Appetite For G ‚N’ R

 Czasem i z rynsztoka może wyrosnąć kwiatek, czego przykładem może być grupa Guns ‚N’ Roses. Mieszkali w melinie, hektolitrami pochłaniali alkohol i nie stronili od narkotyków. Menele, można by rzec. A jednak to o nich mówi się, że „uratowali prawdziwego rocka”.

 Skład, uważany za najlepszy, ukonstytuował się w 1985 roku,a chłopaki od razu wzięli się za koncertowanie. Zaowocowało to wydanym w rok później minialbumem, który dwa lata potem stał się częścią „G N’ R Lies”. Jednak prawdziwe tornado nadeszło w lipcu 1987 roku. Ukazanie się płyty „Appetite For Destruction” poprzedziło wiele imprez kończących się gigantycznymi demolkami. W końcu muzycy, po podpisaniu kontraktu z wytwórnią, nie musieli sobie niczego żałować.

 Sama płyta okazała się wielkim sukcesem. Zdobywała wysokie miejsca w notowaniach na całym świecie. W Ameryce pokryła się osiemnastokrotną platyną. Był to chyba najlepszy debiut w całej historii rocka. Nawet jeśli ktoś nie gustuje w rzeczonym gatunku z całą pewnością kojarzy przynajmniej singlowe utwory takie jak: „Welcome to the Jungle”, „Sweet Child O’ Mine”, czy „Paradise City”. Nawet w dzisiejszych czasach słychać je w radiu, a na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci gościły w wielu filmach. Popularność mogą zawdzięczać również teledyskom, którymi zespół wpisał się w rowój telewizji muzycznych.

 Sam album prezentuje się całkiem nieźle. Wielkim fanem tego zespołu nie jestem, jednak muszę przyznać, że odwalili na tym krążku kawał dobrej roboty. Szkoda, że nie udało się przepchnąć pierwotnej okładki, która miała pazur (a nawet kilka, jeśli wiecie o co mi chodzi). W zamian za to dostaliśmy tatuaż Axla. W sumie też niczego sobie.

 Gitarowe otwarcie wprowadza niezły nastrój, a dżungla nie dość, że nas wita, to jeszcze wciąga totalnie. W miasto łatwo wsiąknąć, łatwo też w nim zwariować (co sugeruje, całkiem ciekawy teledysk). Pierwszy utwór stanowi niejako kwintesencje ich stylu. Jest dowodem na to, że ci ludzie wiedzą, czego chcą i potrafią to osiągnąć.

 Dalej jest lekko punkrockowe „It’s So Easy”. Piosenki opisujące luzacki styl życia zawsze są w cenie. Nie inaczej było w ’87. Energiczna jazda przerywana jest ładnymi zwolnieniami, co tworzy intrygującą kompozycjie, której można słuchać niemal bez przerwy.

 Każdy ma jakiś ulubiony trunek, Gunsi również. „Nightrain” to pean na cześć taniego winiacza, jakim muzycy raczyli się zanim stać ich było na pożądniejsze napoje. W warstwie muzycznej mamy fajny, motoryczny utworek. Dobry na rozbudzenie w poniedziałkowy poranek 😛

 Do Axla przyległa łatka złodzieja i przestępcy. I jako łatka trzymała się go nawet w tych momentach, gdy był „czysty”. Nikomu by się to nie spodobało. Wyrazem niechęci do takiego stanu rzeczy jest szybkie „Out Ta Get Me”.

 „Mr. Brownstone” to typowy utwór o uzależeniu. W tym przypadku od heroiny. Miło się tego słucha, a jak kogoś to skłoniło do refleksji, tym lepiej.

 I znowu miejskie klimaty w „Paradise City”. Ładnie rozpędzający się utwór, w którym riffy Slasha zostały dopełnione syntezatorem, tworząc porywającą całość. W teledysku muzycy gwiazdorzą, są ujęcia ze sceny, są i takie, na których rozdają oni autografy.

 „My Michelle” odnosi się personalnie do kochanki Axla. Utwór wcale nie wychwala Michelle, ba, wręcz przeciwnie… Mimo to bohaterka, gdy go usłyszała była ponoć zachwycona. Muzycznie faktycznie jest nieźle, a jeśli bohaterka nie boi się prawdy, to co w tym złego?

 „Think About You” to kolejny, szybki numer o miłości. Całość zagrana jest z gunsowym dynamizmem i czadem.

 Dalej mamy wycieczkę w krainę wspomnień Axla. Jest znowu o dziewczynie i znowu o miłości i znowu o… a z resztą, „Sweet Child O’ Mine” jest tak znane, że nawet totalny analfabeta kulturowy je słyszał. Ludzie kochają ten utwór, ja mam do niego pozytywny stosunek, ale bez przesady. Ballada jak wiele innych, są chwile, gdy słucha się tego z większą, lub mniejszą przyjemnością, ale posłuchać zawsze można.

 „You’re Crazy” to kolejna porcja jazdy bez trzymanki. I znowu o dziewczynie, co prawda z innej perspektywy, ale zawsze. Nie oszukujmy się, temat nośny bardziej niż używki, więc też mocniej eksploatowany.

 „Anything Goes” pamięta jeszcze czasy poprzedniego zespołu Axla: Hollywood Rose. Intrygujący początek przeradza się w ciekawy utwór, ot tak do posłuchania.

 Wieńczące całość „Rocket Qeen” najmniej do mnie trafia. Jest jakieś takie… niby niezłe, ale czegoś brakuje. Co do jęków, które pojawiają się w tle istnieje wiele teorii, a najpopularniejsza mówi, iż są to odgłosy nagrane w studiu, gdy Axl zabawiał się z dziewczyną bębniarza. A ti, ti, niedobry 😛

 I tak oto kończy się debiutancka płyta „Wybawicieli rocka”, czy jak ich tam nazwać. Dobrze grali, szkoda, że skończyli.

Pozdrawiam!

Published in: on Lipiec 9, 2011 at 10:00 pm  Dodaj komentarz  
Tags: ,

The URI to TrackBack this entry is: https://cobytujeszcze.wordpress.com/2011/07/09/appetite-for-g-n-r/trackback/

RSS feed for comments on this post.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: