Używać tylko zgodnie z instrukcją!

„Ubik” to chyba najbardziej znana pozycja w dorobku Philipa K. Dicka. Wiadomo „Łowca Androidów” rozsławił „Blade Runnera” (a i tak niewielu jest tych, którzy kojarzą tytuł „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?”), ale już ekranizacja książki „Przez ciemne zwierciadło” z Reevsem, a co za tym idzie i ona sama, są raczej niezbyt znane, nie wspominając o filmach pokroju „Nexta”. Jednak jeśli chodzi o książki to właśnie „Ubik” jest sztandarową pozycją, z którą utożsamiany jest autor.

Akcja powieści, o której mowa rozpoczyna się w latach dziewięćdziesiątych, więc niewiele ponad dwie dekady później, niż Dick ją opisywał. Nie jest to jednak czysto futurologiczne rozwinięcie koncepcji technologicznych ze schyłku lat sześćdziesiątych, a coś na kształt świata alternatywnego, gdzie psionicy (telepaci, jasnowidzowie i reszta tego tałatajstwa) i przeciwdziałający im inercjałowie zrzeszają się w korporacje i nikt nie widzi w tym nic dziwnego. Ubiór ludzi tam żyjących też jest dość eklektyczny, a widok kogoś w bojówkach, sandałach i dwurzędowej marynarce, oraz w berecie na głowie nie wywołałby konsternacji.

W pewnym momencie cały ten osobliwy świat zaczyna się sypać. Pierwsze symptomy są raczej mało alarmujące i ani postacie, ani czytelnik nawet nie przeczuwają tego, co nadejdzie później. Żeby nie zdradzać za wiele, wystarczy jeśli powiem, że bohaterowie doświadczają dziwnych zmian w płaszczyźnie czasowej i zaczynają cofać się przez lata pięćdziesiąte aż do 1939 roku. To tak w największym skrócie i w wielkim uproszczeniu, bo cały proces jest dużo bardziej skomplikowany i frapujący. W każdym razie impresyjnie ukazuje obraz rozpadającej się rzeczywistości. Z każdym rozdziałem, mimo iż wiemy coraz więcej, mamy wrażenie jakby ta wiedza była pozorna, ergo coraz mniejsza. I zaczynamy się zastanawiać, wraz z osiową postacią pracującego dla inercjałów Joego Chipa, co jest rzeczywiste, a co już takie nie jest…

Tego rodzaju rozmyślania muszą pociągać za sobą nawiązania do Platona i Arystotelesa. Nie inaczej jest w „Ubiku”. Może nie zawsze wprost, ale jednak znajdujemy tu konflikt między teorią idei, a teorią formy. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że autor optuje za hilemorfizmem (kolejne fajne słówko do zapamiętania :P), ale tylko dopóki uznajemy istnienie materii za oczywiste. Jeśli zaczniemy je kwestionować, to faktycznie pozostaną idee i ich kopie, a cały świat zacznie jawić się jako konstrukt psychiki. Tylko dla czego, pomimo pełni władz umysłowych, nadal nie możemy zmieniać od tak tego co pojmujemy za materialne? Czy tylko z tego powodu, iż nie władamy dostatecznie dobrze naszą psyche?

Dalej jest jeszcze ciekawiej, bo oto okazuje się, że równolegle mogą egzystować dwa światy, kontaktujące się ze sobą w dość ograniczony sposób, z odmiennymi prawami rządzącymi w każdym z nich, a tylko jedne może być „tym prawdziwym”. Chyba, że żaden…
Poziom dziwności wzrasta przez całą książkę w tempie wykładniczym, czasem przyspieszając do przyrostu geometrycznego, tak że ostatni rozdział miażdży mózg czytelnika na papkę. Czyli wszystkie moje oczekiwania zostały spełnione 🙂

Tu mała dygresja: te światy równoległe (prawdziwe, czy też tylko pozorne) przywodzą mi na myśl nieodparte skojarzenie z odcinkiem kreskówki Liga Sprawiedliwych pt. „Legendy”. Skojarzenie jest o tyle przyjemne, że serial ów oglądałem w dziecięcych czasach podstawówki, których beztroska niestety chyba nigdy już nie powróci. W każdym razie, jeśli klimaty z „Ubika” są Ci bliskie i możesz sobie pozwolić na odrobinę infantylizmu, to polecam zerknąć na wspomniany odcinek, zwłaszcza końcówkę.

Wielu twierdzi, że „Ubik” jest najlepszą powieścią P. K. Dicka. Nie zgłębiłem jeszcze wystarczającej liczby jego dzieł by podtrzymać, lub zanegować takie stwierdzenie, jednak uważam, że jest to pozycja, z którą bez wątpienia należy się zapoznać.

Published in: on Wrzesień 25, 2013 at 7:38 pm  Dodaj komentarz  
Tags: , ,

Jonowe silniki napędzane absurdem

Dawno temu, za górami, za lasami… czytałem „Bajki Robotów” znanego nie tylko w naszej części świata, a uznawanego przez wielu za wybitnego pisarza, Stanisława Lema. Nie wywarły one na mnie jakiegoś szczególnie pozytywnego wrażenia. Ani nie wciągnęły, ani nie zafrapowały. Może to kwestia młodego wieku i okoliczności jakie mu towarzyszyły, wszak był to beztroski czas gimbazy. Teraz jednak, już jako (za jakieś 14 dni) student, odczułem potrzebę zapoznania się, przynajmniej pobieżnie, z dorobkiem tego twórcy. Pragnienie to zdaje się mieć swe korzenie w podświadomej chęci zgłębienia, niepojętego dla mego wątłego umysłu, fenomenu jego sławy i wielkiej popularności.

Na pierwszy ogień poszły „Dzienniki gwiazdowe” w wydaniu bazującym zdaje się na tym z 1971 roku. I… nadal nie za bardzo wiem z jakich powodów mam uważać Lema za Wielkiego Prozaika. Nie chodzi o to, że te tak zwane „dzienniki” z formą dziennika nie mają nic wspólnego (nie licząc „Podróży czternastej”), wpisy, choć ponumerowane, nadal nie tworzą chronologicznego ciągu, a fabularnie całość spaja jedynie postać Ijona Tichego. Takie przymioty tylko odrobine wytrącają z równowagi, a to i tak tylko do czasu, aż się przywyknie. Są jednak inne atrybuty, które sprawiają, że to dzieło do mnie nie przemawia.

Jednym z nich jest rodzaj humoru jakim operuje autor, w tej sadze o kosmicznym podróżniku, zdobywającym sławę i rozgłos też nie za bardzo wiadomo z jakich przyczyn. Osobliwa groteska i absurdalność mogą przypaść do gustu, jednak jest to taki ich rodzaj, który popycha skojarzenia odbiorcy nie w stronę Brytyjczyków z grupy Monty Pythona, nawet nie Mrożka, ale Gombrowicza, którego nigdy nie zdołałem polubić, mimo, iż jego wkład w moje 90% z ustnego polskiego jest niezaprzeczalny.

Momentami Lem wikła się w nieścisłości i sprzeczności. W jednym opowiadaniu kosmiczna podróż trwająca niespełna rok jest uznana za niebotycznie długą, kiedy w innym trzydzieści lat lotu mija bez większego rozwodzenia się nad tym. Albo dla czego na Wspanialię ziemska społeczność wysyłała po jednym agencie, a nie jakieś większe komando do zadań specjalnych? Mosad może, a cała Ziemia nie? Z prof. Zazulem też jest problem.

Już abstrahując od zarzutów merytorycznych (przynajmniej w zamierzeniu) muszę dodać, że najzwyczajniej w świecie zabrakło mi w tym zbiorku „tego czegoś”. Nie odczułem działania tej porywającej siły przyciągania, jaka płynie z tych wszystkich książek, które wywołują syndrom „jeszcze jednej strony” i nie pozwalają się oderwać czytelnikowi do innych zajęć. Tu mamy głównie do czynienia z solidnym rzemiosłem pozbawionym jednak „magii” (i nie chodzi tu o ciskanie fajerbolami).

Nie mogę jednak powiedzieć, iż nic mi się w „Dziennikach Gwiazdowych” nie podobało, a przez to, że jest to zbiorek opowiadań właściwie ze sobą nie powiązanych, nie ma konieczności czytania ich wszystkich, a istnieje przeto szansa dokonania odpowiedniej selekcji. Ośmielę się ze swojej strony zaproponować wybór tych, które przypadły mi szczególnie do gustu, a jeśli ktoś planuje zapoznać się tylko z częścią „Dzienników Gwiazdowych”, to szczerze polecam zacząć od nich właśnie:
„Podróż jedenasta” – satyra na PeeReLowskie donosicielstwo i życie pod okupacją, w ciągłym strachu i nieufności
„Podróż trzynasta” – o trudnościach z przystosowaniem się do wytycznych totalitarnej władzy, ale też o indywidualności i wieczności
„Podróż dwudziesta czwarta” – niby paszkwil wymierzony w kapitalizm (jednak gospodarka wolnorynkowa dała sobie radę ze stawianymi problemami), ale istotniejszy jest wymiar, nazwijmy go, socjologiczny. W skrócie o tępocie ludzkiej
„Podróż dwudziesta ósma” – niezła gimnastyka dla filozoficznej części erudycji czytelnika.
Godne uwagi wydają się być również opowiadania „Ze wspomnień Ijona Tichego” II i IV, jako te mniej humorystyczne.
Ewentualnie jeszcze „Podróż dwudziesta pierwsza” jeśli ktoś lubi długie około-teologiczne rozważania. Swoją drogą w tej „Podróży”, jak i w choćby 8, 18, oraz 23 można wyczuć, że Lem ma głęboki żal do Boga. Może za całe zło i cierpienie tego świata, może za coś bardziej osobistego, albo jest to konsekwencja bycia agnostyckim Żydem wychowanym w wierze katolickiej…

W każdym razie w starciu Dick : Lem jest 1 : 0. I nadal mam wrażenie, że na przykład taki Zajdel zjada Lema na śniadanie.

Published in: on Wrzesień 16, 2013 at 6:15 pm  Dodaj komentarz  
Tags: ,

Krwawy doktorek

Philip K. Dick jest postacią tak emblematyczną dla gatunku science-fiction, tak znaną i popularną w tym światku, że ktoś mający się za miłośnika gatunku powinien być zaznajomiony z przynajmniej kilkoma jego najważniejszymi pracami. Jednak, tak się jakoś złożyło, że w mojej wędrówce po bezdrożach literatury dopiero teraz zawędrowałem w jego, na swój osobliwy sposób gościnne, progi. Owszem, kiedyś zdarzyło mi się czytać „Do Androids Dream of Electric Sheep?”, ba nawet po angielsku, ale jak zorientowałem się już po fakcie, było to uproszczone wydanie, dostosowane do możliwości osób dysponujących znajomością lengłydża na dość niskim poziomie; zatem się nie liczy.

Poznawanie tekstów Dicka rozpocząłem od raczej mało znanej (jak na niego) książki pod tytułem „Doktor Bluthgeld”. Kierowałem się przy tym opisem z tyłu okładki (co, jak wszyscy wiemy, jest praktyką naganną i nieprzystojącą yntelektualiście), który głosił jakoby była to najbardziej przystępna książka tegoż autora. To doskonale wróży mojemu dalszemu zapoznawaniu się z jego twórczością, bo książka jest momentami tak dziwna i anormalna, że czyta się ją z najwyższą przyjemnością. Nie chodzi tu o jakieś wysublimowane wizje prowadzące czytelnika w stronę skojarzeń z twardym SF. Tego jest w niej niewiele. Mam tu na myśli raczej ten narkotyczny pierwiastek obrazów rodem z sennego koszmaru, sprawiający, iż jestem w stanie uwierzyć, że powieść pisana była na amfetaminie (jak podobno wszystkie jego prace przed latami siedemdziesiątymi).

Utwór napisany w 1964 roku, a zatem przed doznaną przez autora serią objawień, lub jak chcą niektórzy chorób psychicznych, obfituje w rozmaite „dziwności”. Jedna z osiowych postaci jest fokomelikiem (człowiekiem urodzonym bez rąk i nóg), co najmniej dwóch bohaterów posiada zdolności parapsychiczne (narracja jest poprowadzona w ten sposób, że w zasadzie może im się to tylko wydawać), a córka jednej z protagonistek utrzymuje kontakt z bratem, którego większość osób nie dostrzega, a który odegra w swoim czasie znaczącą rolę. W porównaniu z tym, post nuklearna apokalipsa, na tle której rozgrywa się akcja powieści, wydaje się dość nijaka. Może to z powodu delikatności autora oszczędzającego nam jej opisów. Albo też dla tego, że akcja dzieje się w dużej mierze już po siedmiu latach od wojny, więc pewna część zniszczeń mogła zostać zniwelowana. W każdym razie realia pozostawiają wrażenie niedosytu.

Sama fabuła jest przyzwoita, w końcówce wręcz świetna, momentami nieco fragmentaryczna, co jednak nie przeszkadza w jej odbiorze. Jedynym zgrzytem mogą być socjologiczne rozwodzenia się nad losami bohaterów i momentami „telenowelowość” ich losów („Czy mam zostawić męża i dziecko? Zdradzić go jeszcze raz, czy może już nie? Przeprowadzić się ze wsi do miasta?”). Nie jest tego dużo i w zasadzie to tylko takie moje czepialstwo. Takie wstawki służą prawdopodobnie wykazaniu, że nawet gęsty opad radioaktywny nie może przykryć typowych, ogólnoludzkich rozterek.

„Doktor Bluthgeld” jest książką solidną, może nie wybitnie porywającą, ale chyba całkiem niezłą, by to od niej rozpocząć zagłębianie się w świat ekstraordynaryjnych fantasmagorii jednego z najsłynniejszych pisarzy SF zeszłego wieku.

Published in: on Wrzesień 9, 2013 at 8:34 pm  Dodaj komentarz  
Tags:

Kosmiczne baśnie dla dorosłych

Z twórczością Clivea Staplesa Lewisa zetknąłem się po raz pierwszy dość dawno, bo jeszcze w podstawówce. To musiał być rok 2005. Skąd ta pewność? Ano stąd, że w styczniu 2006 do kin w Polsce wszedł film na podstawie książki, po lekturze której (wymuszonej przez program mojej ukochanej placówki oświatowej) byłem właśnie na świeżo. Nie trudno domyślić się braku oryginalności w tym spotkaniu, wszak dzieło będące przedmiotem tego wstępu to nic innego jak pierwszy tom „Opowieści z Narni”, czyli najszerzej znanego cyklu tegoż autora.
Niestety „Lew, Czarownica i stara szafa” w żadnej mierze nie przypadł mi do gustu. Książka była taka sobie, niezbyt wciągająca i dość infantylna (przynajmniej wtedy tak myślałem… niema to jak pisać o infantylizmie postrzeganym przez jedenastolatka). Może wpływ na taki jej odbiór miał mój ówczesny stosunek do szkolnych lektur jako takich. Każą czytać same bzdety, podczas gdy dopiero poza szkolnym kanonem znajdowałem wreszcie jakieś ciekawsze pozycje. A potem się dziwą, że młodzież nie lubi czytać. Banda idiotów.
Ekranizacja pierwszej części tej słynnej serii też nie zasłużyła sobie na moje uznanie. Była dość sprawnie zrealizowana, a mimo to wydawała się taka blada i nijaka. To z kolei mogło być spowodowane wciąż żywymi wspomnieniami kinowej wersji „Władcy Pierścieni”.
Jednak nie o Narni miała być ta notka. Trzeba wszakże zaznaczyć, że po przygodach z nią miałem dość sceptyczny stosunek do twórczości C. S. Lewisa. Do tego jeszcze dochodziło moje postrzeganie tego pisarza jako twórcę wyłącznie literatury fantasy, które było raczej mało kompatybilne z trwającym od gimnazjum zwrotem moich upodobań w kierunku fantastyki naukowej. Łatwo sobie wyobrazić moje zdziwienie, gdy dowiedziałem się, iż ów Brytyjczyk popełnił również trylogię science-fiction. A że wtedy akurat wypadała w empiku promocja typu „fantastyka 3 za 2” się skusiłem i kupiłem.
„Trylogia Kosmiczna” wydana przez Media Rodzina to, jak wskazuje nazwa, trzy w jednym. Trzy powieści w jednym tomiszczu osiągającym objętość niemal 800 stron. Nawet pomimo miękkiej okładki książka prezentuje się całkiem nieźle i w dobrym stanie przetrwała przeczytanie.
Dwie rozpoczynające części dość znacząco różnią się od trzeciej, po pierwsze osobą głównego bohatera, po drugie szeroko pojętym nastrojem. Całość zaczyna „Z Milczącej Planety”, w której Doktor filologii imieniem Ransom zostaje porwany i przetransportowany na Marsa. Porwanie tego nie dokonują, jak można by się spodziewać, małe, zielone ufoludki, ale ludzie. W trakcie pobytu na czerwonej planecie nasz bohater odkrywa, że organiczne stworzenia mieszkające poza Ziemią bynajmniej nie są złe i wrogie, tak jak to opisuje chociażby Wells. Przeciwnie, przy nich większość ludzi wygląda jak ociężali umysłowo, rządni krwi barbarzyńcy.
Pierwsza część trylogii jest swego rodzaju polemiką ze sztampowym sposobem ujmowania tematyki podróży między planetarnych. Sztampowym zarówno w latach współczesnych autorowi, jak i nam. Najwyraźniej nie wyzbyliśmy się do końca ortodoksyjnego antropocentryzmu i o wiele łatwiej jest nam widzieć we wszystkich pozaziemskie formach życia jakiś rodzaj zagrożenia. A może to tylko dla tego, że człowiek z natury boi się nieznanego? W każdym razie „Z Milczącej Planety” stanowi niezłą przeciwwagę dla typowych space oper. Szczególnie polecić ją można tym, którym podobał się przedostatni utwór z „Brave New World” Maidenów (a teraz czytelnik grzecznie sprawdzi dla czego :P).
„Perelandra”, czyli druga część „Trylogii Kosmicznej” jeszcze wyraźniej zaznacza dwa istotne już w poprzedniczce pierwiastki. Zdecydowanie większa jest tu przewaga tego co można by nazwać fantasy nad „sciencefictionowatością”. Poza tym, że akcja dzieje się na innej planecie, co w pewien sposób zaznacza już tytuł będący imieniem Wenus (poprzednio Dr. Ransom nauczył się Starego Solarnego, języka pozaziemskich stworzeń, więc „prawdziwe” nazwy planet padają dość często), niewiele jest tu fikcji naukowej. Jest to poniekąd konsekwencją zintensyfikowania drugiego aspektu, a mianowicie rozważań, powiedzmy, około teologicznych. „Perelandra” ogniskuje je w postaci dojmująco przedstawianej tęsknoty za utraconym rajem (skojarzenia z Miltonem jak najbardziej na miejscu). Ransom wkracza na Wenus właśnie wtedy, gdy rozpoczyna się proces kuszenia tamtejszej Ewy i ma okazje rozkoszować się światem pozbawionym zła, cierpień i… w zasadzie innych humanoidów. Czyżby to właśnie ludzie byli źródłem całego tego syfu na Ziemi? Wszakże faktycznie w Biblijnym Raju były tylko dwie osoby ludzkie i dopiero kiedy zaczęło pojawiać się ich więcej coś się porobiło. To tylko taka moja prywatna uwaga, w powieści jest to poprowadzone nieco inaczej.
Środkowa powieść z trylogii zawiera zdecydowanie najwięcej zbyt rozwlekłych opisów, które mają najpewniej za zadanie wzbudzić w odbiorcy żal za tym, co moglibyśmy mieć, gdybyśmy nie dali się zwieść na pokuszenie. Są one jednak zagmatwane i zwyczajnie za długie. Można to oczywiście tłumaczyć tym, że były pisane podczas II Wojny Światowej i służyły autorowi za swoisty azyl, miejsce, gdzie uciekał od okrucieństwa tamtych dni. Niemniej jest to jeden z minusów tego utworu. Na plus za to można zaliczyć dialogi między Ransomem, którego widzimy tu jako obrońcę cnoty, a Westonem (znanym z poprzedniej części) pełniącym rolę węża. Są napisane sprawnie i z polotem. Mimo to „Perelandrę” czytało mi się najwolniej i najmniej ciekawie z całości.
Wreszcie dochodzimy do wisienki na torcie, tak różnej od poprzedniczek. O ile „Z Milczącej Planety” i „Perelandre” mogliśmy poniekąd podciągnąć pod wizje utopijne, tak „Ta Straszna Siła” ciąży wyraźnie ku antyutopii. Dr. Ransom nadal jest ważną postacią, ale już nie głównym bohaterem. Tym razem narracja podzielona jest głównie między państwa Studdocków. Akcja toczy się w dużej mierze w środowisku akademicko-naukowym i opowiada o próbie przejęcia władzy nad światem przez złych naukowców. Jednak prawdziwa „straszna siła” stoi ponad nimi, kierując ich poczynaniami.
Finał „Trylogii Kosmicznej” stanowi najciekawszą jej część i polecić go można z bardzo wielu powodów. Nie mamy tu na przykład do czynienia, jak w większości antyutopii/dystopii, z już ukonstytuowanym aparatem władzy, lecz jest on tworzony na naszych oczach. Zarówno wątki nadnaturalne, jak i sci-fi wprowadzane są bardzo umiejętnie, z dużym wyczuciem. Tempo jest dobrze wywarzone, nie doświadcza się dłużyzn (może dla tego, że rozwój wypadków odbywa się na Ziemi). Garnitur postaci jest świetnie skrojony i chociaż ciężko czasem połapać się w bohaterach tła, to ci na pierwszym planie robią wrażenie.
Więcej już nie będę pisał o „Tej Strasznej Sile”, bo naprawdę trzeba zapoznać się z nią osobiście, nawet wtedy, gdy nie miało się kontaktu z poprzednimi częściami. Po nie również warto sięgnąć, chociażby po to, by wyrobić sobie lepsze osadzenie w realiach.
Tak trochę na marginesie, ciekawe jest dość luźne podejście do kwestii religijnych. Lewis ogłaszał się ponoć ortodoksyjnym Anglikaninem, ale w tej trylogii nie przedstawia ściśle dogmatycznych wykładni, a jedynie ogólną wiarę w to, że są siły stojące ponad ludźmi, a każdy człowiek winien żyć zgodnie z szeroko pojętą moralnością. Oczywiście wyraża też optymistyczny pogląd, iż siła dobra jest potężniejsza niż siła zła (zarówno pod kątem moralnym, jak i „eschatologicznym”).
Całą „Trylogię Kosmiczną” mogę chyba polecić wszystkim tym, którzy szukają książki będącej czymś więcej, niż banalnym czytadłem, ale jednocześnie nie chcą się zbyt męczyć z brnięciem przez skomplikowane wywody.

