Wakacje w pełni

 Wreszcie przestało lać. Zgrało się to idealnie z moimi planami. Już za godzine, może dwie jadę do Katowic, a stamtąd, przez Niemcy, do Francji. Także najbliższa aktualka po 15 sierpnia.

 Ale po co jadę przez Katowice? Ano dla tego, że dziś w Spodku zagra amerykańska formacja Dream Theater. Na blogu nic o nich nie pisałem (jeszcze), ale chyba wystarczy jak powiem, że jest to prog-metalowy zespół, którego słucham z coraz większym zainteresowaniem, odkąd dostałem na Gwiazdkę ich dwupłytowy album. Mają bardzo bogatą i różnorodną dyskografie, więc każdy powinien znaleźć coś dla siebie (okej, każdy, kto słucha rocka).

Cóż, pozostaje mi tylko sprawdzić, czy wszystko spakowane.

Wszystkim życzę udanej kontynuacji wakacji 😉

Published in: on Lipiec 28, 2011 at 11:29 am  Dodaj komentarz  
Tags:

Nowy, a jakże, ale czy taki wspaniały?

 

 Aldous Huxley to ten gość od „Drzwi Percepcji”. Ale jako pisarz ma w swoim dorobku znacznie więcej dzieł wartych uwagi. Ja na razie sięgnąłem jeno po „Nowy wspaniały świat”, ale dzieła tego autora zapewne już wkrótce zagoszczą w większej ilości na mojej półce.

 „Brave new world” nie jest prostym czytadłem sf (jeśli coś już ma być fantastycznonaukowe, to chyba nie powinno być zbyt proste, nie?). Nie język jest tu przeszkodą, ale treść niesiona przez tę antyutopie. Zetknąłem się z opinią, iż kiedyś żyliśmy w „Roku 1984”, dziś żyjemy w „Nowym wspaniałym świecie”. Coś w tym jest. Orwelowska wizja totalitarnego uciemiężenia pasuje do PRL-owskiej rzeczywistości. Dziś nacisk nie jest tak oczywisty, wszystko odbywa się na drodze subtelniejszego „warunkowania”. W powieści Huxley’a działo się to na drodze hipnopedii, gdyż dzieciotwórstwo odbywało się na nieco innej drodze, niż dziś 🙂 (niezły zonk serwowany jest już na początku książki). W naszym obecnym świecie dzieci sadzane są przed telewizorem, później przed komputerem, i chłoną „mądrości” przedstawiane w reklamach.

 Na dobrą sprawę, u nas też niespecjalnie opłaca się być wyjątkowym. To znaczy, jak najbardziej, byleby w ogólnie przyjętych ramach. Szczęśliwie wiele zależy w tym względzie od środowiska w jakim się znajdziemy. W „Nowym wspaniałym świecie” wszystko było narzucone odgórnie. Tam przynajmniej mieli some i nie musieli martwić się późniejszym, ponarkotycznym kacem.

 Człowiek zawsze dążył do szczęścia. I chyba nigdy nie było tak, by dla wszystkich szczęście oznaczało to samo. W świecie Huxley’a wyjątki zdarzały się żadko, ze względu na zaawansowaną inżynierię, jakiej poddawany jest człowiek już od zarodka. Dzięki temu, model kastowy nie był powodem dla rewolucji. Każdy przychodził na świat już uwarunkowany do życia w odpowiedniej grupie społecznej, bez możliwości (ale też i chęci) do zmiany jej na inną. Manipulacja sprawiała, że wszyscy byli zadowoleni ze swojego miejsca w strukturze socjalnej. Nie można powiedzieć, aby w naszym społeczeństwie nie było podziału na klasy. W końcu mamy bogatych burżujów, „klase średnią” i pospólstwo. Przyjęty został jednak inny model. Tu każdy ma szanse (często li tylko iluzoryczną) stać się kimś więcej, piąć się po szczeblach kariery i trzepać kapuchę.

 Pora na dygresję. Dziś każdy może być kimś i generalny trynd idzie w kierunku wyścigu szczórów. Pewnie dla tego, kampania reklamowa pewnej marki jeansów (diesel?) nakłania do bycia głupim. Że niby wtedy będzie się wyjątkowym i takim fajnym. Niestety z tego co obserwuję, coraz ekskluzywniejszym towarem luksusowym staje się inteligencja. Więc wszystkich, którzy chcą być wyjątkowi, zachęcam do bycia mądrymi. Nie w sposób taki, jaki narzuca społeczeństwo, bo to żadna inteligencja, ale po prostu mieć ogarnięcie w niektórych, istotnych tematach. Czasem przeczytać coś mądrego… Fantastycznie, gadam jak mój stary 😛

 Co do „Nowego wspaniałego świata”, to zachęcam do poczytania. Długie to to nie jest, niektórych może odepchnąć nieco anachroniczność wizji. Kto w latach 30 myślał, że komputery osiągną ten półap zaawansowania, co dziś. Nie wpływa to jednak negatywnie na klarowność przekazu. Nie jest to książka łatwa i przyjemna, ale warto ją przeczytać.

 

Published in: on Lipiec 27, 2011 at 10:48 pm  Dodaj komentarz  
Tags: , ,

Bóg z…

 „Deus ex” w wielu kręgach jest uznawany za grę kultową. Jeśli ktoś nie wie dla czego, to po prostu w nią nie grał. Nie, nie każę od razu wszystkim popadać w zachwyt nad tą produkcją. Po prostu, z wielu względów, ta gra ma szanse podobać się wielu, różnym grupom graczy.

 Okej, po jedenastu latach grafika się zestarzała. Ale jeśli ktoś miałby w nią zagrać tylko ze względu na szatę graficzną, to niech sięgnie po jakiegoś współczesnego FPS’a, albo nawet poczciwego Crysis’a (jak na nasze czasy 4 lata to wieki). Mnie kanciaste modele i nieidealna tekstura niespecjalnie ruszają. Nie przeszkadza mi to czerpać satysfakcji z rozgrywki.

 Niedogodności estetyczne szybko tracą na znaczeniu w konfrontacji z rozgrywką. Gra ma zaimplementowany całkiem niezły system rozwoju postaci. Mamy jedenaście umiejętności. Część z nich podnosi zdolności bohatera w posługiwaniu się rozmaitymi narzędziami mordu. Tu mała dygresja: fanów eFPeeSów w stylu rambo, może odrzucić to samo, na co narzekali przy grze „Alpha Protocol”. Co się dziwić, że nie możemy wcelować headshota z pistoletu, skoro nie mamy wysokiego skila w broni krótkiej?

 Pierwszy „Deus ex” pozwala, ba, wręcz zmusza do docenienia umiejętności niebojowych. Wytrychów i multitoolsów zawsze jest mało, więc skill zmniejszający ich ilość potrzebną do otwarcia zamku/ rozbrojenia alarmu wydaje się jak najbardziej na miejscu. Wiadomo, pierdółki w rodzaju pływania można olać, natomiast umiejętność grzebania przy komputerach jest przydatna na jak najwyższym poziomi wszystkim, którzy niespecjalnie przepadają za otwartą walką (czyli na przykład autorowi niniejszego tekstu 😛 ).

 Obok umiejek, w rozowoju postaci, ważną rolę grają augamentacje. Jak w każdym, porządnym cyberpunku i tu nie mogło zabraknąć wszczepów. W naszym świecie, perspektywy mechanicznych modyfikacji ciała są raczej mgliste, ale za te kilka dekad… Ciekawym roziązaniem jest to, że każdy wszczep nasz JC musi znaleźć sam. Zachęca to do szczegółowszej eksploracji lokacji. Jak dla mnie, fajny myk. A same wszczepy pozwalają na wiele. Zwięszenie siły i szybkości to tylko wierzchołek góry lodowej.

 Augi stanowią istotny element klimatu świata. Klimatu, który potrafi urzec. Nie jest optymistyczny, wzniosły, ani tym bardziej radosny. Ale od tego mamy simsy. Od początku jesteśmy wystawieni na działanie posempnej rzeczywistości. Zniszczona Statua Wolności, szalejąca na świecie zaraza i wiele innych ficzerów pozwala wczuć się w otaczającą nas beznadzieje. Do tego dalej mamy doczynienia z teoriami spiskowymi (zasadniczo szybko przestają byc tylko teoriami), które świetnie uzupełniają koncepcje universum. Wreszcie, na końcu, nasz bohater może to zmienić. Gra ma kilka zakończeń, ale poniekąd od nas samych zależy, które wybierzemy. Ostatnia misja, to nie tylko wlaka z robotami i kupą innego syfu, ale także walka z samym sobą, co wybrać… Czuć, iż każda opcja ma swoje konsekwencje, a świat jest na tyle prawdopodobną wersją naszego, że wybór nie jest taki prosty.

 Taka kilotona ciężkiego, ołowianego klimatu, pozwala spojrzeć na naszą obecną rzeczywistość, jak na wyśmienite miejsce. Po tej grze odchodzi ochota na narzekania. Za to każda kamera staje się impulsem do rozpoczęcia natychmistowej zabawy w chowanego 🙂

 Do całej gry można podejść na kilka sposobów. Podobno da się ją przejść nie zabijając nikogo. Bardzo ciężkie, ale z dużym prawdopodobieństwem mogę to niemal potwierdzić. Osobiście wybrałem opcje cichego przemykania się za plecami wroga i hakerskiego podejścia do zabezpieczeń i botów. Strat w ludziach nie uniknąłem, ale nie ciągnęły się za mną dywany zwłok. Wszczep dający niewidzialność, rozwinięta umiejętność obchodzenia się z komputerami i pare tego typu rzeczy, dały mi świetną zabawę na granicy futurystycznego Thiefa i masy gier o tajnych agentach.

 Fani taktycznych strzelani też nie powinni narzekać. Flankowanie, zastawianie pułapek i wiele innych smaczków, sprawia, że przy każdym starciu trzeba myśleć. Nie da się tu lecieć na pałę (a już napewno nie na moim, ulubionym poziomi „realistycznym”).

 Każdy kto lubi teorie spiskowe i gry, które coś sobą niosą, oraz przy których trzeba ruszyć łepetyną, powinien sięgnąć po ten nieszablonowy tytuł.

 W kontynuację, czyli „DX: Invisible War” nie grałem, ale ponoć więcaj w niej akcji, mniej fabuły. Niemniej powielam w tym momencie tylko obiegową opinię. Kiedyś, pewnie zagram.

 Natomiast wielkimi krokami zbliża się prequel „Deus exa”. W związku z czym postanowiłem odświerzyć sobie pierwszą część. Fabułkę pamiętam nieźle (w końcu nie tak dawno przechodziłem), więc sięgnąłem po moda. Modów do „deus” jest całkiem sporo, ja wybrałem „Zodiaca”. Narazie jestm po pierwszej misji. Zasadniczo w „Zodiacu” wcielamy się w brata głównego bohatera jedynki, Paula Dentona. Ma on za zadanie wykraść z tajnej bazy pod siedzibą CIA, dokument zwany dumnie „Biblią”. Jak na razie całkiem, całkiem, ale nie wciągnęło mnie jak oryginał.

 Już za miesiąc ukazać ma się „Deus ex: Human Revolution”, rozgrywający się przed jedynką. Zapowiada się świetnie, ale zobaczymy jak wyjdzie. Z filmików wynika niejakie uproszczenie samej rozgrywki. Akcja będzie miała miejsce w czasach, w których augi dopiero wchodzą i niewszystkim się to podoba. Aż nie mogę się doczekać tych intryg i układów, które tym będą kierowały.

 Wszystkich, którzy chą wiedzieć więcej, zachęcam do odwiedzenia polskiej strony DX. www.deusex.pl

Pozdrawiam i miłych cyber-snów 😛

Published in: on Lipiec 26, 2011 at 9:37 pm  Dodaj komentarz  
Tags:

A imię jego brud i optymizm

 

 „Joe Dirt” może nie jest filmem pełnym wysublimowanych aluzji, lub też błyskotliwego humoru, ale mimo to warto go obejżeć.

 Technicznie czepić się nie można. Żadnych zgrzytów ani w pracy kamery, ani w warstwie muzycznej. Na plus można zaliczyć śliczne plenery. Estetyczna ekstaza to to nie jest, ale bywa naprawde pięknie.

 Historia prostego chłopaka o niecodziennej fryzurze (swoją drogą świetnej), który w młodym wieku został zgubiony podczas rodzinnej wycieczki i od tamtego momentu szuka rodziców, nie jest szczytem wyrafinowania. Ot, opowiedziana z perspektywy czasowej historia z wątkami kina drogi. Film za to ładnie pokazuje jak z byle kogo można zrobić niewiadomo jakiego celebrytę. Czasem zabawne, ale bez szału.

 Jednak jeśli pokuść się o spojrzenie na całość, jak na metafore dążenia do celu? Obraz uwypukla, że z pomocą chęci i samozaparcia można osiągnąć wiele. Jak zwykle, trzeba być miłym dla odpowiednich ludzi (hola, hola, ostrożnie z tą wazeliną), ale wszystko to jest w zasięgu ręki. It’s all in your mind! Na mnie takie filmy działają niezwykle motywująco.

 Mi do gustu przypadła również kreacja bohaterów. Z główną postacią łatwo można się zżyć. Pozostałe prezentują wiele ludzkich typów. W połączeniu z całością daje to niezły film, ze sporym pozytywnym ładunkiem.

 Po za tym, to dzięki niemu odkryłem zespół Def Leppard (jak często bywa, pierwsze 4 płyty świetne, dalej bywało różnie), więc darze go też względami sentymentalnymi.

 Polecam wszystkim, którym czasem się nie chce 🙂

Published in: on Lipiec 25, 2011 at 9:18 pm  Dodaj komentarz  
Tags:

Avangarda Szpiegów

 Konwent. Spotkanie freaków wszelkiej maści. Prelekcje, warsztaty, sesje RPG, LARPy, planszówki, co kto lubi. No po prostu nie mogło mnie zabraknąć na największym (i przy tym jednym z nielicznych) z warszawskich konwentów. Tegoroczna edycja była siódmą z kolei, więc aż prosiła się by jej tematem przewodnim był agent 007 i wiele spraw związanych z jego branżą.

 Tegoroczny konwent odbywał się w jednym z budynków kampusu SGGW, w przeciwieństwie do poprzednich edycji, które miały miejsce w zespole szkół, bliżej centrum. W konwentowych kuluarach mówiło się, iż ta decyzja była chybiona i może coś w tym jest. Dojazd na SGGW, nawet dla mnie, jako człowieka mieszkającego w stolicy od urodzenia, do prostych nie należał. Ale tragedii nie było. Jazda dwoma autobusami, to żadne wyzwanie, gorzej z korkami…

 Po przyjeździe okazało się, że nawet z mapą trafienie do właściwego budynku nie jest takie oczywiste. Z grupką, do której się podpiąłem (niestety z moją pamięcią do imion najlepiej nie jest, niemniej pozdrawiam ludzi, którzy drogi postanowili szukać razem z pryszczatym, długowłosym nastolatkiem) dotarcie na akredytacje zajęło nam sporo czasu. Nosz kto wpadł na pomysł, by przed wejściem stawiać dużych rozmiarów pomnik, który skutecznie odciąga uwagę 😛 Akredytacja przebiegała sprawnie, ale chyba ludności przybyło mniej, niż zakładano. Noclegi były odpłatnie w domach studenckich, co nie wszystkim odpowiadało. Opcja darmowego spanka była, ale w LO im.Kołłątaja, które jest dobrą godzine drogi od SGGW i to jak ma się jako takie ogarnięcie w warszawskiej komunikacji. Doświadczyłem na własnej skórze, gdyż mieszkam niedaleko rzeczonego liceum (nota bene tam odbywa się zimowa zjAva, a tak już zupełnie bajdałej to się w nim uczę :P).

 Budynek, w którym odbyła się Avangarda był naprawde duży. W związku z tym przebywanie drogi z przelekcji na przelekcję wiązało się z niekiedy szybkim sprintem po piętrach i frustrującym błądzeniem w poszukiwaniu sali, ale to już kwestja mojego obycia z mapą (a raczej jego braku).

 Tak się złożyło, że byłem obecny tylko przez dwa dni, ale za to te najlepsze. Piątek zacząłem prelekcją o promieniowaniu i jego zastosowaniu w wywiadzie. Wiadomo: łączność, radary i inne tego typu, ale aktywowanie związków chemicznych rozpylonych w powietrzu, za pomocą promieniowania? Niby faktycznie, ale jakoś na to do tej pory nie wpadłem. Prelekcja była zasadniczo prowadzona pod kątem wykorzystania tego wszystkiego na sesjach RPG, ale nawet z perspektywy kogoś, kto w rolpleje grał ostatnio tylko na komputerze (chyba muszę znaleźć sobie drużyne) pogadanka wypełniona była masą ciekawostek, których miło było posłuchać. Momentami czułem się niemal jak w szkole, ale prelekcja przypadła mi bardzo do gustu. Grunt to dobre prowadzenie, a ludzie z Lans Macabre znają się na robocie.

 Teraz miałem dowiedzieć się tego i owego o masonach, ale chyba dopadli prelegenta, gdyż wykład się nie odbył. Miałem więc godzinke na rozglądniecie się. Oczywiście nie obyło się bez zakupów. Odebrałem zamówioną wcześniej książke, a przy okazji wziąłem sobie film „Świąteczne Zło”. O nim w grudniu 🙂 Nie mogłem sobie odmówić również avangardowej koszulki. Ogólnie prezentuje się lepiej, niż ta zeszłoroczna.

 Po zakupach i przejżeniu planszówkowych nowości udałem się na literacką pogadanke o tajemnicy dobrego przekazu w sztuce pisanej. Prowadził ją Marcin Przybyłek, który zrobił na mnie tak pozytywne wrażeni, że jego „Gamedecka” postanowiłem kupić jeszcze na Avangardzie. Tajemnicy nie będę tu zdradzał. Ogólna konkluzja jest prosta: nie nudzić.

 Zanim przyszedłem posłuchać o klubie Bilderberg, wiedziałem o nim bardzo niewiele, a jak się okazało już sama osoba polskiego założyciela jest nader intrygująca. Zachęcam wszystkich do poczytania o Józefie Retingerze, bo chyba jest bardziej fascynujący od grupy dyskusyjnej, która po raz pierwszy zebrała się lata temu w hotelu de Bilderberg.

 Potem posłuchałem o satelitach, ale jako że mój ojciec ma małego hyzia na punkcie kosmosu i latania, większość stwierdzeń, które tam padły, była mi już znajoma.

