Niech żyje Król

 Właśnie uporałem się z „Królem Bólu” Jacka Dukaja. Ponad 800 stron, nie w kij dmuchał.

 Niespecjalnie pasuje tu nazwa zbiór opowiadań, gdyż teksty zawarte w tym tomiszczu są dość długaśne. Zresztą nawet sam autor sugeruje nazwanie go zbiorem powieści. W sumie to ni to jedno, ni to drugie. Potencjał zawarty w każdym tekście spokojnie starczyłby do rozbudowania go w osobną formę literacką, jednak postanowiono inaczej. Większości tekstów wyszło to raczej na dobre, a i tak do osobnych książek rozrosły się „Lód” (też wielka kniga) i „Wroniec”, które też miały znaleźć się w tym zbiorku.

 Książka na pewno ładnie prezentuje się na półce, ale chyba jednak ważniejsze jest to, co w środku 😛 Mamy tu osiem mini-powieści, wiodących nas przez kilkanaście lat twórczości Dukaja. Nic dziwnego, że część tekstów była już publikowana. Dobrze, że znalazły się w tym zbiorze, bo ciężko je zdobyć, w wersji drukowanej, z innych źródeł.

 Całość zaczyna „Linia Oporu”. Taki wybór ma swoje wady i zalety. Niestety utwór jest dość ciężki w odbiorze. Mamy tu masę neologizmów, które co prawda świetnie współgrają z przedstawionym światem, jednak w moim odczuciu utrudniają, i tak nie łatwą, interpretacje dzieła. Poza tym, niespecjalnie przypadł mi do gustu styl, w którym dominują krótkie, rwane zdania.

 Akcja rozgrywa się w jednej z wielu możliwych przyszłości, gdzie swoista dehumanizacja poszła mocno do przodu. Ciało nie ma wielkiego znaczenia, wiele spraw toczy się poza nim. Glówny bohater, Paweł Kostrzewa, jest „kreatywem” i jako taki zajmuje się wymyślaniem światów, które mają miejsce obok tego prawdziwego. W nich może dziać się wszystko, bo przecież wszystko jest w zasięgu naszej wyobraźni, naszego umysłu. Jednka nawet tacy ludzie, jak Kostrzewa miewają swoje kryzysy. Każdy czasem traci poczucie sensu w całym tym kieracie. Poszukiwanie go wypełnia większą część noweli, dając czytelnikowi sposobność do refleksji. Raczej mało optymistycznej.

 Może właśnie dzięki dużej liczbie problematycznych zwrotów, człowiek zmniejsza tempo czytania i może głębiej wgryźć się w filozoficzny aspekt opowiadania (najobfitszego ze zbioru). Jednakowoż sposób w jaki jest ono napisane, sprawił, że nieco zraziłem się do całości już na starcie. Po przebrnięciu przez „Linie Oporu” musiałem sięgnąć po jakieś czytadło, tak dla zmiany smaku. Swoją drogą czytanie całego „Króla Bólu” na raz, nie jest najlepszym pomysłem. Warto robić sobie między opowiadaniami dłuższe przerwy, nie tylko na refleksje.

 „Oko Potwora” to juz inna rzecz. Niepozbawiona ciężaru i również skłaniająca do refleksji, ale napisana lżejszym językiem. Jednak, jak w każdej space-operze, i tu nie mogło zabraknąć odrobiny fizyki 😉

 Dukaj składa tu swoisty hołd Stanisławowi Lemowi. Tekst zaczyna się dość normalnie (jak na space-opere), jednak zmiana kursu i związane z nią wydażenia, wpychają całą załoge kosmicznego transportowca w spirale wzajemnych podejrzeń. Mamy tu kosmiczną jazdę z porządną domieszką paranoii. Utwór czyta się przyjemnie, a psychologiczne smaczki wprowadzają fajny klimacik.

 „Szkoła” dostępna jest na stronie internetowej Jacka Dukaja. Jednak ja jestem staroświecki i wolę czytać z kart książki.

 „Szkoła” z początku mnie nie zachwyciła. Z resztą nadal nie uważam jej za jakieś arcydzieło. Ot, dobra lekturka. Akcja toczy się na dwuch płaszczyznach czasowych: przed i po „skaptowaniu” głównego bohatera do tytułowej Szkoły. Główną role w tym przedstawieniu odgrywa dziecko imieniem Puńo. Tekst opowiada o profilowaniu ludzi, już od najmłodszych lat. W przypadku Puńo owo profilowanie przybiera specyficzną formę, bo i zadanie stojące przed chłopcem będzie niecodzienne. Jednak cóż to będzie za misja czytelnik dowie się dopiero pod koniec książki. Dzięki takiemu trzymaniu w niepewności całość czyta się szybko. Może i dobrze, bo to właśnie końcówka jest najlepszym elementem tej noweli.

 „Król Bólu i pasikonik” to kolejny utwór w stylu „Linii Oporu”. Znów stykamy się z nieprzeciętną liczbą dziwnych słówek (może nie tak dziwnych jak blastula, albo gastrulacja, z którymi spotykam się w szkole, ale jednak). I tu również ciało niema znaczenia. Ludzie mają zdolność do „wkapturzania” się w „proxyków”. Mówiąc po krótce, mogą porószać „swoje ja” pomiędzy ciałami. Sądze jednak, że to lekkie przegięcie. Odbiór bodźców i postrzeganie świata jako takiego jest zbyt uzależnione od naszej osobistej fizjiologii i naszego prywatnego ciała. Myślę, że już nieco inne „uzwojenie” mózgu, dopuszczalne przecież wewnątrz gatunku, stanowi barierę nie do przebycia w… no właśnie… podróżach transcendentalnych? No, w każdym razie w przemieszczaniu umysłu z ciała do ciała. A taka operacja z ciała ludzkiego do zwierzęcia o odmiennej morfologii jest nawet ciężka do wyobrażenia. Ale to tylko ja się tak czepiam, bo koniec końców mówimy o opowiadaniu science-fiction, a poza tym też nie jestem jakimś autorytetem w tej dziedzinie 😛