Published in: on Sierpień 22, 2013 at 10:37 am  Dodaj komentarz  
Tags:

Po brytyjsku o umiłowaniu mądrości

W czasie II Wojny Światowej ogromne rzesze ludzkości robiły co mogły, by zostawić jak najdalej za sobą bitewny zgiełk. Większości wystarczyło już samo to, że znaleźli się poza obszarem działań zbrojnych, jednak niektórzy potrzebowali ucieczki także w innym wymiarze. Jak dla mnie, przykładem tego drugiego typu, jest właśnie Bertrand Russell. Brytyjski filozof, matematyk, społecznik, jednym słowem myśliciel. Na początku lat czterdziestych ubiegłego wieku napisał bestselerowe dzieło pod tytułem „Dzieje zachodniej filozofii”, z którym miałem okazje się niedawno zapoznać.
Russell miał raczej mało szczęśliwą biografię. Gdy był jeszcze dzieckiem zmarło mu oboje rodziców, a wychowaniem zajęła się babcia-dewotka. W małżeństwie też nie miał szczęścia; zaliczył trzy rozwody. Poza tym przeżył dwie wojny światowe i siedział w więzieniu za działalność antywojenną. To wszystko musiało wpłynąć na jego życiową postawę; był zdeklarowanym agnostykiem i pacyfistą. Na osłodę otrzymał w 1950 Nagrodę Nobla.
A, czym właściwie są „Dzieje zachodniej filozofii” Jego autorstwa? Najlepiej oddaje to chyba oryginalny tytuł, czyli „History of Western Philosophy and its Connection with Political and Social Circumstances from Earliest Times to the Present Day”, bo właśnie ich tematem jest związek europejskiej i amerykańskiej filozofii z uwarunkowaniami społeczno-politycznymi. Tematyka bliskowschodnia jest również poruszana, ale w bardzo wąskim zakresie służącym zarysowaniu tła.
Aletheia wydała to prawie tysiącstronicowe tomiszcze w taki sobie sposób. Wolumin ma miękką okładkę i jest klejony, a nie szyty. Niby nie ma tragedii, ale już po jednym przeczytaniu grzbiet zaczął trochę pękać.
Jednak najważniejsza jest zawartość. Książka przeprowadza czytelnika od powstania cywilizacji greckiej do połowy dwudziestego wieku, a mówiąc inaczej od Talesa do (niema to jak skromność) samego Russella i jego zastosowania analizy logicznej.
Autor poświęca wiele miejsca opisowi zaszłości historycznych, które według niego wpływały na myślicieli poszczególnych epok. Dzięki temu otrzymujemy w miarę kompleksowy zarys ewolucji myśli filozoficznej. Zarys, gdyż go tylko można uzyskać przedstawiając tak skomplikowany wycinek płaszczyzny czasu, obejmujący przeszło dwa i pół tysiąca lat, w jednym tomie. Takie ujęcie tematu sprawia, że jest to świetny quasi-podręcznik dla laików w tej dziedzinie. Opanowanie historii na poziomie szkoły średniej i jakie-takie zacięcie humanistyczne powinny wystarczyć do przyjemnego korzystania z tej książki. Co prawda niekiedy zostajemy zasypani zdającymi się niewiele wnosić szczegółami (zwłaszcza przy okazji zmagań papiestwa z cesarstwem, gdzie pada wiele nazwisk ważnych dla tego konfliktu, ale bynajmniej nie dla jego płaszczyzny intelektualno-doktrynalnej), lecz jak na taką objętość całego tekstu, jest to relatywnie niewiele.
Filozofowie oddziaływali również na historię, co nie umyka uwadze Russella. Wpływ ten nie jest jednak tak oczywisty i ma w swej istocie subtelniejszą naturę. Myśliciele (jak sama nazwa wskazuje) rzadko kiedy działali osobiście i wprost. Głównym narzędziem ich wpływu na koleje dziejów są idee (niech platonicy nie zawłaszczają sobie tego terminu :P). Omówiony przeto zostaje wpływ Platona i Arystotelesa na filozofię Kościoła (przekładającą się na reformacje, kontrreformację i ich oboczności), a dalej można wymienić choćby wpływ Rousseau i Utylitarystów na politykę czasów nowożytnych. Aluzje odnośnie Hitlera przy okazji omawiania Nietzschego są niestety dość skromne.
Ze względu na przyjęte założenia, dzieło przedstawia w większości znane postacie, acz natkniemy się również na mniej znane (przynajmniej jak dla mnie) nazwiska pokroju Parmenidesa, Empedoklesa, a z nowszych Jamesa i Deweya.
Jak każdemu dziełu przekrojowemu, „Dziejom…” zarzucić można momentami zbyt małą dokładność. Jest to zrozumiałe. Jeżeli ktoś będzie chciał się zapoznać dokładniej z doktryną którejś z zarysowywanych person zawsze może sięgnąć po szczegółowsze opracowanie jej tylko poświęcone, nie mówiąc już o zagłębieniu się w oryginalne prace. Jednak w połączeniu z tym, że autor konsekwentnie wytyka wszelkie błędy przedstawianych filozofów i momentami stawia ich w jadowicie szyderczym świetle, co raczej zniechęca do zapoznawania się z ich dziełami, może stanowić to problem. Po co sięgać do dokonań idioty? Mija się to trochę z moją wizją tej lektury, gdyż sądziłem, że będzie zachęcała do zagłębiania się w dokonania innych myślicieli, podczas gdy jest raczej odwrotnie. Jednak wiele zależy tu od czytelnika. Odpowiednią postawą wydaje się tu przyjęć, iż najlepiej będzie skonfrontować zarzuty Russella z własnym zdaniem, wyrobionym w oparciu o pisma omawianej osoby. Koniec końców, jak można ustosunkować się do wiele znaczących dla kultury osobistości, kiedy na ich temat przeczytamy tylko średnio 10 stron na każdą?
Mimo wszystko „Dzieje zachodniej filozofii” to dobre kompendium dla tych, którzy dopiero zaczynają się zagłębiać w meandry filozofii i chcą uzyskać na początek ogólny ogląd zagadnienia.

Published in: on Lipiec 28, 2013 at 5:30 pm  Dodaj komentarz  
Tags:

Pewien odcień Purpury

Zespół Deep Purple kojarzony jest głównie z latami siedemdziesiątymi. W zasadzie słusznie, bo przecież wtedy nagrywali swoje największe przeboje. Jednak niewielu wie co działo się z zespołem przed słynnym longplayem „In Rock”. A działo się na tyle dużo, że powstały z tego trzy płyty studyjne. A że niedawno ukazał się nowy album, stwierdziłem, iż warto by było cofnąć się odrobinę w czasie i napisać co nieco o debiucie Głębokiej Purpury.
„Shades of Deep Purple” ukazał się jeszcze za owianych mgłą legendy czasów MK I, czyli pierwszego składu. Nazwisk takich jak Blackmore, Paice, czy Lord (Panie świeć nad Jego duszą) tłumaczyć chyba nie trzeba. Za to warto zaznaczyć, że wtedy basistą był niejaki Nick Simper. Natomiast faktem od razu rzucającym się w uszy podczas słuchania jest nieobecność Iana Gillana na wokalu. Do połowy 1969 tę pozycję okupował Rod Evans.
Wydany w 1968 roku krążek zawiera sporą dawkę coverów, co było zgodne z ówczesną strategią zespołu, który drugą płytę z tego samego roku nagrał według podobnego schematu. Metoda wypaliła wprost świetnie, jeżeli chodzi o rynek amerykański, jednak Brytyjczykom raczej nie przypadła do gustu.
Całość otwiera instrumentalny utwór własnego pomysłu o nazwie „And The Address”. Porządna dawka rytmicznego rocka zapowiadająca już po trosze klimat z późniejszych płyt. Następne jest purpurowe wykonanie „Hush” zmarłego rok temu Joe Southa. Całkiem niezłe, acz mniej frywolne niż oryginał. Kolejne „One More Rainy Day”, maluje przed słuchaczem obraz szarego, deszczowego dnia, który zaczyna się zmieniać za sprawą wychodzącego zza chmur słońca. A metaforycznie? Może chodzi o to, że dobre rzeczy jawią się jako takie głównie dzięki temu, że jeszcze przed chwilą było źle, czyli (ekstrapolując) bez zła niema dobra. A może o coś innego…
„I’m So Glad” poprzedzone prawie trzyminutowym, opierającym się na klawiszach „Prelude: Happines” jest kolejnym coverem, tym razem piosenki znanej głównie dzięki triu Cream. Niby wesoły, ale zwolnienia nie pozwalają na zbyt radosne uniesienia. Nie będę się upierał czy to wykonanie jest lepsze od oryginału, jednak mi na pewno do gustu bardziej przypadł śpiew Evansa, niż Brucea.
Wreszcie, z numerem 5, pojawia się bodaj najlepszy utwór z tego wydawnictwa. „Mandrake Root” zaczynający się tak, jakby miał być kolejną przeróbką, tym razem „Foxy Lady”. Szczęśliwie tak nie jest. Pierwsze dwie minuty są tylko hardrockowym wstępem do psychodelicznej jazdy bez trzymanki, zapewne świetnie korespondującej z efektami występującymi po spożyciu tytułowego korzenia. Dalej rzecz w podobnym klimacie, ale już spokojniejsza, czyli „Help”, w którym aranżacja odeszła dość znacząco od bazowego utworu The Beatles. Na tyle, że zdarzyło mi się słyszeć jak ktoś przypisał ten kawałek nie Purplom, ani nawet nie Beatlesom, ale… zespołowi King Crimson. Zatem dość sennie, onirycznie.
Album kończą dwa utwory o miłości. Bardzie wprost sprawa wyłożona jest we własnym „Love Help Me”, dynamicznym utworze, proponującym miłość jako rozwiązanie wszystkich problemów. Natomiast „Hey Joe” chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Poza dodaniem przyciężkiego wstępu ta wersja niewiele różni się od dokonań Hendrixa.
We wznowieniu jakie wydała EMI w 2000 obecnych jest pięć utworów bonusowych. Z nich najbardziej wyróżnia się kawałek „Shadows”. Psychodelizujący, z ciekawym wielogłosem, spokojnie mógłby zastąpić któryś z coverów na właściwym albumie. Reszta to wariacje na temat standardowej zawartości krążka. Wszystkie pozbawione wstępów. Na uwagę zasługiwać może „Hej Joe” wykonane dla radia BBC z wyczuwalnym podbiciem nastrojów (gdzie miało być spokojnie jest spokojniej, a gdzie dramatycznie, tam dramatyzm podniesiony jest o stopień wyżej). Ciekawie prezentuje się też zamykający całość, zagrany w telewizji „Hush”. Słychać, że czas nie obszedł się zbyt łagodnie z nagraniem; całość jest przytłumiona i taka obscur.
Płycie brakuje trochę do najsłynniejszych dokonań grupy, a osobiście stawiam ją nawet niżej od „The Battle Rages On…”, jednak jak na debiut, nagrywany do tego w dwa dni, raptem po kilku miesiącach wspólnego grania, jest nieźle. Jeśli ktoś jest fanem purpli, albo lubi amerykański rock schyłku lat sześćdziesiątych powinien zapoznać się z tą płytą. Reszta znajdzie dla siebie w dorobku Deep Purple wiele ciekawszych pozycji, nawet jeśli chodzi o MK I (konkretnie trzecią płytę, pod tytułem „Deep Purple”).
Mi nie pozostaje nic innego, jak kupić „Now What?!” i czekać na wrocławski koncert.