 Kiedyś grałem niemal tylko i wyłącznie w Neuroshime. Dziś, z różnych przyczyn, nie grywam w RPG (ale może jakoś się zawezmę i wrócę do tej, swoją drogą naprawde fajnej, formy spędzania czasu), ale z sentymentu postanowiłem odwiedzić sale Portalu. O dodatku pt. „Prawo i Sprawiedliwość” słyszałem już co nieco na zjAvie, ale tu już był gotowy produkt, więc polazłem zobaczyć jak to wyszło. Powrócono do formy krótszych dodatków. Mamy 50 stron, z czego dwie ostatnie zajmuje reklama innych dodatków do NS (fajnie poopisywanych, ale wolałbym jednak te dwie strony więcej tekstu). Jednak za 16 złotych to całkiem nieźle. Dodatek jest fajny, sporo informacji dla MG. Rzadko kiedy spotykałem na sesjach BG sędziów, ale po materiałach z dodatku wygląda, że to się zmieni. Pokaz zakończony był konkursem, w którym do wygrania był egzemplarz „Prawa i Sprawiedliwości” z autografem. Był to pierwszy konkurs na konwencie, w którym coś wygrałem. Z jednej strony jestem wniebowzięty. „Dodatek do NS z autografem wooow!!!”. Ale mam wątpliwości, czy ze mną wszystko w pożądku. Konkurs był qupizem z czterema zamkniętymi pytaniami. Problem w tym, że pytania były z gatunku: „Czym zajmuje się 3 departament policji Nowego Jorku?”, albo „ile gambli na znajomych daje cecha sędziego „jeden z nas”?”, a ja znałem odpowiedzi. Nie, to nie były strzały. Mój mózg (i nie chodzi mi tu o prelegenta o ksywce „Muzg”:P) po przeczytaniu możliwych odpowiedzi, po prostu wskazywał poprawną. Tak sobie myślę, że niezły nerdzioch ze mnie.

 Dalej poleciałem na prelekcje o tajnych organizacjach w WoDzie. Było zabawnie. Z resztą, przy okazji teorii spiskowych często się śmieję, a jak to jest łączone z WoDem to już nie ma bata na ataki chichotu. Nie żebym nie umiał na poważnie podchodzić do Świata Mroku, ale…

 Dr. Andrzej Zimniak uraczył publiczność swojego wykładu (dość interaktywnego z resztą) ciekawymi rozważaniami na temat długowieczności. Muszę sięgnąć po jakiś zbiór jego opowiadań.

 Dalej w sali Lans Macabry odbyła się przeniesiona prelekcja o Czarnobylu. Znów masa ciekawostek. Tematem Zony i czarnobylskiego wypadku nie interesowałem się szczególnie intensywnie, więc z przyjemnością posłuchałem w końcu o różnicach w budowie standardowych elektrowni i tej w Czarnobylu, o okolicznościach wypadku i wielu innych sprawach.

 Piątkowe zmagania z Avangardą zakończyłem spotkaniem z wydawnictwem Portal. Zaczęło się bardzo kameralnie, ale z czasem nazłaziło się ludzi. Spotkanie urozmaiciło wiele anegdot, ale i narzekań. Z konkretów dowiedziałem się, iż prace nad dodatkami do NS trwają. Najszybciej ukarze się pewnie NJ, a potem coś o skażeniach i mutantach. W Portalu mają kupe roboty, więc RPO stoi, Monastyr stoi, ale za to ostro idą z karciankami i planszówkami. Essen już niedaleko. Na koniec wspomniano też o dystrybucji internetowej. Podobno sklep rebel.pl ma uruchomić kanał do wirtualnej sprzedaży RPGów itp.

 Przekimałem się u kumpla, który mieszka znacznie bliżej SGGW, niż ja (Dzięki!).

 Rano szybkie śniadanie i w drogę. Sobotni maraton prelekcyjny zacząłem znowu od Lans Macabry. Tym razem bardziej cyberpunkowo, o korporacjach i wykradaniu z nich danych. Tja, drodzy strażnicy, nie ufajcie sprzątaczkom xD

 Potem wylądowałem na prelekcji Marcina Przybyłka o komunikacji w przyszłości. Początek był bardziej o komunikacji niejako w naszym ciele (uwielbiam słuchać ludzi z wykształceniem medycznym 😉 ), następnie o łączności 3D, przesyłaniu zapachu i innych, w sumie, popularnych tendencjach w branży telekomunikacyjnej. A ja tam nadal nie zamierzam założyć fjesbusia.

 O truciznach można gadać naprawde długo. Godzinka starczyła na prezentacje ciekawych trucicieli i ich ulubionych metod.

 Japonia i Chiny mnie szczególnie nie pasjonują, ale posłuchać prelekcji o tamtejszych miastach było warto. Ciekawa i specyficzna kultura. A, że w Tokyo i tego typu miastach toczy się akcja masy cyberpunkowych gier/opowieści, warto mieć jakieś rozeznanie.

 Dalej poszedłem dowiedzieć się czegoś o kłamstwie od autora cyklu „Kłamca”. Była to najbardziej obłożona prelka ze wszystkich na których byłem. Całość okraszona anegdotami i wspomagana dobrym kontaktem publiczności z prelegentem. Niby nic odkrywczego, ale nie mogę żałować, że tam byłem. A jeśli uznać teorie, że „śmiech to zdrowie”, to lepszego sposobu na spędzenie godziny być nie mogło.

 Kolejne dwie godzinki spędziłem na oglądaniu i analizowaniu reklam. Spodziewałem się bardziej wykładu w duchu „reklamy wami sterują, bądźcie czujni!!!!”, ale odpowiadanie sobie na pytania typu: co dana reklama nam przekazuje o marce/produkcie, albo do kogo jest skierowana, też było fajną zabawą.

 Na kolejnej prelekcji posłuchałem o broni bilogicznej. Temat ciekawy i pewno jeszcze coś o nim doczytam w najbliższym czasie, bo godzina starczyła tylko na naszkicowanie problemu.

 Na tym musiałem zakończyć swój pobyt na Avangardzie. I już nie mogę doczekać się kolejnej edycji.

Wszystkich, nie tylko fantastów i RPGowców, zachęcam do pojawiania się na konach, gdyż tam po prostu można spotkać inteligentynych ludzi i usłyszeć wiele intrygujących rzeczy.

Pozdrawiam

Published in: on Lipiec 24, 2011 at 3:27 pm  Dodaj komentarz  
Tags: ,

Epoka Pottera

 

 Ostatnia część przygód Harrego Pottera weszła na ekrany naszych kin co prawda kilka dni temu, ale ja obejrzałem ją dopiero dziś.

Druga część „Insygniów śmierci” została bardzo ładnie zrealizowana. Efekty specjalne cieszą oko, miejsca, w których toczy się akcja, wyglądają nadwyraz adekwatnie. Do gry aktorskiej nie ma się co przyczepić. Postacie zostały dobrze ucharakteryzowane i odegrane. Całość świetnie wygląda na wielkim ekranie, w 3D. Wizualnie satysfakcjonuje.

 Muzyka trzyma poziom tej z poprzednich części, czyli wyższy, niż typowe brzdąkanie w filmach. Do dziś nie rozumiem czemu „The social network” dostał Oskara za muzyke, ale cóż…

 Jeśli chodzi o historię opowiedzianą w filmie, to fruniemy od włamania do banku gringotta, przez bitwę w Hogwarcie i walkę, która musiała się zdarzyć (żeby nie robić za dużego spoilera, ale każdy wie o co chodzi xD), po, w sumie, szczęśliwe zakończenie.

 Nie będę szczególnie oryginalny mówiąc, że w książce wszystko było lepiej i dokładniej opowiedziane. W końcu film nie powinien być za długi (nawet jeśli robiny w dwóch częściach), taka już uroda tej formy przekazu. „Titanica”, czy „C.K. Dezerterów” ogląda mi się lepiej w wersji podzielonej na dwie części, gdy między nimi mogę mieć chociarz chwilę przerwy.

 Wracając do Harrego. Druga część „Insygniów” ma inny klimat, niż pierwsza. Tamta była bardziej sentymentalna, tutaj mamy więcej walki; mimo to film rozkręca się dość powoli.

 Filmowy koniec sagi jest też końcem pewnej epoki. Przynajmniej dla mnie 🙂 Dwa pierwsze tomy poznałem ledwie na kilka miesięcy przed filmem, więc zżyłem się bardziej z kinową adaptacją. Niemniej patrząc z dzisiejszej perspektywy książki mnie bardziej kręcą. Zwłaszcza ostatnie tomy. Jak dla mnie mają ambicje bycia czymś więcej, niż tylko czytadłem dla egzaltowanej dzieciarni. W sumie to przeczytałbym wszystkie tomy jeszcze raz, ale stety, niestety chcę jeszcze przeczytać kupę innych lektur, a szkoła zaczyna się już za niewiele ponad miesiąc. Mam przynajmniej to szczęście, że nie sprawia mi przykrości czytanie tych wszystkich Szekspirów i Edypów, do których zmuszają w szkole. Jednakowoż wolałbym mieć więcej czasu na czytanie książek, które sam sobie wybiorę :\

 Pozostaje mi nadzieja, że kiedyś wrócę do tej serii. W końcu spędziłem z nią, w tej, czy innej formie, kawał życia. Ciekaw jestem, czy przetrwa ona próbę czasu, i czy ludzie kiedyś do niej wrócą?

Published in: on Lipiec 19, 2011 at 9:32 pm  Dodaj komentarz  
Tags: ,

Niech żyje Król

 Właśnie uporałem się z „Królem Bólu” Jacka Dukaja. Ponad 800 stron, nie w kij dmuchał.

 Niespecjalnie pasuje tu nazwa zbiór opowiadań, gdyż teksty zawarte w tym tomiszczu są dość długaśne. Zresztą nawet sam autor sugeruje nazwanie go zbiorem powieści. W sumie to ni to jedno, ni to drugie. Potencjał zawarty w każdym tekście spokojnie starczyłby do rozbudowania go w osobną formę literacką, jednak postanowiono inaczej. Większości tekstów wyszło to raczej na dobre, a i tak do osobnych książek rozrosły się „Lód” (też wielka kniga) i „Wroniec”, które też miały znaleźć się w tym zbiorku.

 Książka na pewno ładnie prezentuje się na półce, ale chyba jednak ważniejsze jest to, co w środku 😛 Mamy tu osiem mini-powieści, wiodących nas przez kilkanaście lat twórczości Dukaja. Nic dziwnego, że część tekstów była już publikowana. Dobrze, że znalazły się w tym zbiorze, bo ciężko je zdobyć, w wersji drukowanej, z innych źródeł.

 Całość zaczyna „Linia Oporu”. Taki wybór ma swoje wady i zalety. Niestety utwór jest dość ciężki w odbiorze. Mamy tu masę neologizmów, które co prawda świetnie współgrają z przedstawionym światem, jednak w moim odczuciu utrudniają, i tak nie łatwą, interpretacje dzieła. Poza tym, niespecjalnie przypadł mi do gustu styl, w którym dominują krótkie, rwane zdania.

 Akcja rozgrywa się w jednej z wielu możliwych przyszłości, gdzie swoista dehumanizacja poszła mocno do przodu. Ciało nie ma wielkiego znaczenia, wiele spraw toczy się poza nim. Glówny bohater, Paweł Kostrzewa, jest „kreatywem” i jako taki zajmuje się wymyślaniem światów, które mają miejsce obok tego prawdziwego. W nich może dziać się wszystko, bo przecież wszystko jest w zasięgu naszej wyobraźni, naszego umysłu. Jednka nawet tacy ludzie, jak Kostrzewa miewają swoje kryzysy. Każdy czasem traci poczucie sensu w całym tym kieracie. Poszukiwanie go wypełnia większą część noweli, dając czytelnikowi sposobność do refleksji. Raczej mało optymistycznej.

 Może właśnie dzięki dużej liczbie problematycznych zwrotów, człowiek zmniejsza tempo czytania i może głębiej wgryźć się w filozoficzny aspekt opowiadania (najobfitszego ze zbioru). Jednakowoż sposób w jaki jest ono napisane, sprawił, że nieco zraziłem się do całości już na starcie. Po przebrnięciu przez „Linie Oporu” musiałem sięgnąć po jakieś czytadło, tak dla zmiany smaku. Swoją drogą czytanie całego „Króla Bólu” na raz, nie jest najlepszym pomysłem. Warto robić sobie między opowiadaniami dłuższe przerwy, nie tylko na refleksje.

 „Oko Potwora” to juz inna rzecz. Niepozbawiona ciężaru i również skłaniająca do refleksji, ale napisana lżejszym językiem. Jednak, jak w każdej space-operze, i tu nie mogło zabraknąć odrobiny fizyki 😉

 Dukaj składa tu swoisty hołd Stanisławowi Lemowi. Tekst zaczyna się dość normalnie (jak na space-opere), jednak zmiana kursu i związane z nią wydażenia, wpychają całą załoge kosmicznego transportowca w spirale wzajemnych podejrzeń. Mamy tu kosmiczną jazdę z porządną domieszką paranoii. Utwór czyta się przyjemnie, a psychologiczne smaczki wprowadzają fajny klimacik.

 „Szkoła” dostępna jest na stronie internetowej Jacka Dukaja. Jednak ja jestem staroświecki i wolę czytać z kart książki.

 „Szkoła” z początku mnie nie zachwyciła. Z resztą nadal nie uważam jej za jakieś arcydzieło. Ot, dobra lekturka. Akcja toczy się na dwuch płaszczyznach czasowych: przed i po „skaptowaniu” głównego bohatera do tytułowej Szkoły. Główną role w tym przedstawieniu odgrywa dziecko imieniem Puńo. Tekst opowiada o profilowaniu ludzi, już od najmłodszych lat. W przypadku Puńo owo profilowanie przybiera specyficzną formę, bo i zadanie stojące przed chłopcem będzie niecodzienne. Jednak cóż to będzie za misja czytelnik dowie się dopiero pod koniec książki. Dzięki takiemu trzymaniu w niepewności całość czyta się szybko. Może i dobrze, bo to właśnie końcówka jest najlepszym elementem tej noweli.

 „Król Bólu i pasikonik” to kolejny utwór w stylu „Linii Oporu”. Znów stykamy się z nieprzeciętną liczbą dziwnych słówek (może nie tak dziwnych jak blastula, albo gastrulacja, z którymi spotykam się w szkole, ale jednak). I tu również ciało niema znaczenia. Ludzie mają zdolność do „wkapturzania” się w „proxyków”. Mówiąc po krótce, mogą porószać „swoje ja” pomiędzy ciałami. Sądze jednak, że to lekkie przegięcie. Odbiór bodźców i postrzeganie świata jako takiego jest zbyt uzależnione od naszej osobistej fizjiologii i naszego prywatnego ciała. Myślę, że już nieco inne „uzwojenie” mózgu, dopuszczalne przecież wewnątrz gatunku, stanowi barierę nie do przebycia w… no właśnie… podróżach transcendentalnych? No, w każdym razie w przemieszczaniu umysłu z ciała do ciała. A taka operacja z ciała ludzkiego do zwierzęcia o odmiennej morfologii jest nawet ciężka do wyobrażenia. Ale to tylko ja się tak czepiam, bo koniec końców mówimy o opowiadaniu science-fiction, a poza tym też nie jestem jakimś autorytetem w tej dziedzinie 😛

 W każdym razie, mowa w „Królu Bólu i pasikoniku” także o terroryźmie, który też stanął ponad granicami. Co stosować w odpowiedzi nań, jeśli nie terror? Nowela znowu ubrana w posthumanistyczny bełkot (przynajmniej miejscami) i znowu silnie zmuszająca do refleksji. Można się w niej trochę pogubić, sporo tu niedomówień, względnie enigmatycznych wyjaśnień. Właśnie dzięki temu istnieje spore pole do interpretacji (czyżby znowu zależnej od konkretnego człowieka, więc może i jego prywatnej cielesności? Dobra, dobra, powygłupiać się nie można? xD).

 „Crux” to znowu przypowieść trochę o dumie, trochę o honorze, trochę o zaufaniu… Mamy tu mix sarmackich tradycji z PRL-owskim socjalizmem, oraz z technologią pozostającą narazie w strefie rozmyślań naukowców i fantastów. Napisane bez specjalnych udziwnień, ale nie bez klimatu.

 Sugestia by do „Serca Mroku” słuchać Rammsteina, nie jest bezpodstawna. Muzyka owego industrial-metalowego zespołu ładnie dopełnia tę ociekającą mrokiem mini-powieść. Pierwsze skojarzenie, jakie nasunęło mi się po przeczytaniu, to „Czas Apokalipsy. Powrót” Coppoli. Skoro film był inspirowany prozą Conrada, to pewnie klimatem i temu jest bliski (z książkami Conrada niestety jestem na bakier).

 Niemiecki żołnież zostaje wysłany na sporne terytorium planety „Mrok” w poszukiwaniu niejakiego Leszczyńskiego, jedynego człowieka, który prawdopodobnie zdołał przystowsować się do niegościnnych warunków lasu zwanego „Piekłem”. Opowiadanie nie za długie, lecz treściwe i klimatyczne.

 „Aguerre w świcie” zaczyna się niczym kryminał, poczym przeradza się w polityczne starcie ideii. Mamy tu doczynienia z xenotykami, ludźmi, którzy dzięki dodaniu do swojej krwi gleju mają możność Rzeźbienia, czyli silnego wpływu na czasoprzestrzeń. Znowu mamy doczynienia ze światem rzeczywistym, czyli Gliną i tym mniej namacalnym, czyli Iluzjonem; z tym, że dzięki Rzeźbie, ciało nie jest w Glinie dużym ograniczeniem, gdyż ci, którzy posiedli ten dar, nie mają problemu z manipulacją grawitacją, ani z podróżowaniem z planety, na planete.

 Głównym bohaterem jest tytułowy Aguerre, który sprawuje role głowy zakonu zrzeszającego xenotyków. Zajął się on sprawą zabójstwa przyjaciela, która z osobistej potyczki z resztą świata zmieniła się w grubszą sprawę o mocno politycznym podłożu. Nieźle napisane, ale trochę na skróty, akurat tutaj autor mógł trochę przedłużyć.

 Ostatnim opowiadaniem ze zbioru jest „Piołunnik”, który przedstawia nieco inną wersje katastrofy w Czarnobylu. Myślę, że lepiej się go będzie czytało, dowiadując się w trakcie o co chodzi z tą alternatywną wersją 😛 Właściwie to opowiadanie najlepiej nadaje się do przeczytania od tak, po prostu. Na końcu jest jakieś przesłanie, ale jest ono natyle enigmatyczne, że w sumie go nie zrozumiałem :]. Tekst ten za to podziwiam za artystyczną formę, za twisty, które wciągają od początku, tak, że całość czyta się niemal jednym tchem. Mi to bardzo przypadło do gustu, bo oddaje sens czytania nie tylko jako sposobu na pobudzenie się do refleksji i rozważań, ale jako rozrywki dla mnie lepszej od pocinania na kompie, czy wgapiania się w TV. Może jestem trochę nahajpowany S.T.A.L.K.E.R.’em, ale w sumie to ten tekst nie ma z nim za wiele wspólnego. Po prostu jest utrzymany w takim klimacie, który do mnie trafia 🙂

 Cały zbiór zakończony jest podsumowaniem, w którym autor na przykładzie owej książki, uświadamia, że nawet jeśli nie wszystko pójdzie tak jak pownno, to wcale nie znaczy, że poszło źle. Zbiór można polecić każdemu fanowi sci-fi, ale i ludziom szukającym w lekturze materiału do głębszych rozmyślań nad przyszłością naszego świata.

 Jak znajdziecie po promocji, brać i nie wybrzydzać, nawet nieprzeczytany ładnie przyozdobi półkę (A i okładka zaprojektowana przez Tomasza Bagińskiego ładnie się prezentuje. Chyba nawet ładniej niż spot promujący polską prezydencje w unii).

 Ja do książki wrócę pewnie za kilka lat, może wtedy wyciągnę z niej jeszcze więcej.

 Wszystkich, którzy mają na tyle mocne nerwy, że przebili się przez mój bełkot do tego miejsca, pozdrawiam!

 

Published in: on Lipiec 17, 2011 at 8:45 pm  Dodaj komentarz  
Tags:

Metafora do Sześcianu

 „Cube” jest kolejnym filmem z gatunku TYCH dziwnych. Niby mamy prosty thriller w klimatach science-fiction. Sześciu, właściwie nieznanych sobie ludzi trafia do dziwacznego kompleksu złożonego z wielu podobnych do siebie sześcianów. Dzięki takiej koncepcji budżet mógł być dość skromny. Kilku aktorów, jedno pomieszczenie, podświetlane na kilka sposobów i scenariusz. W sumie nic szczególnego, gdyby nie ów ostatni element.

 Film dobrze trzyma w napięciu, także patrząc nań jak na „ot, kolejny thriller” też daje rade. Ale tak naprawdę chodzi o metaforę. Film, jak dla mnie, jest nadzwyczajny, gdzyż można go interpretować na różne sposoby. Próbując spojrzeć całościowo, dostrzec można odbicie życia jako takiego, gdzie jeden wybór wpycha nas w następne, a każdy z nich może zakończyć się mniej, lub bardziej, tragicznie. Jednakowoż może to być tylko paraboliczne zobrazowanie celu, dowolnego, do którego dążąc podejmujemy decyzje, które mogą mieć wpływ na dalsze nasze postępowanie, a w konsekwencji, na reszte naszego życia.

 Nawet rozpatrując poszczególne sceny, ba, poszczególne ujęcia kamery, możemy odnieść wrażenie, że film przemawia do nas wielopłaszczyznowo, wywołując długie ciągi skojarzeń. Ot czarnoskóry policjant, który szybko staje się przywódcą grupy, a potem… żeby nie spalić filmu, powiem tylko, że nie dzieje się z nim najlepiej. A jeśli szwankuje góra, to całemu zespołowi nie jest to na ręke. Wracając do naszego gliny, jego działania mogą również zostać zinterpretowane na różne sposoby. Na ten przykład, jako metafora słuszności wolnych wyborów, w których berło władzy winno zmieniać właściciela by wszystko działało, albo po prostu jako metafora nałogu, gdzie wszystko jest fajnie, dopóki nie zacznie się rozpadać i niszczyć.

 Czasem i praca kamery niejako prowadzi skojarzenia widza na właściwe tory. Właściwie nie ma tu scen, ani ujęć przypadkowych. Wszystko tworzy całość, która działa i skłania do refleksji.

 Początkowo nie byłem przekonany do tego filmu. Gdy skończyłem go oglądać miałem wrażenie, że był jakiś taki niemrawy, krzywo zrobiony. Akcja jakaś tam jest, a to ktoś padnie, a to inny się zdeformuje, ale to nie o nią tu chodzi. Do jako takich wniosków dochodzi się kilka godzin po filmie, gdy człowiek zastanawia się, myśli, kojarzy to i owo.

 Może i to nie jest arcydzieło, ale takie filmy powinno się robić i takie filmy ludzie powinni oglądać. Wiadomo, ze wszystkiego można wyciągnąć jakieś wnioski, wszędzie można zobaczyć metaforę, odkryć ukryte dno; jednak lepiej, gdy nie trzeba robić tego na siłe.

 Niektórzy pewnie wezmą mnie za odpowiednik pani lekarz z tego filmu. Ja jednak nadal obstaję przy tym, że rząd wyłożył, przynajmniej trochę kasy na ten film. W końcu takie promowanie matematyki… no, po prostu ktoś musiał maczać w tym paluchy 😛

 W każdym razie film polecam, mimo iż notka wyszła przeintelektualizowana i nieco na chama ambitna. Od czasu do czasu można się chyba powygłupiać xD

 Pozdrawiam i powodzenia w zmaganiach z Rubikiem 🙂

Published in: on Lipiec 15, 2011 at 9:01 pm  Dodaj komentarz  
Tags:

Międzystanowa jazda!

 Film „Interstate 60” jest kolejną ofiarą naszych tłumaczy. Polski tytuł „Ale jazda!”, w moim odczuciu, słabo sprawdza się jako chwyt marketingowy, kojarzy się z kiepską komedią piłkarsko-erotyczną, lub skrzyżowaniem kina drogi z amatorskim pornosem. Najlepiej obejrzeć ten film w oryginale, gdyż w ten sposób można wychwycić wiele smaczków, których nie da nam polskie tłumaczenie. No i oczywiście tytuł będzie mniej siarowy 😛

 Co do samego filmu: jest on niesamowity! Rozkręca się dość długo, ale potem jest już tylko lepiej. Postać głównego bohatera jest naszkicowywana w taki sposób, że widz łatwo się z nim utożsamia. Młody chłopak (Neal, grany przez Jamesa Marsdena) stoi przed wyborem ścierzki, którą będzie prawdopodobnie kroczył przez dalsze swe życie. Z góry (czyli od rodziców) płyną naciski, by robił karierę jako prawnik. Neal wolałby jednak zostać malarzem. Zapewne wielu młodych ludzi przerabiało podobne sytuacje.

 W dniu swoich urodzin ma jedno, proste, ale jakże filozoficzne, życzenie: chce poznać odpowiedzi! W sumie kto by nie chciał? Wiedza to jedna z tych rzeczy, które mają wpływ na to kim człowiek może się stać. Ona rzutuje na nasze postępowanie i na podejmowane przez nas decyzje. Jednak niewielu ludzi ma możność poznania odpowiedzi od tak, w jednej chwili, tuż po zadaniu pytania… dowolnego pytania. Jednak życzenie naszego bohatera zostaje usłyszane i podchwycone przez pewnego tajemniczego osobnika, granego przez Garego Oldmana, O. W. Granta (nota bene jego imie jest jednym ze wspomnianych wcześniej anglojęzycznych smaczków). Postanawia on wspomóc Neala w jego fascynującej podróży na oparach absurdu.

 Film jest reżyserskim debiutem Boba Galea, znanego z serii „Pwrót do przyszłości”. Facet, który pomagał pisać scenariusz do tak znamienitego dzieła, nie mógł zrobić kiepskiego filmu. „Interstate 60” obfituje również w nawiązania do tych filmów.