 W każdym razie, mowa w „Królu Bólu i pasikoniku” także o terroryźmie, który też stanął ponad granicami. Co stosować w odpowiedzi nań, jeśli nie terror? Nowela znowu ubrana w posthumanistyczny bełkot (przynajmniej miejscami) i znowu silnie zmuszająca do refleksji. Można się w niej trochę pogubić, sporo tu niedomówień, względnie enigmatycznych wyjaśnień. Właśnie dzięki temu istnieje spore pole do interpretacji (czyżby znowu zależnej od konkretnego człowieka, więc może i jego prywatnej cielesności? Dobra, dobra, powygłupiać się nie można? xD).

 „Crux” to znowu przypowieść trochę o dumie, trochę o honorze, trochę o zaufaniu… Mamy tu mix sarmackich tradycji z PRL-owskim socjalizmem, oraz z technologią pozostającą narazie w strefie rozmyślań naukowców i fantastów. Napisane bez specjalnych udziwnień, ale nie bez klimatu.

 Sugestia by do „Serca Mroku” słuchać Rammsteina, nie jest bezpodstawna. Muzyka owego industrial-metalowego zespołu ładnie dopełnia tę ociekającą mrokiem mini-powieść. Pierwsze skojarzenie, jakie nasunęło mi się po przeczytaniu, to „Czas Apokalipsy. Powrót” Coppoli. Skoro film był inspirowany prozą Conrada, to pewnie klimatem i temu jest bliski (z książkami Conrada niestety jestem na bakier).

 Niemiecki żołnież zostaje wysłany na sporne terytorium planety „Mrok” w poszukiwaniu niejakiego Leszczyńskiego, jedynego człowieka, który prawdopodobnie zdołał przystowsować się do niegościnnych warunków lasu zwanego „Piekłem”. Opowiadanie nie za długie, lecz treściwe i klimatyczne.

 „Aguerre w świcie” zaczyna się niczym kryminał, poczym przeradza się w polityczne starcie ideii. Mamy tu doczynienia z xenotykami, ludźmi, którzy dzięki dodaniu do swojej krwi gleju mają możność Rzeźbienia, czyli silnego wpływu na czasoprzestrzeń. Znowu mamy doczynienia ze światem rzeczywistym, czyli Gliną i tym mniej namacalnym, czyli Iluzjonem; z tym, że dzięki Rzeźbie, ciało nie jest w Glinie dużym ograniczeniem, gdyż ci, którzy posiedli ten dar, nie mają problemu z manipulacją grawitacją, ani z podróżowaniem z planety, na planete.

 Głównym bohaterem jest tytułowy Aguerre, który sprawuje role głowy zakonu zrzeszającego xenotyków. Zajął się on sprawą zabójstwa przyjaciela, która z osobistej potyczki z resztą świata zmieniła się w grubszą sprawę o mocno politycznym podłożu. Nieźle napisane, ale trochę na skróty, akurat tutaj autor mógł trochę przedłużyć.

 Ostatnim opowiadaniem ze zbioru jest „Piołunnik”, który przedstawia nieco inną wersje katastrofy w Czarnobylu. Myślę, że lepiej się go będzie czytało, dowiadując się w trakcie o co chodzi z tą alternatywną wersją 😛 Właściwie to opowiadanie najlepiej nadaje się do przeczytania od tak, po prostu. Na końcu jest jakieś przesłanie, ale jest ono natyle enigmatyczne, że w sumie go nie zrozumiałem :]. Tekst ten za to podziwiam za artystyczną formę, za twisty, które wciągają od początku, tak, że całość czyta się niemal jednym tchem. Mi to bardzo przypadło do gustu, bo oddaje sens czytania nie tylko jako sposobu na pobudzenie się do refleksji i rozważań, ale jako rozrywki dla mnie lepszej od pocinania na kompie, czy wgapiania się w TV. Może jestem trochę nahajpowany S.T.A.L.K.E.R.’em, ale w sumie to ten tekst nie ma z nim za wiele wspólnego. Po prostu jest utrzymany w takim klimacie, który do mnie trafia 🙂

 Cały zbiór zakończony jest podsumowaniem, w którym autor na przykładzie owej książki, uświadamia, że nawet jeśli nie wszystko pójdzie tak jak pownno, to wcale nie znaczy, że poszło źle. Zbiór można polecić każdemu fanowi sci-fi, ale i ludziom szukającym w lekturze materiału do głębszych rozmyślań nad przyszłością naszego świata.

 Jak znajdziecie po promocji, brać i nie wybrzydzać, nawet nieprzeczytany ładnie przyozdobi półkę (A i okładka zaprojektowana przez Tomasza Bagińskiego ładnie się prezentuje. Chyba nawet ładniej niż spot promujący polską prezydencje w unii).

 Ja do książki wrócę pewnie za kilka lat, może wtedy wyciągnę z niej jeszcze więcej.

 Wszystkich, którzy mają na tyle mocne nerwy, że przebili się przez mój bełkot do tego miejsca, pozdrawiam!

 

Published in: on Lipiec 17, 2011 at 8:45 pm  Dodaj komentarz  
Tags:

The URI to TrackBack this entry is: https://cobytujeszcze.wordpress.com/2011/07/17/niech-zyje-krol/trackback/

RSS feed for comments on this post.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: