Ależ Benjaminie…!

Notka przedwyjazdowa, więc jest przepięknie chaotyczna 🙂 Mam jednak nadzieję, że da radę się przeczytać. Jeśli mi się uda, to jutro też się coś pojawi. Ale do rzeczy:

 Zwykle niespecjalnie przepadam za filmami, w których główny bohater popada w kabałę i to stanowi główną oś fabuły. Jednak „Absolwent” z 1967 jest filmem nadwyraz udanym.

 Młody Benjamin właśnie zakończył swoje zmagania z collegem i wrócił do domu, a starzy z tej okazji urządzili mu przyjęcie, na które zaprosili… swoich znajomych. No lepszego prezentu nie mogli mu sprawić. A nie, jednak mogli. Kupili mu skafander do nurkowania, który jakoś na nim wrażnia nie zrobił.

 Z przyjęcia odwiózł pewną kobiete do jej domu. I tak jakoś wyszło, że, z początku nieśmiało, nawiązuje z nią romansem.

 Potem akcja nabiera jeszcze większych rumieńców, przeradzając się w istne szaleństwo. Końcówka to prawdziwa jazda na krawędzi. Każdy, kto film pamięta, powinien uśmiechnąć się już na samo wspomnienie o alternatywnym zastosowaniu krzyża 🙂

 Oczywiście główny bohater nie wie co ze sobą, przeżywa jakiś tam kryzys, martwi się o swoją przyszłość i tak dalej, więc może dla tego film klasyfikowany jest jako dramat obyczajowy, ale ja jakoś powagi przy nim nie mogłem zachować. Obraz kipi nieszablonowym humorem, który może nie odpowiadać każdemu, ale w moje gusta trafia. Fakt faktem, nie są one może zbyt wysublimowane, ale moje, prywatne, więc co tam 😛

 Gra aktorska też jest niezła, ujęcia ciekawe, a muzyka, to majstersztyk. Nie bez powodu film zdobył Oscara, za reżyserię, kilka Złotych Globów, oraz wiele nominacji. Hoffman odgrywa postać Benjamina z gracją i polotem. Pozostali aktorzy odwalają również dobrą robote. Kamera pracuje czasem niekonwencjonalnie, ale nie pozostawia to wrażenia nieładu, czy przekombinowania. Muzyka Simona i Garfunkela jest świetna, a utwór „Mrs Robinson” często słychać w radiu.

 Film wart jest obejrzenia z kilku powodów. Chodźby z tego, że to klasyk, ale też dla tego, iż jest on dość zabawny i przyjemny w odbiorze. Pokazuje on również lata sześćdziesiąte, nie oczami hipisów, a w miarę normalnych (lol, teoretycznie między Panią Robinson, a Benjaminem jest co najmniej 20lat różnicy) ludzi.

 To by było tyle na dziś.

Published in: on Czerwiec 23, 2011 at 9:15 pm  Dodaj komentarz  
Tags: ,

Freedom (no w końcu)

No, to rok szkolny za mną. Coraz bliżej matura, ale i emerytura 🙂 W liceum miałobyć ciężko. Dyrektorka straszyła, że nie da rady się wyrobić bez jakiejś dwóji na koniec. Większość się jednak obyła bez kiepskich ocen. Nie wiem, czy to ludzie w tym roku byli ambitniejsi, czy nastraszyli nas, bo tak trzeba. Z tego co mówili nauczyciele wynika, że to chyba jednak drugie 😛

Rok w sumie mogę zaliczyć do udanych. Ze szkolnego punktu widzenia, średnia powyżej 3,5 jest wynikiem w górnych rejestrach przeciętnej, więc ok. Do przedmiotów, które mi będą potrzebne, przynajmniej do matury, uczyłem się dość pilnie, pozostałe raczej olałem.

Z prywatnego punktu widzenia, poznałem kilku fajnych ludzi, czas zwykle spędzałem tak jak lubię. Osiągnąłem mniej więcej stan równowagi między nauką, a owalaniem się. Także bez rewelacji, ale nienajgorzej.

Ale teraz są już wakacjie!!! Trzeba pojeździć tu i tam, ale mam nadzieję na przesiedzenie kilku tygodni w domu i oddaniu się lekturom, na które nie miałem czasu w trakcie roku, oraz na robienie innych, mało istotnych pierdółek.

Oczywiście wszyscy nastraszyli nas już, że druga klasa, to dopiero corrida i jazda bez trzymanki, a jak ktoś chce zaliczyć łacinę, żeby na medycynie/farmacji mieć spokój (vide: ja), to będzie się musiał spiąć. Jak zwykle jest to zapewne czcze gadanie… mam nadzieję.

Najbliższa aktualka jutro, a potem dwa tygodnie przerwy. Ale po niej będę wrzucał tekst, dwa dziennie, ponieważ, wyjeżdżam na kompletne zadupie, a tam, mam nadzieję, będę mógł poświęcić się pisaniu odrobinę więcej, niż w mieście. Tam też muszę siąść do pisania opowiadanek, które będą się nadawały do wrzucenia na sieć.

Niniejszym żegnam i życzę wszystkim udanych wakacji, a pracującym chwili wytchnienia 🙂

Published in: on Czerwiec 22, 2011 at 5:40 pm  Dodaj komentarz  
Tags:

Przygody Jacka Haviga

Ostatnio zorientowałem się, że może i czytam dużo, ale za mało w tym klasyki. Nie, nie chodzi mi o Dantego („Boską Komedię” doczytałem do połowy i to mi starczy), czy Kafkę (z jego przydługim „Procesem”), ani nawet o Mickiewicza, którego lubię. Bardziej ubolewam nad tym, że nie znam klasycznych utworów moich ulubionych gatunków, czyli fantasy i science-fiction.

 Z Tolkiena znam tylko „Hobbita”, bo mam wrażenie, że to co widziałem w kinie ma niewiele z czaru jego trylogii. O Lema się ledwo otarłem („Bajki Robotów”), Philipa K. Dicka czytałem „Do Androids Dream of Electric Sheep?” i to tyle, a o innych, jeszcze klasyczniejszych pisarzach, tylko słyszałem. Nawet „Wiedźmina” przeczytałem zaledwie dwa pierwsze tomy. Dla tego, kiedy znalazłem kilka wolnych chwil, postanowiłem przeczytać sobie „Stanie się Czas” P. Andersona z 1973 roku. Książeczka niewielka. Mała na tyle, że dołączyli ją do „Nowej Fantastyki”, jako bonus.

 Poul Anderson był wielokrotnie nagradzanym, amerykańskim pisarzem, który wydał na świat ogromne ilości powieści i zbiorów opowiadań. Widać, że zacny człowiek, cieszący się estymą w środowisku, a więc jego książka jak najbardziej nadaje się dla kogoś, kto chce nadrobić braki w klasyce sci-fi. Przynajmniej w teorii.

 Książka zaczyna się bardzo przyjemnie. W przedmowie autor informuje nas, iż nie będzie nikogo robił w konia wmawiając, że książka mówi prawdę. Miło z jego strony 😛 Losy bohatera śledzimy już od jego narodzin, mimo iż narracja prowadzona jest z perspektywy osoby nawet z nim nie spokrewnionej. Lekarz, który przyjął na świat Haviga, staje się powiernikiem jego tajemnic. Okazało się bowiem, że Jack Havig ma zdolności do podróżowania w czasie. Jakoś ten temat do mnie nie przemawia. Bardziej trafiają do mnie teorie mówiące, iż nie jest to możliwe 🙂

 Ogólnie powieść jest nieźle napisana. Warsztatowo Anderson wyrabia się bardzo dobrze; nie nurzy, przeplatając dłuższe opisy, akcją. Książka jest jednak dość skromnych rozmiarów, a autor chyba chciał upchnąć w niej zbyt wiele, co sprawiło, że niektóre wątki zostały potraktowane nieco po łebkach. Niekiedy daje to wrażenie zbytniego chaosu. Czasem aż trudno zrozumieć o co chodzi. Oczywiście nie miałem nawet zamiaru, ani ambicji odczytać wszystkich przesłań i niuansów, które ten człowiek, z wykrztałcenia fizyk, chciał odbiorcom przekazać. Aż takiego łaba na karku to nie mam, ale wydaje mi się, że nawet przeciętnemu czytelnikowi książka da się zrozumieć w mniejszym, lub większym stopniu.

 Na pewno Poul Anderson napisał wiele lepszych opowiadań, ale „Stanie się Czas” jest przyjemnym czytadełkiem, nadającym się idealnie do zabrania w podróż, lub do poduszki. Można poczytać, ale klasykiem literatury bym tej powieści nie nazwał.

 Dobra, to tyle. Jutro notka około-biograficzna 🙂 Będzie zabawnie.

Pozdrawiam!

Published in: on Czerwiec 21, 2011 at 5:13 pm  Dodaj komentarz  
Tags: ,

„Miś! Miś!… Świńska rura, nie miś!”

 Wczoraj obejrzałem „Misia”. Po raz nie-wiem-który. Kultowe filmy można przeca oglądać bez końca. Kultowy to on jest, ale chyba też nieźle obrazuje idiotyczność tamtych lat, tamtego systemu. Pamiętam jak w przedszkolu śpiewało się piosenkę wesołego Romka, niemal codziennie. I wszyscy się śmiali, mimo że wtedy jeszcze nie ogarnialiśmy jak dobrze w filmie przedstawiony został przełom lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Jak na moje oko to taka pigułka absurdu, niezbędna każdemu Polakowi, do ogarnięcia się w realiach jego, własnego kraju (swoją drogą, to chyba znak, że niewiele się zmieniło. Ale przynajmniej jest towar na półkach i to w takich ilościach, że nawet RWPG miałaby kłopot z jego zagospodarowaniem).

 Właśnie uświadomiłem sobie, jak wielu moich znajomych zaczynało edukacje historyczną od tego filmu. Jakież to dzieło ma wpływ na całe pokolenia. To chyba jeden z niewielu obrazów, które działają na młodszych obywateli, czyniąc to jednocześnie we właściwy sposób.

 Oceniam to wszystko tylko z perspektywy dzieciaka, który urodził się już w wolnej Polsce, na kilka miesięcy przed uchwaleniem ustawy o denominacji; jednak zawsze lubiłem poznawać historię naszego kraju, gdyż uważam, że pomaga ona zrozumieć to, co dzieje się dookoła, w dzisiejszych czasach.

 Oczywiście nie ma to jak oglądanie „Misia” w towarzystwie ludzi, którzy pamiętają tamten okres. Ach, te utyskiwania na gównianość system, poparte soczystymi przykładami, działającymi na wyobraźnie 😛

 Śmiałem się przy filmie jak zwykle, ale mniej beztrosko. Kurde, tyle absurdów, a niemal każdy miał odbicie w rzeczywistości. Cała fabuła filmu zasadza się właściwie na przekręcie, na cwaniactwie, które jest jednym z tych elementów tamtych dni, które mają się dobrze nawet teraz. Ale taka prawda ekranu, taka awaria, jako „okazja do zaprezentowania artystycznego programu”… czy to nie zdarza się i dzisiaj?

 Artystycznie film zrobiony jest świetnie. Dobre dialogi, niezła muzyka, dość standardowa praca kamery, acz ujęcia „transformacji” Rysia w Murzyna i na odwrót są zrobione bardzo przyjemnie.

 Jako że jest to komedia, mamy tu humor. Humor tak dopasowany do polskich gustów, tak doszlifowany, tak wyrobiony w ogniu komuny, że nie znam wielu ludzi, którzy nie zaśmialiby się po przytoczeniu jakiegoś dowcipu, dialogu, piosenki, gagu, czy czego tam, z „Misia”. Właśnie humor świadczy o kultowości tego filmu, o tym, że mimo upadku systemu, mimo ponad 25 lat na karku, jest zabawny i dobrze się go ogląda.

 Aktorzy zagrali świetnie swoje postacie, a Ochódzki, Jarząbek i kilka innych przeszło do naszej popkultury.

 Według mnie jest to arcydzieło. Można je odbierać na różnych poziomach i na każdym z nich gra dobrze swoją rolę. Sprawdza się jako komedia, sprawdza się też jako szybka lekcja historii. Po prostu kultowy klasyk.

 Może i ma jakieś mankamenty, ale mimo tego jest filmem świetnym, wartym oglądania częściej niż raz.

 Pozdrawiam, a „parówkowym skrytożercom mówię: NIE”! xD

Published in: on Czerwiec 14, 2011 at 9:15 pm  Dodaj komentarz  
Tags: , ,

Film nie-dla-frajerów

 Nie ma to jak film, który ogląda się po raz któryśtam, a mimo to jest dobry. Fabuła mimo, iż znana, nie nudzi. W moim przypadku, takie filmy, to często komedie. Dziwne, bo przecierz gag sytuacyjny, widziany kolejnny już raz, nie powinien zaskakiwać, a przez co i śmieszyć. Jednak nie zawsze tak jest.

 Film „Zemsta Frajerów” toważyszy mi od kąd pamiętam. No, to teraz już wiadomo, dlaczego jestem taki nienormalny 😛 Tłumaczenie tytułu jest niefajne, ale jak inaczej przełożyć słówko „nerd” na nasz język? Fakt faktem film jest trochę hermetyczny, więc chyba nikt by się nie obraził za „Zemstę Nerdów”, ale niech będą i frajerzy.

 Lata osiemdziesiąte, o których opowiada film, to czas ekspansji komputerów i ludzi, którzy je rozumieli. Nic dziwnego, że wtedy powstało też wiele filmów ukazujących informatyków jako właśnie frajerów. W dzisiejszych czasach słowo „nerd” zmieniło nieco swoje naczenie, ale nadal mówi się tak o osobach słabo przystosowanych do społeczeństwa, mających trudności w kontaktowaniu się z innymi… no, krótko mówiąc o takich jak ja. Może jeszcze nie, ale jestem blisko 🙂

 Film zaczyna się dość dziwną, jak dla mnie sceną, w której syn rozmawia ze swoją matką, ale robi to w taki sposób, że skojarzenia z kompleksem edypa, nasunęły mi się same. Ale może to tylko ja jestem dziwny…

 Widz bombardowany jest skretyniałym humorem już od drugiej minuty filmu. Ja w sumie nie mam nic przeciwko temu, a nawet mi to pasuje. Czasem żarty są naprawdę nieśmieszne, ale ogólnie trafiają w mój gust (to, że jestem dziwny, chyba już ustaliliśmy? Nie :P?).

 Mocną stroną filmu jest muzyka. Kawałki nie osiągają jakichś szczytów wysublimowania, ale są po prostu w klimacie tamtych dni. Utwór w pierwszych minutach filmu, gdy główni bohaterowie jadą do college’u jest nader sympatyczny, a kawałki grane na imprezach AlfaBeta kojarzą mi się z Def Leppard. „Finałowa piosenka”, grana przez bohaterów poprzebieranych za postacie z popkultury (mam nadzieję, że każdy, kto widział ten film, rozpoznał Kraftwerk, Jacksona, Presleya itp?), jest też niczego sobie.

 Znakiem rozpoznawczym całej serii jest debilny śmiech, który chyba, powoli wchodzi mi w krew 🙂

 Postacie z tego filmu są bardzo archetypiczne. Mamy tu typowych nerdów jak Lewis i Gilbert, flejtuchów – Glut, mięśniaków, takich jak Ogre… nawet homoseksualiści się załapali.

 Tak, żeby nie spoilować, powiem tyle, że dość dziwne jest zakładanie przez głównie białych, bractwa pod auspicjami Afroamerykanów. Podejrzewam, że w realu by to nie przeszło, głownie ze względu na możliwość osłabienia szeregów, bractwa, które najwyraźniej pełniło rolę „Czarnych Panter” w collegach. Z resztą, sam mistrzu LambdaLambdaLambda okazywał niechęć frajerom. Ale to nie dla tego, że są biali, lecz z powodu tego, że są frajerami 😛

 Każdy, kto nie widział tego filmu, powinien go zobaczyć. Ja oglądnąłem go dziś po raz dziesiąty i nie żałuję 🙂

 Życzę miłego oglądania i pozdrawiam!

Published in: on Czerwiec 12, 2011 at 7:00 pm  Dodaj komentarz  
Tags: ,

„Drzwi percepcji”

 Hmmmm… Zrobił się z tego miejsca blog muzyczny, a nie to było moim zamiarem (głównie dla tego, że nie jestem jakimś znawcą muzyki), ale co tam – dzisiejsza notka też będzie traktować o muzycę.

 Na początek, cofnijmy się do lat sześćdziesiątych. Trwała zimna wojna, która momentami przestawała być już nawet zimna. Na świecie szalały narkotyki i ich odbiorcy. U nas ludzie coraz głośniej wyrażali niezadowolenie z gównianego ustroju. W Ameryce królowali hippisi. Powstawało coraz więcej dobrej muzyki.

 Właśnie wtedy rozpowszechniony był rock psychodeliczny i właśnie wtedy powstali The Doors. A wszystko zaczęło się od spotkania dwuch, starych znajomych na plaży w Los Angeles. Jim Morrison zaczynał właśnie z The Doors swoją muzyczną przygodę, podczas gdy Ray Manzarek był już wtedy doświadczonym klawiszowcem. Z inicjatywy Raya do zespołu pozyskani zostali Robby Krieger, gitarzysta grupy (który nota bene studiował… FIZYKĘ), oraz John Densmore – bębniarz. Nazwę wymyślił Jim odwołując się do dzieła A. Huxleya, które jest swoistym traktatem o odmiennych stanach świadomości. Swoją drogą muszę to w końcu przeczytać; skoro mówi się o tym „biblia hippisów”…

 Do tytułu „The Doors of perception” nawiązuje też wygląd wydanej na czterdziestolecie zespołu kolekcji ich płyt studyjnych z Jimem w składzie. Opakowanie imituje właśnie drzwi. Wydana kilka lat później, tańsza edycja, nie prezentuje się już tak znakomicie, ale dzięki niższej cenie stoi u mnie na półce 🙂 Znajduje się w niej sześć zremasterowanych albumów, wzbogaconych o bonusowe nagrania i sześć płytek DVD, które są raczej dość skromne, ale grunt, że są.

 Godny uwagi jest film o Doorsach z Valem Kilmerme w roli Jimma. Godny uwagi, głównie ze względu na to, że wzbudza kontrowersje, ale też po prostudla tego, że jest to kawał niezłego kina. Jak to się mawia: „nawet jeśli to bajka, to ładnie opowiedziana” 😛

 Debiutancki album wydali w dwa lata po zawiązaniu się grupy. Zaskoczeniem dla nikogo nie będzie to, że nosi on tytuł „The Doors”. Ale, o dziwo, nie ma tu żadnego utworu o takim tytule 🙂 Na oryginalnym albumie, z 1967, niektóre kawałki podobno są przyspieszone, a inne zwolnione. Ponoć była to wina sprzętu. Na szczęście technika idzie do przodu i jakość reedycji jest bardzo dobra. Wszystko brzmi tak, jak się należy.

 Utwory są niesamowicie magiczne. Całość zaczyna się szalonym, przesyconym buntem z domieszką narkotyków kawałkiem „Break On Through”. Aż czuć zapach świeżo palonego haszyszu. Oczywiście w wersji pierwotnej wycięte zostało słówko „high”, więc zostało osamotnione „she gets”. Szczęśliwie czasy mamy lepsze (czy aby napewno?) i możemy już słuchać, czego chcemy.

 „Soul Kitchen” jest peanem na cześć restauracji, która mieściła się przy słynnej plaży, na której narodziła się koncepcja zespołu, i w której Jim uwielbiał przebywać. Do tego stopnia, że czasem musieli go stamtąd wykopywać, ze względu na konieczność zamknięcia lokalu o tak późnej godzinie.

 „The Crystal Ship” jest jak dla mnie najsłabszym utworem z tej płyty, ale w końcu bycie najgorszym z bardzo dobrych nie jest takie złe, prawda 😛

 „Twentieth Century Fox” jest miłym utworkiem o kobietach niemal idealnych. Ech, ale czemu mam tu mówić o mitach…

 Proletariackie „Alabama Song” wpada w ucho. Piosenka opowiada o prostych rozrywkach, dla prostych ludzi, którzy są szczęśliwi, bo są prości i mają proste rozrywki. Mamuniu! Czemu ja taki nie jestem ?!?! Aż chyba sobie zerknę kiedyś do dzieł Kurta Weila.

 Singlowe „Light My Fire” do dziś jest znanym i lubianym kawałkiem. Intro do tego utworu jest chba najbardziej rozpoznawalnym, muzycznym urywkiem The Doors. Ale i tu mamy niegrzeczne „we couldn’t get much higher”. Zapewne dzięki temu utwór doczekał się niezliczonej ilości coverów.

 „Back Door Man” i „End Of The Night” to typowa, psychodeliczna jazda, w głąb i w głąb umysłu. Czas staje w miejscu, przestrzeń przestaje mieć znaczenie, wszystko jest coraz dalej…

 A „I Looked At You” to jakieś takie miłosne rozmemłanie. Na co to komu potrzebne? Prawda 😉 Tak na poważnie, jest to jeden z moich ulubionych utworków na tej płycie.

 „Take it as it Come” ma ponoć jakiś głębszy sens. Cóż, transcendencja, to nie moja bajka, ale utwór ma pozytywne wibracje, więc może coś w tym jest. Może to energia nie z tego świata, a skoro nie z tego świata, to pewnie od… SZATANA! Wiedziałem, że coś jest nie tak. Drogie dzieci, nie słuchajcie tej piosenki. Kurcze, że też żaden ksiądz się tym jeszcze nie zajął 😛

 „The End”, jedenasto minutowy kawał psychodelii, jest tak doskonały, że słuchając go, mam niejakie trudności z dokończeniem tego tekstu. Jeśli macie spędzić następne jedenaście minut w jakikolwiek inny sposób, to nie róbcie tego, tylko odpłyńcie z tym utworem w uszach.

 Uch, dobra, skończyło się. Wydanie, które posiadam kończą przyjemne dwuminutowe bonuski, w tym „Moonlight Drive” w dwuch wersjach. Utwór ten znalazł się na ich następnej płycie – „Strange Days”.

 Także to już chyba the end na dzisiaj.

 Wszystkim, którzy przebrnęli przez całość tego bełkotu, życzę psychodelicznych snów!

Published in: on Czerwiec 11, 2011 at 9:15 pm  Dodaj komentarz  
Tags: , ,

Dziewica z Żelaza

Już jutro Sonisphere Festiwal. Ja, z wielu różnych powodów, się nie wybieram. Żałuję, ale cóż; od życia nie zawsze dostajemy, to czego byśmy chcieli 😦 Ale, jako że headlinerem jest Iron Maiden, postanowiłem sobie coś o nich napisać.

Grali już pod koniec 1975. Z tamtego składu pozostał tylko założyciel – Steve Harris, basista grupy. W początkowych latach działalności pod szyldem Żelaznej Dziewicy skład zmieniał się kilkukrotnie, ale od ’99 roku jest już stały, niezmienny i, według mnie, najlepszy z możliwych 🙂 Kapela zaliczana jest do nurtu New Wave Of British Heavy Metal, czyli tam, gdzie Saxon, Motorhead, ale także Def Leppard i kilka innych grup, które nadwyraz sobie cenię. Wiele z nich gra do dziś i zazwyczaj robią to świetnie. Wiadomo, każdy może mieć gorszy okres w twórczości, jednak NWOBHM po prostu rządzi!

Ironsi debiutancką płytę wydali w 1980 roku. W tym czasie wokalistą był Paul Di’Anno, dzięki któremu muzyka zespołu zyskiwała nieco punkowego odcienia, ale określenie punk-metal, jakoś nie zabardzo mi tu pasuje. To po prostu metal; czysty, niczym nieskrępowany, zadziorny metal 😛 Między innymi dla tego lekko nie mieli. To właśnie punk dominował w tamtych latach, co sprawiło, że Maideni borykali się momentami z brakiem gotówki. Mimo to dali radę. Podpisali kontrakt z EMI, a wydarzeniem, które nadało ich karierze rozpędu było zamieszczenie przez wytwórnie dwuch utworów na składance „Metal for Muthas”, na której znalazł się także jeden utwór grupy Samson; to w niej śpiewał Bruce Dickinson, który zasłynął później, właśnie jako wokalista Iron Maiden. To chyba nie był przypadek xD

Pierwszy, poważny krążek, zatytułowany po prostu „Iron Maiden” nagrywany był z gitarzystą Dennisem Strattonem, który niedługo potem opuścił szeregi kapeli. Debiut zapowiedziany został singlem „Running Free” z rewelacyjnym „Burning Ambitions” na stronie b.

Obiektywny, może i nie będę, ale uważam, że ich pierwszy album jest świetny. Otwierający całość „Prowler” jest dynamiczny i nieomal wbijający w fotel. Nieomal, gdyż całe ciało podryguje w jego rytm 🙂

„Sanctuary”, na którego okładce, jako singla, znalazł się Eddie („maskotka” zespołu) mordujący Margaret Thatcher, jest szybki i również nadaje się do szaleńczego machania głową.

„Remember Tomorrow” zaczyna się powoli, by potem rozkręcić się, a następnie… znowu zwolnić. Takie zmiany tępa ładnie współgrają z tekstem. Kopa daje za to singlowe „Running Free” z zachaczającym o punkowy bunt tekstem.

Rozbudowany „Phantom of the Opera” zalatuje trochę prog-metalem, oczywiście w pozytywnym sensie. Stanowi również kulturalne nawiązanie do klasycznego już musicalu. Po nim następuje jeden z nielicznych utworów instrumentalnych w karierze Maidenów, a mianowicie rozpędzona „Transylvania” przechodząca w ospałe, balladowe „Strange World”, budujące fantastyczny klimat. Melancholia, refleksja… a wszystko to najlepiej brzmi w nocy. Poezja.

O „Charlotte the Harlot” też już krążą legendy 🙂 Odważna, drapieżna piosenka, niesiona melodyjnym, metalowym podkładem, doczekała się nawet drugiej części („22 Acacia Avenue”), a niektórzy doszukują się kilku następnych 😛

Całość kończy hymn grupy, czyli utwór tytułowy. Tego nie można opisać. Tego trzeba posłuchać!

Materiał na płycie jest dość zróżnicowany. Zmienne tempo niektórych utworów potrafi oczarować. Jednocześnie płyta nie daje zapomnieć, że mamy doczynienia z ciężkim graniem płynącym na orzeźwiającej, brytyjskiej fali. NWOBHM to metal w chyba jego najlepszej postaci, a debiutancki krążek Iron Maiden doskonale pokazuje, że ta grupa w niedługim czasie stanie się flagowym okrętem tego nurtu.

Wszystkim, którzy jutro będą na bemowskim lotnisku, życzę miłego słuchania. Z pozostałymi łączę się w bólu 😉 Dobrej nocy! (ech… a na łacinę i tak się nie wyśpię…)

Published in: on Czerwiec 9, 2011 at 8:32 pm  Dodaj komentarz  
Tags: ,

„Ja, inkwizytor”

 Moje spotkanie z twórczością Jacka Piekary było dość… przypadkowe. Wszystko zaczęło się od tego, że w jednym z centrów handlowych, które znajdują się niedaleko mnie, była jakś nocna wyprzedarz, czy coś takiego. Umyśliłem więc sobie, że sprawdzę, czy nie ma czegoś ciekawego w empiku. Krążyłem sobie po regałach i przystanąłem przed fantastyką polską (jak to u mnie często bywa). Musiałem tam chyba długo stać, bo w końcu jakiś facet do mnie podszedł i zapytał w czym może pomóc. Chwilę żeśmy sobie pogadali i tak jakoś się złożyło, że wyszedłem ze „Sługą Bożym” w łapkach. Okazało się, że to jeden z tomów, dość sporej sagi opowiadającej o przygodach inkwizytora, który nader często pełni też funkcje detektywa. Oczywiście w dzisiejszych czasach, żeby zdobyć pieniądze, potrzebne jest zrobienie szumu w okół książki. W tym przypadku ów szum został wywołany przez osadzenie akcji w świecie alternatywnym, w którym Jezus nie bawił się w przebaczanie, zlazł z krzyża i spuścił łupnia swoim prześladowcom.

 Często słyszany jest zarzut, że książki Piekary są antyklerykalne. Czy ja wiem? Fakt, autor marga tu i ówdzie na księży i to co czasem wyprawiają, ale właściwie zawsze dodaje, że nawet w tej profesji są chlubne wyjątki. Wiadomo, zdarzają się księża dobrzy i mniej dobrzy. Media rozdmuchują to co złe, bo z tego mają zarobek i w związku z tym, normalny człowiek, częściej słyszy o grzechach kleru, niż o jego pozytywnym oddziaływaniu. Nie znam zbyt wielu księży, ale wśród tych, z którymi miałem kontakt, są ludzie, o których właściwie złego słowa powiedzieć nie mogę, jak i wielu innych, o których lepiej nic nie będę mówił 🙂 Moim zdaniem nie ma po co bulwersować się przekręconą historią świata u tego autora. Rozpatrując ją z pozycji praktykującego Katolika (nie przeczę, młodego i głupiego) nie dostrzegam w niej niczego świętokradczego. Wytwory ludzkiej fantazji, dopóki ktoś nie próbuje ich przedstawiać jako prawdy, mogą być dowolnie powykręcane.

 Po przeczytaniu „Sługi” i „Młotu na czarownice” sięgnąłem po „Ja, inkwizytora” i właśnie dziś zebrałem się by napisać coś o tym inside-cyklu.

 Do tej pory ukazały się dwa tomy: „Ja, inkwizytor: Wieże do nieba” i „Ja, inkwizytor: Dotyk zła”. Na dniach powinniśmy ujżeć tom trzeci zatytułowany: „Bicz boży”, który tym razem nie będzie ani zbiorem opowiadanek (jak w przypadku cyklu właściwego), ani dwiema mini-powieściami w jednej (jak to miało miejsce w dwuch pierwszych „Ja, inkwizytorach”), ale będzie to pełnoprawna powieść.

 Niby wszystko, co ma w tytule „Ja, inkwizytor” jest prequelem cyklu inkwizytorskiego. Jednak to „Płomień i Krzyż” jest prequelem z prawdziwego zdarzenia, opowiada bowiem o początkach Mordimera (głównego bohatera) nim jeszcze został inkwizytorem.

 „Wieże do nieba” nie zrobiły na mnie najlepszego wrażenia. Pierwsze opowiadanie, czyli „Dziewczyny Rzeźnika”, jest po prostu przydługie. Wiele jest tam niepotrzebnych zwolnień akcji, co sprawia, że całość się strasznie dłuży. Jak nigdy u Piekary. Zakończenie też jest, jak na mój gust, takie sobie. No, ale cóż, każdemu takie porno, jakie lubi 😛

 Opowiadanie tytułowe wypada lepiej. Jest bardziej intrygujące, akcja toczy się wartko, śledztwo zagmatwane jest na takim poziomie, na jakim być powinno. No i jeszcze niektórych mogą cieszyć sceny łóżkowe i wspomnienia o „Trzynastu nocach Sułtana Alifa”. Na kimś, kto miał kontakt z chociażby Sapkowskim, czy Arsan, nie wywrą specjalnego wrażenia, niemniej nie są wulgarne, więc jako taki smaczek mogą być.

 Pierwszy tom „Ja, inkwizytora”, można przeczytać (jeśli nic lepszego niema pod ręką), ale stanowi on lekturę głównie dla zatwardziałych fanów.

 „Dotyk zła” stoi, w mojej ocenie, co najmniej, o klasę wyżej. Opowiadanie tytułowe ma wszystko, czego mógłbym chcieć. Fabuła wciąga właściwie od razu. Zaczyna się oryginalnie, od nietypowego zabójstwa, a akcja zaraz rusza z kopyta. No i jeszcze wątek anty-aborcyjny, który nie wygląda bynajmniej jak zagranie pod katolicką krytykę. Także jest i do śmiechu i do refleksji. Takie właśnie powinny być opowiadania. Bawiąc winny uczyć. Według mnie taka jest misja literatury.

 „Mleko i miód” (drugie opowiadanko z tomu) to już trochę inna kategoria. Dodane chyba po to, by przyciągnąć młodych gimnazjalistów i dzieciaczki z podstawówki. Cały klimat jest troszkę zbyt przesycony łóżkowymi perypetiami. Po za nimi, mamy dość zgrabną fabułę, ale trochę ten erotyczny klimacik za bardzo nachalny, pozbawiony „tego czegoś”, tej nutki subtelności. Niemniej całkiem fajnie się czytało, zwłaszcza końcówkę. Właściwie to akcja robi się ciekawsza w momęcie, kiedy Mordimer opuszcza swoją kochankę i wszystko układa się nie do końca po jego myśli.

 Także „Ja, inkwizytor: Dotyk zła” to już nie tylko książka dla fanów Świętego Officjum, ale właściwie dla wszystkich, którzy lubią fantastykę.

 Mam nadzieję, że zbliżający się „Bicz boży” będzie kontynuował styl właśnie tej drugiej książki.

Pozdrawiam i zachęcam do czytania polskich autorów. Warto!

Published in: on Czerwiec 6, 2011 at 3:07 pm  Dodaj komentarz  
Tags:

Czarny zlot czarownic :P

 
Polka Tulk – tak brzmiała pierwotna nazwa jednego z największych heavy metalowych zespołów wszechczasów. Prawda, że przyjemnie? Panowie grali sobie blues-rocka i było miło. Niestety (a właściwie na szczęście) gitarzysta Tony Iommi stracił w wypadku opuszki dwóch palców prawej dłoni. To zdarzenie wpłynęło nadwyraz istotnie na brzmienie grupy. Struny gitary nie mogły być napięte w odpowiednim stopniu, gdyż sprawiało to zbyt wiele bólu Iommiemu. Stąd niskie brzmienie kapeli. Po części stąd też jej styl. Ból, cierpienie i inne mało fajne sprawy, to częsty temat utworów Black Sabbathu.
 
Nazwę panowie pożyczyli sobie z filmu Mario Bavy, którego oryginalny tytuł to „I Tre Volti Della Paura”, ale jeżeli w Polsce „Die Hard” to „Szklana pułapka”, a „Human Revolution” to „Bunt Ludzkości”, to w sumie nie ma się co dziwić. Co do samego filmu, powinien spodobać się wszystkim miłośnikom horrorów w retro-klimacie, pozostali raczej się zanudzą.
 
Wracając do zespołu. Spory wpływ na image kapeli miał „Geezer”, basista. Jego zainteresowania szybko zostały podchwycone przez wytwórnie Vertigo i wykorzystane do budowania wizerunku grupy, a jako że dobrze korespondowały z tekstami utworów, to nikt nie protestował. Oczywiście nie muszę chyba tłumaczyć, że w kręgu zainteresowań pana Butlera vel „Geezera” znajdował się szatan, okultyzm i inne rzeczy, których jedynym sprawcą byłby internet, gdyby nie to, że istniały one już wcześniej, zanim rzeczony się pojawił 😛
 
W 1969 wszystko toczyło się tak jak powinno. Zespół zyskiwał szybko na popularności. W 1970 wypuścili trzy single. Na pierwszym znalazł się cover z utworu „Evil Woman”, zespołu Crow, a na stronie B Wicked World, który nie trafił na debiutancką płytę. Album nazwany po prostu „Black Sabbath” swoją premierę miał w piątek, 13 lutego. W posiadanej przeze mnie reedycjach liczy sobie 8 utworów, gdyż dorzucony jest Wicked World.
 
Już okładka ma niesamowity ładunek klimatu. Zagadkowa postać w jakichś chaszczach, na tle dziwnej chałupy. Intrygujące, ale i niepokojące. Treść muzyczna jest nie mniej ciekawa. Budujące napięcie odgłosy burzy, jakieś dzwony i nagle wchodzi główny riff. Następnie lekkie uspokojenie i wokal. Tekst nie jest szczególnie ambitny, ale do nastroju pasuje idealnie. I te krzyki! Wspaniała otwieraczka.
 
Ołowiany klimat odpuszcza w następnym utworze. Harmonijka robi bluesowy klimacik. Drugi utwór stał się znany jednak nie tylko ze względu na warstwę muzyczną. Istnieje wiele teorii, kim tak na prawdę jest tytułowy czarodziej. To może być Jezus, albo Gandalf, czy może po prostu… zwykły dealer. Jak już ludzie się czepią danego tematu, to prędko sobie nie odpuszczą.
 
Głównym atutem następnego kawałka: „Behind The Wall Of Sleep” jest moim zdaniem fantastycznie rozplanowany wokal. Utworek przyjemny i tyle.
 
Potem jest „N.I.B.” zaczynający się od basu i stanowiący klasę samą w sobie, zresztą jak i nastrojowe „Sleeping Village”, oraz bonusowe „Wicked World”.
 
„Evil Woman”, to zgrabny coverek, który, jak dla mnie, ciekawie łączy się z „The Warning”. Radzę przemedytować teksty tych dwóch utworów, prowadzić to może do różnorakich, wielopłaszczyznowych wniosków 🙂
 
Wielu ludzi uważa „Ozzy’ego” za jedynego, słusznego wokalistę BS. Według mnie inni też mają swój czar (niedawno zmarły Dio był naprawdę świetny, a Gillan występujący na jednym albumie dał ciekawy efekt), ale spora część dorobku grupy, najlepiej wypada w wykonaniu Osbourne (co się dziwić, pod niego była pisane).
 
Debiut Black Sabbathu nakreślił styl grupy. Jest też kamieniem milowym w rozwoju muzyki. Bezsprzecznie!

Dobrej nocy i szatańskich snów 😛

 

Published in: on Czerwiec 3, 2011 at 10:36 pm  Dodaj komentarz  
Tags: , ,

Zakurzony Jeronimo

Na dobry początek, wszystkim tym, którzy czują się młodzi duchem, chciałbym życzyć wszystkiego najlepszego z okazji dnia dziecka. Obyście za szybko nie dorośli xD

A teraz już lecimy jak w temacie:

Jak już pisałem, lubie klimacik drugiej połowy zeszłego wieku. A muzyka tamtego czasu, to dopiero coś! Wiele znanych dziś zespołów zaczęło swoją karierę właśnie wtedy. Ale po co wspominać o tych powszechnie znanych (jak Iron Maiden), jak i tych znanych dobrze mi i wielu takim jak ja (Saxon chociażby), kiedy są zespoły, o których niewielu już dziś pamięta, a ja (bądź co bądź młokos, ale jednak…) odkryłem je dopiero niedawno.

Takie Jeronimo. Niemiecka grupa założona w ’69. Zaczęli fajnymi coverami „Heya” i „Na Na Hey Hey Kiss Him Goodbye”. Nagrali w sumie cztery albumy, z czego ostatni w 1972. Grali bardzo fajną, lekką, rockową muzykę, której słucha się dziś nadwyraz przyjemnie. Szczypta psychodelii charakterystyczna dla lat sześćdziesiątych daje ich brzmieniu przyjemny klimacik. Chyba ich ostatnia płyta („Time Ride”) jest najbardziej godna uwagi, ale pozostałe wiele jej nie ustępują.

Kolejną gupą, którą niedawno znalazłem jest Dust. Nagrali ledwo dwie płyty: „Dust” w 1971 i „Hard Attack” rok później. Właściwie byli jednym z pierwszych zespołów progresywno-hard-rockowych na amerykańskiej scenie muzycznej. Po rozpadzie, muzycy z tego zespołu zasilili takie kapele jak Ramones lub Kiss (znając życie pewnie nie wszyscy oriętują się nawet mniej więcej co to za zespoły, ale to materiał na inną okazję). W brzmieniu Dust mnie osobiście uwiodły akustyczne wstawki, smyczki i inne tego typu smaczki. Wokalista spisuje się świetnie, zwłaszcza w takich kawałkach jak „Pull Away/So Many Times”. Jak dla mnie są świetną propozycją właściwie na każdą okazję.

Ciekawym zespołem jest również anglielski Spooky Tooth. Często zmieniali skład, parę razy się rozpadli, ale chyba nawet grają do dziś (od lat 60, czyli całkiem nieźle) . Mają fajną blues-rockową stylistykę, patentami zachaczają o ja wiem? gospel? coś takiego. Zaintrygowało mnie to, że w swojej dyskografii mają utwór „Evil Woman”, ale jak się okazało nie ma on wiele wspólnego z blacksabbathowskim imiennikiem. Wokalnie często przywodzą mi na myśl uniesienia Iana Gillana z Deep Purple . Oba zespoły łączy też duża rola instrumentów klawiszowych, które decydowały o klimacie ich muzyki. W kompozycjach Spooky Tooth słychać sporo organów, co daje ich utworom specyficzny, okołokościelny smaczek. Oczywiście najbardziej podoba mi się pierwszy okres działalności grupy, acz takie rzeczy jak „Ceremony” są dość… oryginalne. Bardziej mogę polecić ich jako ciekawostkę, niemniej jako coś lżejszego sprawują się nieźle.

I tak się zastanawiam, czemu w radiu leci taka szmira, kiedy mogliby poprzypominać starocie takie jak te powyżej?

Pozdrawiam wszystkich, którzy przeczytali powyższe wypociny od początku, do końca!

Published in: on Czerwiec 1, 2011 at 2:39 pm  Dodaj komentarz  
Tags: ,