Published in: on Czerwiec 30, 2013 at 6:34 pm  Dodaj komentarz  
Tags: ,

„Na Croma!”

Pierwsza wakacyjna lektura za mną. Jak na wakacje, które rozpoczęły się koło 22 maja, czyli po ostatnim ustnym egzaminie, nie jest to zbyt oszałamiający rezultat. Na swoje usprawiedliwienie mogę tylko dodać (pomijając to, że w między czasie zapoznawałem się z grecką filozofią), iż wolumin miał ponad 750 stron formatu niemal A4. Mam na myśli książkę „Conan Barbarzyńca” wydawnictwa Rea. Jak na tak pokaźne gabaryty opakowane do tego w twardą okładkę, waga całości jest zaskakująco nieduża. To w dużej mierze zasługa żółtawego papieru, który nie reprezentuje sobą raczej zbyt wysokiej jakości, ale nie sprawia też szczególnie złego wrażenia. Po jednym przeczytaniu nie udało mi się go w żadnym miejscu uszkodzić.

Wydanie jest więc całkiem przyzwoite, poprzetykane tu i tam ilustracjami (z grubsza po jednej na opowiadanko), które są czarnobiałe i dość oszczędne. Mi przypadły do gustu, ale nie każdemu muszą.

Inną kwestią jest tłumaczenie. W recenzjach, z którymi zapoznawałem się przed zakupem książki podnoszono głosy jakoby nie było zbyt udane. Mimo to postanowiłem zaryzykować. I… hmm… W zasadzie nie jest tragicznie, ALE: po pierwsze patrzę na to z perspektywy osoby, która z anglojęzycznym oryginałem miała kontakt niemal zerowy (niemal, bo, tu ciekawostka, wiele opowiadań i wierszy Howarda dostępne jest na wikisource, legalnie, za darmo). Po drugie, nawet taki ja, może się przyczepić do paru uchybień. Na przykład, w dość brutalny sposób zostanie nam uświadomione, że przekładu dokonała kobieta. Mianowicie w kilku miejscach Conan używa odnośnie siebie czasowników w formie żeńskiej. Za pierwszym razem wprawiło mnie to w niemałą konsternację, ale szczęśliwie szybko ustało (pojawia się to może w dwóch, trzech opowiadaniach).

Nierzadko też używane są dość niefortunne zwroty, które niezbyt pasują do miejsca, gdzie występują. Zapewne w języku angielskim brzmiałyby w takiej formie sensownie, jednak po polsku dałoby się znaleźć, przynajmniej dla niektórych, lepiej pasujące słowa.

Teksty zostały ułożone w takiej kolejności, w jakiej publikowane były w magazynie literackim, do którego pisywał autor. Warto wspomnieć, że są to tylko te teksty, które się tam ukazały, a więc zbiorek nie zawiera kilku pozycji stanowiących dla fanów część kanonu, niemniej dla kogoś, kto z Conanem w wersji papierowej ma styczność po raz pierwszy jest to materiał w zupełności wystarczający.

Osobiście podmieniłbym troszkę kolejność na bardziej chronologiczną z punktu widzenia akcji utworów (pomijam tu chronologie utworzone przez badaczy twórczości Howarda). Jak dla mnie dwa pierwsze opowiadanka, czyli „Feniks na mieczu” i „Szkarłatna Cytadela” powinny znaleźć się na samym końcu (po „Godzinie Smoka”) [tam Conan jest już królem, a wcześniej głównie najmitą], a po „Królowej Wybrzeża” powinien być „Stalowy Demon”, potem „Cienie w Księżycowej Poświacie” i „Ludzie z Czarnego Kręgu”. Reszta tak jak jest. To tylko takie moje czepialstwo.

Tja, przydługi wstęp za nami, a cały czas nie wiadomo o czym to tak mniej więcej jest. Ano, sporo tutaj tego „barbarzyństwa”, które kojarzy się laikowi z Conanem właściwie samo z siebie. W zasadzie w każdym opowiadaniu jest opis jakiejś walki. Od pojedynków jeden na jeden, które są bardzo dobrze opisywane, co nie powinno dziwić zważywszy na fakt, iż autor był pasjonatem boksu, a i sam uprawiał tę dyscyplinę (od lat młodzieńczych, by przeciwstawić się fali przemocy jaka dosięgała go, jako kujona, ze strony rówieśników), po monumentalne bitwy.

Częstym motywem jest również ratowanie nieporadnych kobitek z łap podłych ludzi, tudzież innych, ponadnaturalnych sił. Jednak niekiedy pojawiają się także silne postacie kobiece, takie jak Waleria z Czerwonego Bractwa (Red Sonja to wprawdzie też ten sam autor, ale nie ten cykl opowiadań).

Wiele jest też elementów horroru, które nie pozwalają zapomnieć o tym, że Robert Howard należał do grona znajomych H. P. Lovecrafta. Conan nie boi się przeciwników z krwi i kości, jednak jego serce przepełnia groza na myśl o pomiotach spoza czasu przywoływanych przez mrocznych czarnoksiężników.

Postać Conana z Cymmerii nie jest pozbawiona, przynajmniej pewnych znamion, głębszego rysu psychologicznego. Momentami można dostrzec bajroniczną aurę otaczającą tego bohatera. Buntowniczo-romantyczny charakter uwypuklony jest na przykład w „Ludziach z Czarnego Kręgu”, gdzie pierwotną przyczyną pojawienia się w miejscu akcji Conana jest chęć wzniecenia powstania przeciw ciemiężącemu małą rasę krajowi.

W cyklu opiewającym historie barbarzyńcy z północy, autor dość wyraźnie zarysował swój pogląd na cywilizację, przywodzący na myśl skojarzenia z Rousseau. Dla nich obu cywilizacja wykrzywiała pierwotnie dobrego człowieka, sprawiając, że stał się gnuśny, pazerny i niemoralny. W swym stanie naturalnym ludzie byli czystsi i mniej podatni na złe skłonności. Dlatego to Conan jest tym dobrym, walczącym przeciw zdeprawowanym królom i baronom. Stanowisko względem niszczącej siły cywilizacji wprost jest wyłożone w „Za Czarną Rzeką”, a bardziej subtelnie ukazane w „Domu Pełnym Łotrów”, tudzież w antywojennych „Czerwonych Ćwiekach”.

Generalnie próżno szukać w „Conanie Barbarzyńcy” jakiś głębszych przemyśleń, ale nikogo to chyba nie zaskakuje. Jest to raczej przykład niezłego czytadła, które może trafić do sporej grupy odbiorców. Co ciekawe, jak dla mnie, niekoniecznie może się spodobać archetypicznym czytaczom post-tolkienowskiej fantastyki. Nie ma tu orków, elfów i tego typu klimatów. Akcja osadzona jest, można powiedzieć, w Erze Hyboryjskiej naszego świata, co nawet jest zarysowane w eseju otwierającym zbiorek, gdzie autor wręcz łączy rasy ze swego świata z nacjami znanymi nam ze szkolnych lekcji geografii. Howard podobno lubił pisywać fikcje historyczne, ale nie lubił tracić czasu na przekopywanie książek w poszukiwaniu informacji dających mu osadzenie w realiach. Dlatego wykreował coś w rodzaju świata równoległego, gdzie wiele elementów zaczerpnięte jest z rzeczywistości (Ishtar i Mitra to przedchrześcijańskie bóstwa, a wcale bym się nie zdziwił, gdyby Shemici w którymś z opowiadań wznosili synagogę).

Spora część tych tekstów powinna przypaść do gustu fanom historii przygodowo-awanturniczych takich jak „Piraci z Karaibów” (pomijając to, że w kilku opowiadaniach, jak w „Królowej Czarnego Wybrzeża” Conan sam piraci). Są niemal nietknięte ludzką stopą lądy, są morskie bitwy, jest abordaż i porywanie statków. Wszystko jak się należy.

Z drugiej strony mamy treści trafiające do miłośników klimatów rodem z Edgara Alana Poego. Takie dzieła jak „Feniks na Mieczu”, „Wieża Słonia”, czy „Pełzający Cień” (chyba mój faworyt) mają niesamowitą atmosferę. I, tak, tu też występują goryle 😉

Tomik godny polecenia jako naprawdę fajne czytadło. I do tego ładnie prezentuje się na półce.

Published in: on Czerwiec 29, 2013 at 10:02 am  Dodaj komentarz  
Tags: ,

Biadolenie uderza ponownie

Tak się potoczyło moje życie, że wylądowałem w ogólniaku w klasie o profilu biologiczno-chemicznym. Do początku trzeciej klasy gimnazjum nic nie wskazywało, że tak to się skończy. Zawsze było mówione, że jestem humanistą, że powinienem pisać, albo gadać, a najlepiej jedno i drugie. Z perspektywy czasu nie mogę w pełni tego zanegować, jednak muszę temu humanizmowi przydać nieco inny sens. Po prostu trzeba wspiąć się wyżej w semiotykę. Humanizm przecież nie może być pojmowany tylko jako zdolności oratorskie, tudzież okołoliterackie. I właśnie w swym pierwotnym znaczeniu, to jest jako stawianie w centrum rozważań człowieka i jego problemów, przemawia do mnie właśnie ostatnimi czasy. Do mnie: MIZANTROPA! Tu oczywiście można się rozwodzić nad tym, czy to wynika z filozofii egzystencjalnej, z takiego a nie innego pojmowania wiary (tu Rieux by się ze mną najbardziej rozmijał), albo z czegoś co zasługiwałoby na miano „doktryny egoistycznego altruizmu”. Można, tylko po co? Wszak „po owocach ich poznacie”.

Stąd rzecz jasna pomysł z tą całą medycyną. Dochodzi do tego kwestia „powołania”. Ale o ile do kapłaństwa powołanie jest czyś nieodzownym, o tyle dla lekarza nie wydaje się ono aż tak kluczowe (abstrahuje od przeczytanej gdzieś sentencji, że „lekarz żywi się powołaniem, a do pracy przyjeżdża etyką”). Szczerze powiedziawszy (napisawszy) nie wiem, czy odczuwam je w taki sposób, by rzucić wszystko dla kierunku lekarskiego, niemniej coś mi mówi, że powinienem spróbować zawalczyć. Jeśli się nie dostane, to trudno, raczej nie będę próbował drugi raz. Jeśli jednak się dostanę, potraktuję to jako znak od losu (i nie oszukujmy się, od Tego, który nim zawiaduje) i wtedy dopiero nabiorę przekonania, iż jest to właściwy wybór.

A co mnie skłoniło do napisania kolejnej notki o wątpliwych walorach (jakichkolwiek)? Gdy we wrześniu dowiedziałem się, że na WUM-owski lekarski, przy rekrutacji, wystarczy matma zamiast fizyki, nadal nie sądziłem, że mam jakiekolwiek szanse się dostać. Od tego czasu jest lepiej, ale nie wiele. Jednak już wtedy powiedziałem sobie, że jeżeli uda mi się wywalczyć stypendium (spokojnie, szkolne, a nie ministerialne) będę mógł to potraktować jako dobry prognostyk w kwestii wyników maturalnych. Stypendium miało być za pierwszy semestr trzeciej klasy. Semestr skończył się wiele tygodni temu, a tej „nagrodzie” ani widu, ani słychu. Troszkę podłamało mnie też to, że zabrakło mi do pierwszych widełek jednej dziesiątej w średniej (czyli: „ech… pewnie na studia też mi zabraknie jednego procenta z jakiejś matury…”). Dziś jednak dowiedziałem się, iż się udało (musieli doliczyć ocenę z łaciny). Nie są to miliony złotych (nawet starych), ale liczy się sam fakt. Oczywiście nie przesądza to o niczym. Pokazuje jednak, że „uczciwością i pracą, ludzie się bogacą”. Także na razie nie ma mowy o przepijaniu tych pieniędzy. Zostaje tylko arbeit, ten arbeit, który ma nas doprowadzić do wolności (Diefenbacha wolno cytować i parafrazować nie tylko zbrodniarzom).

