespół Son Of A Bitch stracił śpiewającego gitarzystę i postanowił uzupełnić swój skład o „Biffa” i Quinna. Panowie przystali na tę propozycję i jako kwintet (oprócz pozyskanych wokalisty i gitarzysty skład stanowili basista Steve Dawson, perkusista Pete Gill i drugi wioślarz Graham Oliver) związali się z francuską wytwórnią Carrere, rozpoczynając nagrywanie materiału na płytę pod tytułem „Saxon”. Długotrwałe naciski wywarły decyzja o zmianie nazwy grupy na nieco „milej” brzmiącą; po jakimś czasie zaczerpnięto ją prosto z longplaya.

Muzycy jako swoje inspiracje wskazywali hardrockową klasykę taką jak wczesne dokonania Black Sabbath i Deep Purple (jak zresztą większość postaci zasilających scenę NWOBHM). Deklarowali również sprzeciw punk rockowi kojarzonemu z bezsensownym hałasem wydawanym przez ludzi, którzy nie za bardzo potrafią posługiwać się instrumentami. Jednakowoż sami przyznają się również do inspiracji tym, popularnym wówczas, gatunkiem, z którego czerpali zadziorną prędkość utworów.

Debiutancki album zaczyna się dość energetycznie, by już chwilę potem przyhamować i wpaść w nieco liryczny nastrój. „Rainbow Theme” wita słuchacza iście magicznym klimatem. Nie inaczej jest w warstwie tekstowej, opowiadającej o ukrytym w górach, intrygującym sekrecie. Utwór przechodzi we „Frozen Rainbow” o odwrotnej konstrukcji. Zaczyna się progresywnymi gitarami, by pod koniec nabrać motorycznego rytmu. Znać po tym zamiłowanie muzyków do takich zespołów jak choćby Yes (BTW „90125” mogę uznać za płytę swojego wczesnego dzieciństwa).

Opisujący pannę lubiącą bawić się młodymi chłopcami „Big Teaser” to już porządny, riffowy numer, co prawda jeszcze niezbyt ciężki, ale dający jakieś pojęcie o kierunku, który potem został obrany przez grupę.

Kolejnym utworem ze zmianami tempa jest „Judgement Day”, którego tekst, jako nawiązujący do zagadnienia wiary, jest dość niejednoznaczny. Można go na przykład zinterpretować jako przytyk do typowych dla metalu piosenek z gatunku „przyjdź szatanie i zjedz moje śniadanie”. Faktycznie, Saxon nie ma zbyt wielu utworów odwołujących się do sił  nieczystych, a nawet jeśli, to raczej nie można ich nazwać „bluźnierczymi”. Może po prostu posprzeczali się z kolegami z zespołów takich jak Angel Witch (rozpoczynającego karierę pod nazwą Lucifer).

W „Stallions Of The Highway” można dopatrzyć się wielu elementów charakterystycznych dla późniejszej działalności grupy. Muzycznie mamy tu do czynienia z typowym dla NWOBHM dynamicznym rytmem i nieprzytłoczoną nim melodią. Nadal nie ma tu jednak dostatecznego ciężaru. Ponadto tekst o motocyklach (wariacje na ten temat pojawiają się na naprawdę wielu ich płytach) jest zaśpiewany jakoś tak… mało satysfakcjonująco i jakby na siłę niedbale.

Momentami nieco skotłowany „Backs To The Wall”, o fajnie rozedrganym, pulsującym rytmie, tekstowo przywodzi mi na myśl „Never Surrender” z ich czwartej płyty. Niemniej jest to kolejna piosenka o tym, by twardo obstawać przy swoim.

„Still Fit To Boogie” znowu porusza podobny temat jak poprzednik, jednak tym razem remedium na osłabłą wole przeżycia ma być muzyka. Całość podana jest zamaszyście, z rockowym nerwem.

Rozpoczynający się werblami „Militia Guard” jest chyba moim ulubionym utworem z tej płyty. Wstawka gitary akustycznej robi świetne wrażenie, podobnie jak wielogłosy w końcówce. Zafrapować mogą dynamiczne zmiany nastroju; frapujący na pewno jest też tekst o trudach walki o pokojowe współżycie (eee… zabrzmiało to niczym: „Będziemy walczyć o pokój do ostatniego żołnierza”, ale niech tam).

Wydana w 2009 reedycja wzbogacona została o bonusowy materiał. Mamy więc dostęp do demka z 1978, a więc jeszcze z czasów, gdy zespół nosił dumne miano Son Of A Bitch. Jakość jest całkiem przyzwoita. Dzięki temu doszukać możemy się zmian jakie zaszły w kilku utworach. Zasadniczo rok pracy wyszedł wszystkim kompozycjom na dobre. Może wokal w „Stallions Of The Highway” jest nieco przyjemniejszy, może wydłużone „Rainbow Theme” ma jeszcze lepszy klimacik od oryginału (głównie dla tego, że jest dłuższe :P), ale w większości są to uproszczone wersje tego, co trafiło na album.

Dalej mamy rejestrację występu we Friday Rock Show z lutego 1980. Zespół nagrywał już wtedy materiał na drugą płytę, stąd obecność „747” i „Motorcycle Man”. Utwory zagrane zostały z koncertową werwą i pazurem. Są, przynajmniej miejscami, szybsze i bardziej zwarte. Z ciekawostek: w „Stallions Of The Highway” wytłumiono wyraz „shit”, a w „747” zagrano inny wstęp niż w wersji studyjnej.

Następny jest b-side jednego z singli w postaci „Judgement Day” odegranego na żywca. Niestety jakość już nie jest taka dobra; wokal jest przytłumiony i wepchnięty gdzieś tam z tyłu. Okej, czepiam się… Jeżeli pominąć technikalia to wykonanie jest więcej niż w porządku.

Na koniec dostajemy trzy koncertówki z festiwalu Monsters Of Rock. Czuć, że muzycy dają z siebie wszystko. Opis swoich wrażeń z tego wydarzenia zawarli w późniejszym utworze „And The Bands Played On”.

Cóż rzec można o tej płycie? Jak na debiut udana, chociaż w obecnym czasie nie powala aż tak, jak to miało zapewne miejsce te kilka dekad temu. Słychać na niej pewne zaczątki tego, co będzie kojarzone z zespołem już za kilka lat. Jednak ten longplay jest dość różny od tego co można usłyszeć na następnej płycie, a co dopiero na takim „Metalheadzie”. Kompozycje są lżejsze, mniej w nich tego „heavy”. Przy czym nie ma tu takiego wygładzenia jak np. na „Destiny”… ale to są już dywagacje na inną notkę.

Rozpisałem się co niemiara, ale to pierwszy tekst, który piszę tak naprawdę dla siebie od kwartału, jak nie lepiej. Po takim odwyku chyba wreszcie wróciły mi siły. Żeby jednak nie było: na blogu notki będą lądować nieregularnie, ale do końca czerwca tak z osiem (sic!) powinno przybyć.

Niniejszym żegnam się, a płytę polecam!

Published in: on Maj 2, 2012 at 6:37 pm  2 Komentarze  
Tags: ,