 Obraz jest naładowany niezwykle pozytywną energią. Niektórym może wydać się nudny, może przegadany. Faktycznie niewiele w nim akcji, ma oniryczny klimat, ale właśnie dzięki temu ma taki… filozoficzny feeling. Ja oglądałem go z przyjemnością. Do tego zostawia on jakiś ślad, zmusza do refleksji, w przeciwieństwie do większości wszechogarniającej ciamciaramci 😛 W każdym razie polecam. Przynajmniej można wyrobić sobie wtedy zdanie.

 Pozdrawiam i miłego oglądania!

Published in: on Lipiec 13, 2011 at 6:00 pm  Dodaj komentarz  
Tags: ,

Appetite For G ‚N’ R

 Czasem i z rynsztoka może wyrosnąć kwiatek, czego przykładem może być grupa Guns ‚N’ Roses. Mieszkali w melinie, hektolitrami pochłaniali alkohol i nie stronili od narkotyków. Menele, można by rzec. A jednak to o nich mówi się, że „uratowali prawdziwego rocka”.

 Skład, uważany za najlepszy, ukonstytuował się w 1985 roku,a chłopaki od razu wzięli się za koncertowanie. Zaowocowało to wydanym w rok później minialbumem, który dwa lata potem stał się częścią „G N’ R Lies”. Jednak prawdziwe tornado nadeszło w lipcu 1987 roku. Ukazanie się płyty „Appetite For Destruction” poprzedziło wiele imprez kończących się gigantycznymi demolkami. W końcu muzycy, po podpisaniu kontraktu z wytwórnią, nie musieli sobie niczego żałować.

 Sama płyta okazała się wielkim sukcesem. Zdobywała wysokie miejsca w notowaniach na całym świecie. W Ameryce pokryła się osiemnastokrotną platyną. Był to chyba najlepszy debiut w całej historii rocka. Nawet jeśli ktoś nie gustuje w rzeczonym gatunku z całą pewnością kojarzy przynajmniej singlowe utwory takie jak: „Welcome to the Jungle”, „Sweet Child O’ Mine”, czy „Paradise City”. Nawet w dzisiejszych czasach słychać je w radiu, a na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci gościły w wielu filmach. Popularność mogą zawdzięczać również teledyskom, którymi zespół wpisał się w rowój telewizji muzycznych.

 Sam album prezentuje się całkiem nieźle. Wielkim fanem tego zespołu nie jestem, jednak muszę przyznać, że odwalili na tym krążku kawał dobrej roboty. Szkoda, że nie udało się przepchnąć pierwotnej okładki, która miała pazur (a nawet kilka, jeśli wiecie o co mi chodzi). W zamian za to dostaliśmy tatuaż Axla. W sumie też niczego sobie.

 Gitarowe otwarcie wprowadza niezły nastrój, a dżungla nie dość, że nas wita, to jeszcze wciąga totalnie. W miasto łatwo wsiąknąć, łatwo też w nim zwariować (co sugeruje, całkiem ciekawy teledysk). Pierwszy utwór stanowi niejako kwintesencje ich stylu. Jest dowodem na to, że ci ludzie wiedzą, czego chcą i potrafią to osiągnąć.

 Dalej jest lekko punkrockowe „It’s So Easy”. Piosenki opisujące luzacki styl życia zawsze są w cenie. Nie inaczej było w ’87. Energiczna jazda przerywana jest ładnymi zwolnieniami, co tworzy intrygującą kompozycjie, której można słuchać niemal bez przerwy.

 Każdy ma jakiś ulubiony trunek, Gunsi również. „Nightrain” to pean na cześć taniego winiacza, jakim muzycy raczyli się zanim stać ich było na pożądniejsze napoje. W warstwie muzycznej mamy fajny, motoryczny utworek. Dobry na rozbudzenie w poniedziałkowy poranek 😛

 Do Axla przyległa łatka złodzieja i przestępcy. I jako łatka trzymała się go nawet w tych momentach, gdy był „czysty”. Nikomu by się to nie spodobało. Wyrazem niechęci do takiego stanu rzeczy jest szybkie „Out Ta Get Me”.

 „Mr. Brownstone” to typowy utwór o uzależeniu. W tym przypadku od heroiny. Miło się tego słucha, a jak kogoś to skłoniło do refleksji, tym lepiej.

 I znowu miejskie klimaty w „Paradise City”. Ładnie rozpędzający się utwór, w którym riffy Slasha zostały dopełnione syntezatorem, tworząc porywającą całość. W teledysku muzycy gwiazdorzą, są ujęcia ze sceny, są i takie, na których rozdają oni autografy.

 „My Michelle” odnosi się personalnie do kochanki Axla. Utwór wcale nie wychwala Michelle, ba, wręcz przeciwnie… Mimo to bohaterka, gdy go usłyszała była ponoć zachwycona. Muzycznie faktycznie jest nieźle, a jeśli bohaterka nie boi się prawdy, to co w tym złego?

 „Think About You” to kolejny, szybki numer o miłości. Całość zagrana jest z gunsowym dynamizmem i czadem.

 Dalej mamy wycieczkę w krainę wspomnień Axla. Jest znowu o dziewczynie i znowu o miłości i znowu o… a z resztą, „Sweet Child O’ Mine” jest tak znane, że nawet totalny analfabeta kulturowy je słyszał. Ludzie kochają ten utwór, ja mam do niego pozytywny stosunek, ale bez przesady. Ballada jak wiele innych, są chwile, gdy słucha się tego z większą, lub mniejszą przyjemnością, ale posłuchać zawsze można.

 „You’re Crazy” to kolejna porcja jazdy bez trzymanki. I znowu o dziewczynie, co prawda z innej perspektywy, ale zawsze. Nie oszukujmy się, temat nośny bardziej niż używki, więc też mocniej eksploatowany.

 „Anything Goes” pamięta jeszcze czasy poprzedniego zespołu Axla: Hollywood Rose. Intrygujący początek przeradza się w ciekawy utwór, ot tak do posłuchania.

 Wieńczące całość „Rocket Qeen” najmniej do mnie trafia. Jest jakieś takie… niby niezłe, ale czegoś brakuje. Co do jęków, które pojawiają się w tle istnieje wiele teorii, a najpopularniejsza mówi, iż są to odgłosy nagrane w studiu, gdy Axl zabawiał się z dziewczyną bębniarza. A ti, ti, niedobry 😛

 I tak oto kończy się debiutancka płyta „Wybawicieli rocka”, czy jak ich tam nazwać. Dobrze grali, szkoda, że skończyli.

Pozdrawiam!

Published in: on Lipiec 9, 2011 at 10:00 pm  Dodaj komentarz  
Tags: ,