Published in: on Marzec 5, 2013 at 10:17 pm  Dodaj komentarz  
Tags:

„Daremne żale…”

Miała w tym miejscu powstać wielka, epicka notka będąca podsumowaniem moich rozważań w pewnej dręczącej mnie od dawna materii, ale jakoś się doń zebrać nie mogłem. Poza tym byłoby w niej za dużo biadolenia. Tak właściwie to w tej też go nie zabraknie.
Już na samym początku warto zaznaczyć, iż notka nie powstaje zupełnie z mej własnej, wolnej woli, ale nie czuję się też do tego jakoś szczególnie zmuszony (i tak muszę jakoś odreagować cztery godziny kucia i trzaskania zadanek z genetyki). W tym miejscu pragnąłbym pozdrowić spiritus movens tego wpisu (robię to tylko dla Ciebie :P).
Temat przewodni raczej nie będzie zbyt porywający, ale niestety stał się to swoisty leitmotiv mojej egzystencji, jeśli nawet nie w całości, to przynajmniej w znacznej jej części. I niestety zmartwię tu co poniektórych, bo całe te wypociny będą strasznie egocentryczną paplaniną na temat, nie czego innego, jak tylko dalszej ścieżki edukacyjnej, nad wyborem której się biedzę coraz bardziej.
Pytanie numer jeden: dlaczego nie napisałem wprost, że chodzi o studia? Przecież każdy inteligentny, młody człowiek pragnie zostać magistrem (ewentualnie mgr. inż.)… Założenie jest rzecz jasna kłamliwe, jak większość uogólnień, tudzież generalizacji. Niemniej jednak w odniesieniu do mojej (skromnej, a jakże ;P) osoby, jest ono, przynajmniej częściowo, słuszne. Jednak należy uwzględnić kilka czynników, które coraz silniej do mnie przemawiają. Najistotniejszym z nich jest to, że wyższe wykształcenie, w naszych czasach, bynajmniej nie zapewnia adekwatnej (słowo celowo użyte bez doprecyzowania) pracy, co samo w sobie nie tłumaczy jeszcze, dlaczego ktoś chciałby z niego rezygnować. Przecież wiedza dla samej siebie, możliwości (nawet jeśli teoretyczne) i w końcu poszerzenie horyzontów… Tak, to też jest coś, gdyby nie to, że zacząłem zdawać sobie sprawę z motywów, które mnie ku temu kierują. Cały mój wysiłek, ślęczenie nad książkami i inne tego typu bzdety zabierające czas, który mógłbym poświęcić na cokolwiek innego (choćby zalewanie się w trupa), motywowane są przez zwykły strach (albo, nazywając to ładniej: negatywną perspektywę temporalną). Doszedłem do wniosku, że spokój (utożsamiany ze szczęściem) przyniesie mi tylko stabilizacja. I boje się, że nie będę w stanie jej osiągnąć. Oczywiście mam tu na myśli stabilizacje pojmowaną archetypicznie, stereotypowo. Czyli etat (im godziwiej płatny, tym lepiej). Gdy jednak spojrzeć na to z drugiej strony, okaże się, że etat, to żadna stabilizacja, bo przecież zwolnienia, redukcje i tym podobne, mogą zniszczyć wszystko. Biorąc to pod uwagę, jestem w kompletnym arschu, bo życie chwilą i wszelkie, epikurejskie carpe diem (tak, wiem, że to Horacy, ale chodzi mi o współczesny wydźwięk tej postawy) nie są dla mnie. W związku z czym lepiej się nad tym nie zastanawiać i dążyć do utopi (nie, nie mam na myśli tu „uprawiania swojego ogródka”, gdyż ta „stabilizacja dająca szczęście” mogłaby stać się podstawą do budowania dalszych fantasmagorii [to chyba równie skomplikowane jak witkiewiczowska „jedność w wielości”]).
Powracając do pytania rozpoczynającego poprzedni akapit: chodzi o coś takiego co się studium nazywa. Jak niektórzy wiedzą, swoje najbliższe pięć lat zamierzałem związać z farmacją. Studia (pięcioletnie) dają szerokie perspektywy zatrudnienia, a w najgorszym (na pewno?) wypadku zostaje apteka. Tyle teorii. W praktyce zostaje właściwie tylko apteka. I tu pojawia się szczwany plan w postaci studium farmacji. Dwa lata zamiast pięciu, w aptekach pracodawcy chętniej zatrudniają (rzecz jasna bazuję na zebranych i zasłyszanych opiniach), bo mniej trzeba takiemu płacić. I fakt, pensja nieco niższa, niż magistra, ale tylko nieco.
Ale jednak ten brak tytułu (chociażby inżyniera!) nazbyt by mi doskwierał. Jednak i na to można znaleźć receptę. Skoro zdecydowanie zacząłem przedkładać chemię nad biologię (jeszcze dwa lata temu było zupełnie na odwrót), to pójdę na trzyletnie studia (najchętniej chyba technologia chemiczna na PW), a potem albo będę je kontynuował (w między czasie powinienem zdobyć lepsze rozeznanie w sytuacji na rynku pracy), albo pójdę do studium.
Gdyby to tylko było takie proste… Jest to wszak tylko pójście po najmniejszej linii oporu. W najśmielszych dążeniach trzeba mierzyć wyżej… kogo ja próbuję oszukać, na lekarski i tak raczej nie mam szans się dostać . Jeszcze opanowanie chemii i matematyki na te 90%, teoretycznie przynajmniej, miałoby szanse się udać. Ale biologia? Nie dość, że materiału jest od cholery (co innego gdybym mógł się zajmować tylko nim, lecz tak nie jest), to jeszcze trzeba nauczyć się odpowiadać tak, żeby wpasować się w klucz.
Na zakończenie można przejść do tak zwanej prywaty: właśnie z tych powodów muszę rekuzować jeżeli chodzi o X-box-party (właściwie nie tylko w ten piątek, ale w każdy dzień, aż do 23 maja).

P.S.: Wybaczcie ten niekoherentny bełkot szaleńca. Na nic więcej mnie już nie stać…

Published in: on Luty 19, 2013 at 10:33 pm  Dodaj komentarz  
Tags:

Debiut

Hura, wreszcie zdobyłem się na opublikowanie (a wcześniej na skończenie) jednego ze swoich literackich dziełek (do porządnego Dzieła przez duże „D” jeszcze brakuje, ale nie ustaję w wysiłkach)!

Opowiadanko wylądowało na stronie czasopisma „Nowa Fantastyka”, które nawet swego czasu kupowałem (a nie tak jak niektórzy, czytają w empikach), a konkretnie to pod tym adresem: http://www.fantastyka.pl/4,8410.html Zebrało różne komentarze, raczej pozytywne, ale niezbyt przesadnie.

„Farsa A.D.2012” jest satyrą na wiarę części społeczeństwa w koniec świata, który ma nadejść już za niewiele ponad dwa tygodnie. Akcja może sprawiać wrażenie zbyt wolno rozkręcającej się, ale jest to zabieg mający stopniować napięcie, aż do zakończenia, stanowiącego puentę całości.

Oczywiście nie ustrzegłem się przed wieloma błędami. Muszę przyznać, że forma nigdy nie była moją mocną stroną, a wszelkie dysy też mi nie pomagają. Pomijając te drobne uchybienia językowe, wydaję mi się, że tekst czyta się lekko, a że długi nie jest, zachęcam wszystkich do przeczytania.

Pozdrawiam i, cytując hasło reklamowę filmu „Ewolucja”, życzę „miłego końca świata” 🙂

Published in: on Grudzień 6, 2012 at 1:14 pm  Dodaj komentarz  
Tags: